Było mi bardzo miło, że czytaliście moje nie lub zrozumiałe zdania. Nie mam siły już pisać..
Nie mam siły już do tego wszystkiego. Wszystko rozsypało się, jak domek z kart.
Czuję się jak zbędny pisarz , cóż... ktoś odchodzi bądź przychodzi.
Jeśli chodzi o "Mistake", nie wiem...
Przepraszam.
Until The End Fallen.
Shattered By Broken Dreams
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
sobota, 12 stycznia 2013
11. Why she? It is I should die...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Piosenka...
Kilka godzin wcześniej...
Droga ustąpiła, jak morze w Biblii pod wezwaniem Mojżesza. Wszystko dookoła trwało w rytmie ryciu syreny, którą kierował funkcjonariusz z pokerową twarzą -godną podziwu. Każda sekunda mijała, jak jeden rok, która przemieszcza się jak ślimak. Zostaje przejechany i kończy swój żywot na rozgrzanym betonie przez przejeżdzające samochody bez jakiegokolwiek celu. Jechać by jechać. Byle by szybko i bez przeszkód dotrzeć do miejsca obiecanego z fałszywym uśmiechem u boku.
James wpatrywał się w zamknięte oczy Cassie, takie kruche, delikatne bez prawie żadnej skazy. Prawie. Krew, czerwona jak dorodne widno rozbryzgane na ciele przyjaciółki. Ciecz zastygła, tworząc czarne, krystalicze smugi na ciele, kreując, jakby nieokrzesany obraz na jej bladym policzku, dłoniach.... prawie wszędzie. Uśmiech, który tak dobrze znał, znikł. Pamiętał, jak byle jakim słowem rozśmieszał ją ,aż do łez szczęścia, oczy przybierały iskierki i jej twarz nabierała nieziemsko seksownych rumieńców, rozpalając zmysły Jimmy'ego. Potargane czarne włosy leżały bezwładnie na pomarańczowych noszach z logiem California. Defibrylator pikał. Pik, pik, pik. Kolorowe proste linie z każdym uderzeniem serca Cassie podskakiwała w górę, robiąc małą górkę.
-40 uderzeń na minutę. -wypowiedział stanowczo funkcjonariusz w brązowych włosach, ten, który rozmawiał z James'em
-Jest dobrze czy źle? -zapytał zatroskany Jimbo, wpatrujący się twarzyczkę Cass jednocześnie zaciskając dłoń. -Czy mam szykować się na najgorsze? -spuścił głowę i oparł czoło o piersi przyjaciółki przysłuchując się kolejnego bicia serca.
-Panie Sullivan. -przysiadł na przeciwko. -Nic Pannie Manson nie grozi. Z tego co wynika, ma słabe tętno z powodu wypłynięcia zbyt dużej ilości krwi. Uderzenie nie spowodowało większych obrażeń. Zemdlała z powodu szoku, organizm w ten sposób radzi sobie z sytuacją. W szpitalu zostanie podłączona pod kroplówkę, dostanie dodatkowo świeżą krew do swoich żył, aby uzupełnić niedobór i przeprowadzimy badania czy nic w środku organizmu nie ucierpiało na skutek zderzenia ciała z samochodem. Zrobimy dodatkowo badania krwi, taki standard. -odparł mężczyzna
-Dlaczego zdarzają się takie wypadki? -zapytał James wtulając swoją twarz w ciało Cass.
Funkcjonariusz miał właśnie odpowiedzieć na pytanie wytatuowanego mężczyzny, który wydawał się jakby nie był duchem w tym miejscu pozostawiając swoje ciało. Widział ból, czuł go. Chciał pomóc temu człowiekowi, podnieść go na duchu, próbował w myślach wydukać jakieś sensowne i mądre zdanie, które jednocześnie da wskazówkę i rozweseli dając tą małą iskierkę nadziei. Wysoki mężczyzna przerwał mu namysły nad doborem zdań.
-Dlaczego musiało spotkać to akurat ją? -powiedział James wpatrując się swoimi pełnymi smutku oczyma w funkcjonariusza. -Po cholerę? Powinienem być na jej miejscu. -podniósł się i spojrzał na twarz Cassie. -To ja miałem tu leżeć. To ja mam umierać, nie Ona. -wyznał Jimmy odwracając się w stronę szyby.
-Proszę, nie mów tak. Rozumiem jak się czujesz. -powiedział
-Gówno wiesz! -ryknął James jednocześnie odwracając się do mężczyzny. -Ona działa na mnie jak pieprzony narkotyk! - emocje nad James wzięły górę i rozpłakał się. -To jest jakieś chore! -trzymał się za głowę, a łzy zrobiły już małą kałuże przy butach Jimbo. -Co się ze mną dzieję?! Do diabła! Wszystko się pieprzy! -szlochał.
-Co się tam dzieje Dean? -zapytał mężczyzna za kierownicą.
-Kieruj a nie pytaj. Kiedy u licha dojedziemy do tego szpitala? Wleczesz się jak jakiś ślimak! -warknął
-Zluzuj lejce Dean, za pięć minut. -odparł.
-Proszę, pośpiesz się. -wydukał Rev
-Dziesięć lat temu wydarzył się wypadek samochodowy na szerokiej drodze w Wirginii. Asfalt został dopiero rozlany, więc wszyscy jak te mrówki do słodkiego prowadziły swe ciała, aby zbadać ten bardzo apetyczny i nieznany obiekt. -odparł z lekkim rozbawieniem i przekręcił się na krześle szukając wygodnej pozycji. -Moja siostra Anna poszła na przyjęcie z Lucas'em. -warknął wspominając chłopaka. -Był piękny wieczór, gwiazdy mrugały na ciemnym niebie, coś cudownego. Lucas towarzyszył mojej siostrze na imprezie, bo ja nie mogłem, akurat wtedy miałem drugą zmianę. Lucas'owi znudziło się na przyjęciu i zabrał Annę do samochodu. Chciał zaimponować mojej siostrze jeżdżąc o trzeciej w nocy z pasa na pasa...-zamilkł. -Uderzył w nich samochód, zderzenie czołowe. Zostałem przydzielony do uratowania mojej siostry i tego dupka u którego wykryto alkohol... Miałem jej krew na swoich dłoniach, ciało na swoich barkach, dusza już nie gościła w jej ciele. Wypowiedziała tylko "Kocham Cię Brat, i przepraszam, że Cię nie posłuchałam". -wypowiedział z łamiącym głosem. -Zmarła momentalnie po tych ostatnich słowach, Lucas przeżył i już nigdy nie pokazał mi się na oczy. -odparł przyciszonym głosem. -Wiem co czujesz, ale Panna Manson jest silna, jej organizm walczy -spojrzał na James'a oczami pełnymi zadumy.
-Dean, ja mieszkam z jakimś plastikiem. Całowałem ją, pieprzyłem, nie kochałem. Stałem się jakimś pieprzonym dupkiem. -wydukał przełykając łzy
-Nie mów tak...
-James Sullivan. -przewidział pytanie
-Nie mów tak James, pogubiłeś się. Jesteś jeszcze młody na stare lata będziesz się z tego śmiał, pijąc piwko przy kominku w świątecznym wieczorze, mając u boku gromadkę hałaśliwych dzieci i piękną żonę. -spojrzał wymownie w stronę kobiety.
-Ona od początku mówiła, że Alice Bird nie jest dla mnie, że nic z tego nie będzie i ucierpię na tym. Nie myliła się. A ja co?- zapytał teatralnym głosem. -Zachowałem się jak jakiś dupek, zamknąłem przed jej nosem drzwi i powiedziałem, że nie jest moją przyjaciółką, dupek, dupek, dupek! -szlochał jeszcze bardziej. -Okazałem się zwykłą świnią, chciałbym, aby otworzyła oczy i popatrzała na mnie tymi zielonymi pięknymi oczami. -wyznał i wziął za rękę Cassie. -Wybacz mi, proszę. -odparł muskając ustami jej dłoń.
-James, wszystko będzie dobrze. -poklepał go po ramieniu. -Nie obwiniaj się za to wszystko, rozumiesz? Masz starać się, troszczyć jak wyjdzie ze szpitala. -uśmiechnął się, a Rev odwzajemnij uśmiech. -Nie ma co płakać, uśmiechnij się i bądź przy niej, kobiety muszą czuć się bezpiecznie przy facecie, przytulać, całować, mieć oparcie w trudnych sytuacjach... resztę rzeczy poznasz z czasem. -powiedział Dean i przygotowywał sprzed, aby Cassie mogła wejść do szpitala gładko i szybko.
-Dzięki Dean, jesteś w porządku. Pierwszy raz wyznałem takie coś osobie, którą ledwo znam, dzięki, że mnie wysłuchałeś. -uśmiechnął się szczerze.
-Nie ma za co James -odwzajemnił uśmiech i poklepał po raz kolejny po ramieniu Jimbo. -Dobrze ci radzę, trzymaj się tej kobiety.
-Nie ma innej opcji, dzięki. -wyszczerzył się, wycierając oczy rękawem.
-Jesteśmy na miejscu Dean! -ryknął kierowca.
-Pomogę. -odparł zatroskany Jimmy.
Rev wiedział jak pomóc Dean'owi tak, aby mu nie przeszkadzać w pracy. Pamiętał to z filmów akcji, serialów medycznych, najróżniejszych źródeł, nawet, że szkoły. Otworzył drzwi rozszalałej karetki, której czerwona światło odbijało się o ściany szpitala i zobaczył kilku piętrowy budynek koloru szarego i chyba zielonego, późna pora robiła swoje. Przed budynkiem wielkie lampy rozświetlały podjazd dla karetek i samochodów ludzi, którzy odwiedzali chorych. Wokół ławeczki, ładnie ścięty trawnik a sam budynek oświetlony kilkoma lampkami, które znajdowały się na ścianach budynku. Wielkie i małe okienka z zasłonami, drzwi wejściowe, ogromne. Dean rozłożył noszę w taki pseudo wózek i ruszyli wprost do budynku. Jimmy miał za zadanie dopilnować, aby defibrylator nie upadł na ziemie, lecz priorytetem było sprawdzenie czy bicie serca Cassie nie ustało.
Po przekroczeniu progu szpitala każdy zdrowy na umyśle człowiek powiedziałby, że nie lubi przebywać w szpitalach, ponieważ czuję tam śmierć. James nie czuł śmierci, tylko przytłaczający smutek wylewający się z pomieszczeń chorych tonami, litrami wszystkimi najwyższymi miarami. Depresja doprowadzająca do rozszalałego amoku, desperacja co zrobić? ja umrę? -pytania chorych ciągnęły się w nieskończoność jak ilość mnożących się trumn dla ludzi którzy nie wytrzymali tego wszechogarniającego bólu. Pisane ostatnich listów pożegnalnych zaczynające się "Dear, whatever". Słowa które pogrążają ludzi w jeszcze większym smutku, uświadamiając sobie co działo się w umyśle samobójcy. Zrozumieli, że już nie zobaczą uśmiechu, głosu rozbrzmiewającego w pomieszczeniach, swojej bliskiej osoby. Wiele osób nie rozumie dlaczego ludzie popełniają samobójstwa. Zadają sobie pytania: Po co? Dlaczego? Przecież Bóg dał nam życie, abyśmy trwali na ziemi. Są też osoby które negatywnie myślą i mówią o osobach które zmarły: Idiota! Debil! Zamiast poprosić o pomoc to się #$%^&* zabił!. Rozumowanie niektórych ludzi dobija jednostki jeszcze racjonalnie myślących ludzi. Chcąc lub nie chcąc każdy myślał o samobójstwie, nawet Jimmy...
-Hej, James... -powiedział Dean budząc z rozmyśleń Jimbo
-Przepraszam, zamyśliłem się. -wydukał łapiąc łapczywie powietrze.
-Teraz jesteśmy na parterze, kierujemy się do sali numer 15, tam lekarz rozpatrzy natychmiastowo stan Panny Manson. -powtórzył stanowczo.
-Dobrze. -spuścił głowę pilnując tętna Cassie.
Cass, taka piękna krucha osóbka nie pasowała do tego całego towarzystwa w szpitalu. Wokół ludzie kulejący z kroplówką przy sobie, osoby w podeszłym wieku zmierzające prostą drogą na ścięcie. Ona była młoda, utalentowana, wspaniała, oddana przyjaciołom, życie zrobiło jej wielkie świństwo. Leżała na noszach, bez uśmiechu, bez cienia wątpliwości, że może stać się najgorsze.
Pomieszczenia które mijali były całe oblężone przez schorowane, pół żywe osoby. Korytarz cały biały prócz podłogi, błękitna posadzka kreowała jakby "niebo na ziemi". Wszystko pedantyczne, aż przeraźliwe. 50 metrów dalej znajdowały się drzwi z wyświetlonym na czerwono numerkiem "15".
-James zostań tutaj, tylko personel ma prawo przebywać w tej sali. -powiedział Dean układając defibrylator na kolanach Cassie.
-Rozumiem. -usiadł na krześle z obojętną miną wpatrując się w swoje buty. -Podobno nadzieja umiera ostatnia... -mruknął do siebie.
-Przestań gadać głupoty Melanie, to nie twoja wina i nie płacz bo to Ci nic nie da, maleńka. -przygarnął ją do siebie w łóżku.
-Johnny, myślisz, że nic jej nie będzie? -zapytała wtulając się do jego torsu.
-Wątpię, że coś się stanie słonko, dobranoc. -pocałował ją w czółko.
-Masz rację Christ, stało się, nawaliłam i teraz muszę przeczekać tą burzę bo nic nie zdziałam. Kocham Cię -musnęła jego usta i zasnęła.
-Dobranoc, maleńka.
Kolejny nieprzespany dzień...
Piosenka...
Kilka godzin wcześniej...
Droga ustąpiła, jak morze w Biblii pod wezwaniem Mojżesza. Wszystko dookoła trwało w rytmie ryciu syreny, którą kierował funkcjonariusz z pokerową twarzą -godną podziwu. Każda sekunda mijała, jak jeden rok, która przemieszcza się jak ślimak. Zostaje przejechany i kończy swój żywot na rozgrzanym betonie przez przejeżdzające samochody bez jakiegokolwiek celu. Jechać by jechać. Byle by szybko i bez przeszkód dotrzeć do miejsca obiecanego z fałszywym uśmiechem u boku.
James wpatrywał się w zamknięte oczy Cassie, takie kruche, delikatne bez prawie żadnej skazy. Prawie. Krew, czerwona jak dorodne widno rozbryzgane na ciele przyjaciółki. Ciecz zastygła, tworząc czarne, krystalicze smugi na ciele, kreując, jakby nieokrzesany obraz na jej bladym policzku, dłoniach.... prawie wszędzie. Uśmiech, który tak dobrze znał, znikł. Pamiętał, jak byle jakim słowem rozśmieszał ją ,aż do łez szczęścia, oczy przybierały iskierki i jej twarz nabierała nieziemsko seksownych rumieńców, rozpalając zmysły Jimmy'ego. Potargane czarne włosy leżały bezwładnie na pomarańczowych noszach z logiem California. Defibrylator pikał. Pik, pik, pik. Kolorowe proste linie z każdym uderzeniem serca Cassie podskakiwała w górę, robiąc małą górkę.
-40 uderzeń na minutę. -wypowiedział stanowczo funkcjonariusz w brązowych włosach, ten, który rozmawiał z James'em
-Jest dobrze czy źle? -zapytał zatroskany Jimbo, wpatrujący się twarzyczkę Cass jednocześnie zaciskając dłoń. -Czy mam szykować się na najgorsze? -spuścił głowę i oparł czoło o piersi przyjaciółki przysłuchując się kolejnego bicia serca.
-Panie Sullivan. -przysiadł na przeciwko. -Nic Pannie Manson nie grozi. Z tego co wynika, ma słabe tętno z powodu wypłynięcia zbyt dużej ilości krwi. Uderzenie nie spowodowało większych obrażeń. Zemdlała z powodu szoku, organizm w ten sposób radzi sobie z sytuacją. W szpitalu zostanie podłączona pod kroplówkę, dostanie dodatkowo świeżą krew do swoich żył, aby uzupełnić niedobór i przeprowadzimy badania czy nic w środku organizmu nie ucierpiało na skutek zderzenia ciała z samochodem. Zrobimy dodatkowo badania krwi, taki standard. -odparł mężczyzna
-Dlaczego zdarzają się takie wypadki? -zapytał James wtulając swoją twarz w ciało Cass.
Funkcjonariusz miał właśnie odpowiedzieć na pytanie wytatuowanego mężczyzny, który wydawał się jakby nie był duchem w tym miejscu pozostawiając swoje ciało. Widział ból, czuł go. Chciał pomóc temu człowiekowi, podnieść go na duchu, próbował w myślach wydukać jakieś sensowne i mądre zdanie, które jednocześnie da wskazówkę i rozweseli dając tą małą iskierkę nadziei. Wysoki mężczyzna przerwał mu namysły nad doborem zdań.
-Dlaczego musiało spotkać to akurat ją? -powiedział James wpatrując się swoimi pełnymi smutku oczyma w funkcjonariusza. -Po cholerę? Powinienem być na jej miejscu. -podniósł się i spojrzał na twarz Cassie. -To ja miałem tu leżeć. To ja mam umierać, nie Ona. -wyznał Jimmy odwracając się w stronę szyby.
-Proszę, nie mów tak. Rozumiem jak się czujesz. -powiedział
-Gówno wiesz! -ryknął James jednocześnie odwracając się do mężczyzny. -Ona działa na mnie jak pieprzony narkotyk! - emocje nad James wzięły górę i rozpłakał się. -To jest jakieś chore! -trzymał się za głowę, a łzy zrobiły już małą kałuże przy butach Jimbo. -Co się ze mną dzieję?! Do diabła! Wszystko się pieprzy! -szlochał.
-Co się tam dzieje Dean? -zapytał mężczyzna za kierownicą.
-Kieruj a nie pytaj. Kiedy u licha dojedziemy do tego szpitala? Wleczesz się jak jakiś ślimak! -warknął
-Zluzuj lejce Dean, za pięć minut. -odparł.
-Proszę, pośpiesz się. -wydukał Rev
-Dziesięć lat temu wydarzył się wypadek samochodowy na szerokiej drodze w Wirginii. Asfalt został dopiero rozlany, więc wszyscy jak te mrówki do słodkiego prowadziły swe ciała, aby zbadać ten bardzo apetyczny i nieznany obiekt. -odparł z lekkim rozbawieniem i przekręcił się na krześle szukając wygodnej pozycji. -Moja siostra Anna poszła na przyjęcie z Lucas'em. -warknął wspominając chłopaka. -Był piękny wieczór, gwiazdy mrugały na ciemnym niebie, coś cudownego. Lucas towarzyszył mojej siostrze na imprezie, bo ja nie mogłem, akurat wtedy miałem drugą zmianę. Lucas'owi znudziło się na przyjęciu i zabrał Annę do samochodu. Chciał zaimponować mojej siostrze jeżdżąc o trzeciej w nocy z pasa na pasa...-zamilkł. -Uderzył w nich samochód, zderzenie czołowe. Zostałem przydzielony do uratowania mojej siostry i tego dupka u którego wykryto alkohol... Miałem jej krew na swoich dłoniach, ciało na swoich barkach, dusza już nie gościła w jej ciele. Wypowiedziała tylko "Kocham Cię Brat, i przepraszam, że Cię nie posłuchałam". -wypowiedział z łamiącym głosem. -Zmarła momentalnie po tych ostatnich słowach, Lucas przeżył i już nigdy nie pokazał mi się na oczy. -odparł przyciszonym głosem. -Wiem co czujesz, ale Panna Manson jest silna, jej organizm walczy -spojrzał na James'a oczami pełnymi zadumy.
-Dean, ja mieszkam z jakimś plastikiem. Całowałem ją, pieprzyłem, nie kochałem. Stałem się jakimś pieprzonym dupkiem. -wydukał przełykając łzy
-Nie mów tak...
-James Sullivan. -przewidział pytanie
-Nie mów tak James, pogubiłeś się. Jesteś jeszcze młody na stare lata będziesz się z tego śmiał, pijąc piwko przy kominku w świątecznym wieczorze, mając u boku gromadkę hałaśliwych dzieci i piękną żonę. -spojrzał wymownie w stronę kobiety.
-Ona od początku mówiła, że Alice Bird nie jest dla mnie, że nic z tego nie będzie i ucierpię na tym. Nie myliła się. A ja co?- zapytał teatralnym głosem. -Zachowałem się jak jakiś dupek, zamknąłem przed jej nosem drzwi i powiedziałem, że nie jest moją przyjaciółką, dupek, dupek, dupek! -szlochał jeszcze bardziej. -Okazałem się zwykłą świnią, chciałbym, aby otworzyła oczy i popatrzała na mnie tymi zielonymi pięknymi oczami. -wyznał i wziął za rękę Cassie. -Wybacz mi, proszę. -odparł muskając ustami jej dłoń.
-James, wszystko będzie dobrze. -poklepał go po ramieniu. -Nie obwiniaj się za to wszystko, rozumiesz? Masz starać się, troszczyć jak wyjdzie ze szpitala. -uśmiechnął się, a Rev odwzajemnij uśmiech. -Nie ma co płakać, uśmiechnij się i bądź przy niej, kobiety muszą czuć się bezpiecznie przy facecie, przytulać, całować, mieć oparcie w trudnych sytuacjach... resztę rzeczy poznasz z czasem. -powiedział Dean i przygotowywał sprzed, aby Cassie mogła wejść do szpitala gładko i szybko.
-Dzięki Dean, jesteś w porządku. Pierwszy raz wyznałem takie coś osobie, którą ledwo znam, dzięki, że mnie wysłuchałeś. -uśmiechnął się szczerze.
-Nie ma za co James -odwzajemnił uśmiech i poklepał po raz kolejny po ramieniu Jimbo. -Dobrze ci radzę, trzymaj się tej kobiety.
-Nie ma innej opcji, dzięki. -wyszczerzył się, wycierając oczy rękawem.
-Jesteśmy na miejscu Dean! -ryknął kierowca.
-Pomogę. -odparł zatroskany Jimmy.
Rev wiedział jak pomóc Dean'owi tak, aby mu nie przeszkadzać w pracy. Pamiętał to z filmów akcji, serialów medycznych, najróżniejszych źródeł, nawet, że szkoły. Otworzył drzwi rozszalałej karetki, której czerwona światło odbijało się o ściany szpitala i zobaczył kilku piętrowy budynek koloru szarego i chyba zielonego, późna pora robiła swoje. Przed budynkiem wielkie lampy rozświetlały podjazd dla karetek i samochodów ludzi, którzy odwiedzali chorych. Wokół ławeczki, ładnie ścięty trawnik a sam budynek oświetlony kilkoma lampkami, które znajdowały się na ścianach budynku. Wielkie i małe okienka z zasłonami, drzwi wejściowe, ogromne. Dean rozłożył noszę w taki pseudo wózek i ruszyli wprost do budynku. Jimmy miał za zadanie dopilnować, aby defibrylator nie upadł na ziemie, lecz priorytetem było sprawdzenie czy bicie serca Cassie nie ustało.
Po przekroczeniu progu szpitala każdy zdrowy na umyśle człowiek powiedziałby, że nie lubi przebywać w szpitalach, ponieważ czuję tam śmierć. James nie czuł śmierci, tylko przytłaczający smutek wylewający się z pomieszczeń chorych tonami, litrami wszystkimi najwyższymi miarami. Depresja doprowadzająca do rozszalałego amoku, desperacja co zrobić? ja umrę? -pytania chorych ciągnęły się w nieskończoność jak ilość mnożących się trumn dla ludzi którzy nie wytrzymali tego wszechogarniającego bólu. Pisane ostatnich listów pożegnalnych zaczynające się "Dear, whatever". Słowa które pogrążają ludzi w jeszcze większym smutku, uświadamiając sobie co działo się w umyśle samobójcy. Zrozumieli, że już nie zobaczą uśmiechu, głosu rozbrzmiewającego w pomieszczeniach, swojej bliskiej osoby. Wiele osób nie rozumie dlaczego ludzie popełniają samobójstwa. Zadają sobie pytania: Po co? Dlaczego? Przecież Bóg dał nam życie, abyśmy trwali na ziemi. Są też osoby które negatywnie myślą i mówią o osobach które zmarły: Idiota! Debil! Zamiast poprosić o pomoc to się #$%^&* zabił!. Rozumowanie niektórych ludzi dobija jednostki jeszcze racjonalnie myślących ludzi. Chcąc lub nie chcąc każdy myślał o samobójstwie, nawet Jimmy...
-Hej, James... -powiedział Dean budząc z rozmyśleń Jimbo
-Przepraszam, zamyśliłem się. -wydukał łapiąc łapczywie powietrze.
-Teraz jesteśmy na parterze, kierujemy się do sali numer 15, tam lekarz rozpatrzy natychmiastowo stan Panny Manson. -powtórzył stanowczo.
-Dobrze. -spuścił głowę pilnując tętna Cassie.
Cass, taka piękna krucha osóbka nie pasowała do tego całego towarzystwa w szpitalu. Wokół ludzie kulejący z kroplówką przy sobie, osoby w podeszłym wieku zmierzające prostą drogą na ścięcie. Ona była młoda, utalentowana, wspaniała, oddana przyjaciołom, życie zrobiło jej wielkie świństwo. Leżała na noszach, bez uśmiechu, bez cienia wątpliwości, że może stać się najgorsze.
Pomieszczenia które mijali były całe oblężone przez schorowane, pół żywe osoby. Korytarz cały biały prócz podłogi, błękitna posadzka kreowała jakby "niebo na ziemi". Wszystko pedantyczne, aż przeraźliwe. 50 metrów dalej znajdowały się drzwi z wyświetlonym na czerwono numerkiem "15".
-James zostań tutaj, tylko personel ma prawo przebywać w tej sali. -powiedział Dean układając defibrylator na kolanach Cassie.
-Rozumiem. -usiadł na krześle z obojętną miną wpatrując się w swoje buty. -Podobno nadzieja umiera ostatnia... -mruknął do siebie.
-Przestań gadać głupoty Melanie, to nie twoja wina i nie płacz bo to Ci nic nie da, maleńka. -przygarnął ją do siebie w łóżku.
-Johnny, myślisz, że nic jej nie będzie? -zapytała wtulając się do jego torsu.
-Wątpię, że coś się stanie słonko, dobranoc. -pocałował ją w czółko.
-Masz rację Christ, stało się, nawaliłam i teraz muszę przeczekać tą burzę bo nic nie zdziałam. Kocham Cię -musnęła jego usta i zasnęła.
-Dobranoc, maleńka.
Kolejny nieprzespany dzień...
Leżała pod aparaturą podtrzymującą jej życie, pewnie wtedy czuła wieczne ukojenie. Nie musiała myśleć teraz nad tymi wszystkimi problemami, które były teraz wokół niej. Dlaczego ją to dopadło? Może dlatego, że tego pragnęła od dnia, gdy wszyscy byli tak cholernie szczęśliwi? Chciała... tego chodź drasnąć, musnąć, te nieznane uczucie. Kiedyś zakochała się w Max'ie, kawał dupka. Wszystko było jednym żartem dla Max'a, lecz dla Casie wręcz przeciwnie. Otworzyła się i dostała porządnego kopniaka w tyłek. Rozkochał ją w sobie...
5 lat wcześniej... 17 l.
-O Boże ja więcej nie wypiję. -zaśmiewała się do łez towarzysząca Cass, Melanie.
-Hahah! Ja pocisnę jeszcze trochę! -wlałam w siebie kolejną szklankę bursztynowego trunku.
Impreza trwałą w najlepsze. Stado znanych, miej znanych i w ogóle nie znanych ludzi bawiło się, piło, wygłupiało, szczęście rozniosło cały dom w której odbyła się impreza, oprócz jednego pomieszczenia...
-Jestem zmęczona, miałam dzisiaj ciężki dzień, miało mnie w ogóle nie być na tej imprezie, bajo. -pożegnałam się i na przekór przewróciłam się.
-Chodź maleńka, zaprowadzą Cię. -powiedział blond włosy chłopak, Max.
-Dzięki -wydukałam.
Położyłam się do wygodnego łóżeczka, które znajdowało się w małym pomieszczeniu. Szare ściany, sufit czerwony, łóżko mogłoby pomieścić z dziesięć osób na krzyż. Zamknął drzwi od środka kluczem i włożył je sobie do gatek. Zaczęło się od niewinnych pocałunków, nie prowokowałam go. Max zaczął błądzić po moim zmęczonym ciele, włożył ręce pod koszulkę. Odepchnęłam go delikatnie.
-Nie... Max... Przestań. -powiedziałam stanowczo.
Nie przestawał, wręcz nasilił swoje świńskie rzeczy. Odepchnęłam go, tym razem mocniej.
-Przestań!- krzyknęłam z całej siły, on stał się jeszcze bardziej natarczywy.
Uderzyłam go w twarz, oddał... Zdruzgotana podbiegłam do drzwi i nacisnęłam klamkę, okazały być się zamknięte. Max popchnął mnie na łóżko i zaczął rozbierać. Pod wpływem alkoholu miałam zwolnioną reakcję, na dodatek byłam zmęczona po pracy w studiu tatuażu. Rozerwał bluzkę i wpił się w moje piersi. Uderzyłam go z całej siły w gębę. Nic to nie dało, więc zaczęłam krzyczeć, szarpać się. Wybuchłam płaczem.
-Teraz jesteś tylko moja, będę Cię rżnął, aż umrzesz, rozumiesz Cassie? -wydukał obleśnie patrząc w moje załzawione oczy.
Po tych słowach uderzyłam go ponownie w twarz i w kroczę, nie zareagował. Nie dałam rady jego mięśniom, masy ciała, byłam na straconej pozycji... Na błogosławieństwo, ktoś zaczął dobijać się do drzwi, zaczęłam resztkami siły krzyczeć.
-Powinnaś krzyczeć Maaaaaaax! -ryknął i włożył swoje ręce do moich majtek. Nie zauważył jak drzwi rozstąpiły się. Stała w nich Melanie i Jack. Chłopak odepchnął Max'a i zaczął okładać go pięściami, Melanie podbiegła do mnie, otuliła kołdrą, przytuliła i zaczęła płakać...
5 lat wcześniej... 17 l.
-O Boże ja więcej nie wypiję. -zaśmiewała się do łez towarzysząca Cass, Melanie.
-Hahah! Ja pocisnę jeszcze trochę! -wlałam w siebie kolejną szklankę bursztynowego trunku.
Impreza trwałą w najlepsze. Stado znanych, miej znanych i w ogóle nie znanych ludzi bawiło się, piło, wygłupiało, szczęście rozniosło cały dom w której odbyła się impreza, oprócz jednego pomieszczenia...
-Jestem zmęczona, miałam dzisiaj ciężki dzień, miało mnie w ogóle nie być na tej imprezie, bajo. -pożegnałam się i na przekór przewróciłam się.
-Chodź maleńka, zaprowadzą Cię. -powiedział blond włosy chłopak, Max.
-Dzięki -wydukałam.
Położyłam się do wygodnego łóżeczka, które znajdowało się w małym pomieszczeniu. Szare ściany, sufit czerwony, łóżko mogłoby pomieścić z dziesięć osób na krzyż. Zamknął drzwi od środka kluczem i włożył je sobie do gatek. Zaczęło się od niewinnych pocałunków, nie prowokowałam go. Max zaczął błądzić po moim zmęczonym ciele, włożył ręce pod koszulkę. Odepchnęłam go delikatnie.
-Nie... Max... Przestań. -powiedziałam stanowczo.
Nie przestawał, wręcz nasilił swoje świńskie rzeczy. Odepchnęłam go, tym razem mocniej.
-Przestań!- krzyknęłam z całej siły, on stał się jeszcze bardziej natarczywy.
Uderzyłam go w twarz, oddał... Zdruzgotana podbiegłam do drzwi i nacisnęłam klamkę, okazały być się zamknięte. Max popchnął mnie na łóżko i zaczął rozbierać. Pod wpływem alkoholu miałam zwolnioną reakcję, na dodatek byłam zmęczona po pracy w studiu tatuażu. Rozerwał bluzkę i wpił się w moje piersi. Uderzyłam go z całej siły w gębę. Nic to nie dało, więc zaczęłam krzyczeć, szarpać się. Wybuchłam płaczem.
-Teraz jesteś tylko moja, będę Cię rżnął, aż umrzesz, rozumiesz Cassie? -wydukał obleśnie patrząc w moje załzawione oczy.
Po tych słowach uderzyłam go ponownie w twarz i w kroczę, nie zareagował. Nie dałam rady jego mięśniom, masy ciała, byłam na straconej pozycji... Na błogosławieństwo, ktoś zaczął dobijać się do drzwi, zaczęłam resztkami siły krzyczeć.
-Powinnaś krzyczeć Maaaaaaax! -ryknął i włożył swoje ręce do moich majtek. Nie zauważył jak drzwi rozstąpiły się. Stała w nich Melanie i Jack. Chłopak odepchnął Max'a i zaczął okładać go pięściami, Melanie podbiegła do mnie, otuliła kołdrą, przytuliła i zaczęła płakać...
Szpital, trzy dni później....
Wszyscy byli poddenerwowani, chodzili w kółko lub siedzieli na miejscach wtulając się nawzajem. Melanie otulona ramionami męża wyczekiwała chwili, gdy lekarz przyjdzie i powie "Moi Drodzy! Wasza przyjaciółka się przebudziła, jej stan poprawił się diametralnie! Za pół godziny możecie się z nią zobaczyć". To tylko cholerne marzenie na tę chwilę.
-Tak chciałabym zobaczyć buzie Cassie. -powiedziała Melanie wtulając swoją twarz w cieplutką kurtkę Johnny'ego
-Wszystko będzie dobrze, kochanie. -wzmocnił uścisk. -Na pewno będzie dobrze, piękna.
Brian siedział przy Jimmy'm i rozmawiali o tym co się działo przez ostatnie czasy. Nikt nie słyszał ich rozmowy, bardzo dobrze. Mat wraz z Valary i Zacky z Geną ,siedzieli w otaczającej ich ciszy. Wszystko by oddali, aby zobaczyć teraz Cassie w pokoju w którym się znajduję, ale stan jest na tyle poważny, że to tylko marzenie. Ze wszystkich przemyśleń przyjaciół wyczekujących na dobre wiadomości, na przekór zaczęła pikać aparatura, do której była przypięta Cass. Wszyscy momentalnie zaczęli zbierać się z krzeseł, ten głos był najgorszym sygnałem w szpitalu. Śmierć właśnie rozbrzmiewa swą chorą melodię.
-Co się dzieję do cholery? Nikt z was, lekarzy, nie podał stanu Cassie!- zapytał Jimmy przechodzącego obok lekarza.
-Przepraszam, nie teraz. - odparł spokojnie lekarz z siwimy włosami.
James zabrał lekarza za szmaty i potrząsnął nim.
-Co się dzieje z moją... przyjaciółką? Nie dostałem żadnych wyników! Żadnych -odparł zdenerwowany -Chcę poznać jej stan, czy ma coś we krwi, czy ma uszkodzony organizm! Cokolwiek!. Do cholery Wy nic tu nie robicie! Nic! -krzyknął
-Stan Panny Manson pogorszył się, musicie szykować się na najgorsze. Zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby uratować waszą przyjaciółkę. Przepraszam, ale muszę jej pomóc. Proszę mnie puścić.
-Przepraszam -powiedział James zostawiając w spokoju lekarza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Odcinek pisany od samego powstania blogu, dziś przeprowadziłam kosmetyczne poprawki
środa, 19 grudnia 2012
10. SynySter! You're a part of the vessel!
Dla osóbek, które jeszcze czytają! ;D Hope! Joanno! Wasp! Bromptoncoctail! Kocham <333
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Melanie ciągnąc za rękaw swojego ukochanego rozmyślała nad tym co powiedziała Cassie... "Ta kurwa zdradzała go" po raz pierwszy usłyszała od swojej przyjaciółki tą nienawiść wypływającą z jej ust, jak stado rozwścieczonych, dzikich zwierząt zmierzających do punktu, w którym znajdowało się ognisko problemów. Jimmy jest lub był najlepszym przyjacielem pod słońcem. Dogadywali się bez słów... znali się aż tak dobrze, że jedno wiedziało co drugie chciało. W niektórych sytuacjach wydawało się to dość podejrzane, tak jakby byli razem. Tak... tak to wyglądało. Oni są stworzeni dla siebie, dwa wybuchowe ładunki połączone razem tworzą bombę atomową. "Łykałam tabletki! [...], Odratowali 3 razy"...
-Dość! Nie można myśleć teraz o tym, bo sama popadnę w depresję!. -powtórzyła sobie dobitnie w myślach
-O czym tak myślisz słonko?. - zapytał Christ swoim uwodzicielskim głosem mocnej ściskając dłoń Melanie
-O Cassie... Martwię się o nią. -odparła wpatrując się w Brian'a, który ukrył twarz w dłoniach, przy klubie.
-Piękna, nie smuć się, proszę. -powiedział przytulając jej roztrzęsione ciałko do siebie, czuł jej niepokój, strach wydarzeniami, które nią wstrząsnęły w samochodzie.
-Jeśli jej się coś stało...-z jej oczu polał się potok łez. -... poważnego? -wybuchła płaczem wtulając się w silne ramiona Johnny'ego
-Cii...- kołysał nią w kojący sposób. -Wszystko będzie dobrze... Melanie, hej piękna -podniósł jej podbródek tak, aby mógł spojrzeć w jej błękitne oczy, w których zakochał się od pierwszego wejrzenia.
-To moja wina... -odparła przymykając powieki.
-Hej... Melanie. -powiedział czule. -To nie twoje wina, Cassie wybuchła emocjami, nie mogłaś nic na to poradzić. -odparł z przekonaniem
-Ale... Johnny... ja. -mówiła urywki słów, roztrzęsionym, pełnym strachu głosem.
-Cii. -ułożył swój wskazujący palec na jej jędrnych ustach w geście uciszenia cudownego, melodyjnego głosiku.
-To nie twoje wina maleńka, nie denerwuj się. -odparł i pocałował namiętnie Melanie jednocześnie głaszcząc jej zaokrąglony lekko brzuszek. -Nasze maleństwo. -spojrzał jej głęboko w oczy, zatkało ją i wpatrywała się w niego zaciekawionymi pełnymi tajemnicy oczami. -Nie możesz się smucić ani denerwować. -pomachał jej palcem przed twarzą. -To może zaszkodzić naszemu maluchowi, i żadnych "ale". -uśmiechnął się i pocałował Mel jak najczulej potrafił, przywarł do niej, głaskając jednocześnie brzuszek swojej ukochanej kobiety, którą będzie bronił przed całym złem tego skażonego świata... -To dla dobra naszego dziecka, śliczna. -odparł odrywając się od ust cudownej istotki. -Kocham Ciebie! -powiedział to z takim entuzjazmem i wznowił wspaniały, pełen uczuć pocałunek.
Melanie poddała się całkowicie pokusie, rozkoszy, którą zapoczątkował jej jedyny mężczyzna na świecie, który jest ojcem malucha w jej ciele. Po raz pierwszy poczuła się kochana przez mężczyznę. Przeważnie skakała z kwiatka na kwiatek, szukając tego cholernego ideału. Całkiem przypadkiem wpadła w ramiona Christa i tam już została, może nie był ideałem, umięśnionym, wysokim, mężczyzną. Jej gnom jest spełnieniem jej najskrytszych marzeń, opiekuńczy, uczciwy, odważny, wrażliwy... Mogłaby wymieniać w nieskończoność, to nie znaczy, że nie miał wad, miał, ale nie przeszkadzały jej, ani troszeczkę. Kochała Go, nie jego Pieniądze. Czuła się bardzo bezpiecznie w silnych, wytatuowanych ramionach, i to uczucie... nie umiała go opisać. Miłość. To pewnie uczucie, którym darzyła Johnny'ego.
-Johhny Christ jesteś moim całym światem. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ciebie nie było przy mnie. Kocham Cię i to cholernie mocno! -powiedziała wieszając się na szyję ukochanemu i ponownie wpiła się w usta wybranka.
-Ja bardziej, misiu. -odparł, na te słowa poczuł, że jego Melanie uśmiechnęła się, przylgnął do niej i cały świat zawirował wokół nich.
Zdruzgotani mężczyźni stali przed klubem Blue Road. Rozmyślali w ciszy. Co się stało? Dlaczego to akurat Cassie? Akurat dzisiaj? Kiedy mieliśmy schlać się!? Z całą ekipą Potępionych?! Pytania wędrowały w ich głowach, jak głupia piosenka usłyszana w radiu i akurat musiała umieścić się głęboko w mózgu i nie chce wyleźć. Efektem końcowym jest nucenie... Okropność. Piękna noc, która zapowiadała się wielką imprezą z przyjaciółmi stała się koszmarem, nieoczekiwanym.
-Chodźcie chłopaki do środka. -odparł smutny Sanders
Gates i Zacky ruszyli do środka klubu z pustym wyrazem twarzy. Kiwnęli jedynie głowami, zgadzając się udać do klubu BR.
-Johnny... -powiedziała Melanie
-Co się stało kotku? Coś cię boli. -zapytał, pieszczotliwie głaszcząc policzek Mel
-Ja...
-Co? -zapytał po raz kolejny, tym razem zaniepokojony ponieważ Melanie nabrała kolorów tęczy na twarzy.
-Ja... Bhfgahd -wymamrotała zakrywając usta swoją kruchą dłonią.
Melanie pobiegła w szpilkach do pobliskich krzaków. Na szczęście nie przechodziła przez ulicę, nie odważyła by się. Stąpając na miękkich nogach stanęła nad roślinami, które nie miały końca przy płocie, jakiegoś boiska do koszykówki. Opróżniła swój żołądek zginając się w pół.
-Melanie! -wołał Christ
Podbiegł i spojrzał na już kremową twarz kobiety w czerwonej sukience. Stała i wycierała twarz chusteczką higieniczną. Wyraźnie zniesmaczona całą sytuacją, która zobaczył na swoje oczy.
-To mdłości, cholerne...! -powiedziała zawstydzona.
-Ja już myślałem, że coś strasznego dzieje się z moim koteczkiem. -odparł czule, jednocześnie poprawiając upadający kosmyk włosów na twarz Mel.
-Już dobrze, tak już jest z kobietą w ciąży. -powiedziała. -A ty mój drogi jesteś ojcem naszego dziecka. -odparła dumnie wskazując na brzuch.
-Mmmmm, jesteś taka słodziutka, chętnie bym cię teraz schrupał. -podgryzł dolną wargę. -Nawet na środku ulicy.
-Hahaha, wariat! -zarechotała. -Chodźmy do Blue Road, chłopaki na nas czekają. -powiedziała mijając męża.
-A ty gdzie się wybierasz? -zapytał z rozbawieniem zagradzając ręką przejście
-Do Blue Road, a gdzie niby? -odparła zdziwiona zadanym pytaniem.
-Nie, nie...- powiedział stanowczo. -Jedziemy do domu.
-Nie. Idziemy do chłopaków! Musimy się wzajemnie wspierać! -prawie krzyczała.
-Tak wiem kochanie. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś mnie znowu tak przestraszyła. -powiedział spokojnie chwytając się za serce, taki żarcik.
-Ale... Johnnnnny!!! -próbowała przekonać Christa robiąc na dodatek slodkie oczka kotka.
-Twoje oczka w tej sytuacji nic nie dadzą.
-Ale...
Żadne ale, jedziemy. -powiedział stanowczo i otulił ją swoim lewym ramieniem
-Christ. Zaczekaj -uśmiechnęła się
-Co? -stanął zdziwiony i wpatrywał się w Mel wielkimi oczami.
-Skąd weźmiesz samochód? -zapytała, zakładając ręce na biodra.
-Ehm, no... -dukał, drapiąc się po głowie.
-Może się przejdziemy? -zapytała z wielkim uśmiechem
-Dobrze.
-Będziesz miał mnie stale na oczach. -posłała uwodzicielski uśmieszek i puściła oczko.
-Arrrrr. -klepnął Melanie w tyłeczek. -Ruszajmy.
-Wariat -odparła szczęśliwa łapiąc za ręke Christa.
Przechodzili uliczką. Rozświetloną różnorakimi światłami, reflektory samochodów, latarnie, światło dochodzące z okien mieszkań ludzi mieszkających w pobliżu. Trzymali się za ręce rozmyślając nad przyszłością malucha. "Chcesz wiedzieć to teraz słuchaj do cholery! Chciałaś to masz! Więc nasz przyjaciel zakochał się w tym pustaku. Z dnia na dzień ta laska grała słodką idiotkę. Więc nasz Rev'uś zakochał się w Wypindrzonej Alice! Od dnia, gdy nasz James pokochał Bird..." mówiąc to spuściła wzrok i przytkała oczy powiekami. Wyglądała tak słabo, chciała dotknąć Cassie czarodziejską różczkom i zniszczyć ten ból siedzący w jej ciałku.. "-Ta kurwa go zdradzała, zawsze jak bywałam w klubach siedziała i wychodziła z innym kolesiem, rozumiesz Melanie .? Jimmy ją kochał z całej siły a ona dawała dupy wszędzie!!! I to właśnie dwa miesiące temu zapukałam po raz ostatni do Rev'a i powiedziałam co widziałam. Ja płakałam Mel jak to mówiłam! Bolało mnie to, że Jimmy mi nie uwierzył. Wiesz jak się czułam? Chciałam dla niego jak najlepiej... A ten dupek co zrobił? Hahaha!. Zatrzasnął drzwi przed moim nosem i powiedział, że nie chce mnie już widzieć!!! I dlatego nie otwierałam wam drzwi, bo miałam depresję! Łykałam tabletki! popijałam alkoholem! Byłam w szpitalu, ci pierdoleni lekarze mnie odratowali! 3 razy!! Temu wam nie otwierałam ponieważ nie chciałam zaburzać wam tego jebanego szczęścia!!! Jesteś teraz z siebie zadowolona doskonała Melanie? Wszystko już wiesz do cholery? Tego chciałaś? Zobaczyć moje łzy, mój ból! Mam tego dosyć!" Nie wiedziała, że swoim szczęściem i wyprowadzką się do Christa, tak cholernie pogrąży, jeszcze bardziej Cassie w depresji. Gdyby mogła, cofnęła by czas do momentu przyjazdu pod Blue Road. Powiedziała by coś śmiesznego i od razu, natychmiast wręcz zabrała Cassie z samochodu i pognały do klubu. Bawiąc się, pijąc alkoholu do stanu "zombie"... Poczuła na swoich policzkach łzy kapiące na czerwony materiał.
-Hej co jest piękna? -zapytał
-Muszę ci coś powiedzieć Johnny. -pociągnęła nosem.
-Hej Melanie, co jest? -wtulił ją do swojego ciała.
-Wejdźmy do domu, nie chcę żebyś się przeziębił -uśmiechnęła się lekko.
Odpowiedziała jej cisza ze strony Christa. Po przekroczeniu progu drzwi wejściowych ruszyła wprost do kuchni. Zaparzyła aromatyczną kawę i postawiła na blacie stołu kuchennego. Usiadła na przeciwko męża i upiła łyk kawy.
-Co się stało Melanie? Martwię się o Ciebie słonko. -uścisnął dłoń Mel
-Ja...
-Słucham.
-Dobra kawa. -próbowała ukoić nerwy pijąc kawę, ale to nie dawało skutku jaki chciała osiągnąć.
-Hej piękna. -spojrzał jej prosto w oczy. -Co się stało?
-Ymmm
-Jestem przy tobie. Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, ufam Tobie Melanie. -powiedział
-Christ... -wstała i usiadła na kolanach ukochanego,wtulając swoją głowę w ramię mężczyzny.
-Słucham piękna. -odparł przytulając mocniej żonę.
-Johnny, to ja spowodowałam ten wypadek! -rozpłakała się
Oziębłe Blue Road zaczynało budzić się do życia. Rozgrzani, pełni pokładów energii ludzie zaczynali tłoczyć swoje gorące, miękkie ciała, do pomieszczenia. Tańczyli do rock'owej i metal'owej muzyki mając wielkie uśmiechy na twarzach, które wypełniały i wzbogacały wystrój klubu. Czerwone kanapy przesiąknięte dymem papierosowym, alkoholem, łzami... Siedzenia przy barze były wolne.
Mężczyźni przemieszczali się powolnym bez uczuć krokiem w stronę baru bez Johnny'ego i Melanie.
-Poproszę Jack'a Daniels'a. -powiedział Brian do wysokiego barmana w granatowej koszulce.
-Proszę. -odparł podając butelkę i szklankę z logiem trunku. -Co panowie sobie życzą? -zapytał wycierając śnieżnobiałą, bez skazy ściereczką ze złotą literką ,,P".
-To samo co kolega. -powiedział Matt pokazując na swoich przyjaciół, że mają ochotę na to samo.
-Proszę. -podał butelki, trzy szklaneczki i podszedł do innego klienta
Upijali małe łyczki rozkosznego pełnego wspomnień, bursztynowego trunku. Nie mieli ochoty rozmawiać na temat tego, co zdarzyło się dwadzieścia minut temu.
-Cassie zawsze piła w tej knajpie Whiskey... -uśmiechnął się Bri
-Powtarzała, że to napój bogów. -zaśmiał się Zacky bez jakiekolwiek uczucia.
-Grała w bilarda lepiej od nas chłopaki.- odparł Mat
-O tak. -przyznał Haner bawiąc się szklanką z małą ilością płynu
-Od tego klubu wszystko się zaczęło... -powiedział Shadow
-....I może zakończyć -mruknął Gates w myślach.
-To nie może się tak skończyć. -powiedział Baker, jakby czytał w myślach Haner'owi. -Cassie jest taka utalentowana, piękna, to nie może się zmarnować. Tak dużo przed nią. -odparł Zacky wpatrując w wiszący biało-czarny zegar z niebieskimi wskazówkami, przypominającymi kredki świecowe. Wskazywał godzinę 20;37.
-Jimmy od razu poleciał do niej. -powiedział Matt.
Na wypowiedziane słowa przyjaciela Brian wypełnił całą szklankę trunkiem i jednym haustem wlał w swój organizm ogromną ilość alkoholu, który koił jego wszystkie uczucia, jakich nie mógł opanować w obecnej sytuacji.
-Chłopie... -odparł Matt. -Whisky jest pod dostatkiem... -mruknął
-Co się dzieje? -zapytał Baker
-Nic...
-Jak to nic? Brian powiedz co cię trapi. -powiedział Matt spokojnym głosem
Podniósł butelkę na wysokości swojej głowy, trunek połyskiwał w świetle reflektorów ukazując czar whisky, napoju bogów. Jack Daniels i Black Tooth Grin to były ulubione napoje Cassie. Zawsze piła do upadłego, ale i tak nic ją nie powalało na podłogę.
-Za cholernie mocną głowę Cassie! -ryknął Gates
-Za wariatkę spod ciemnej gwiazdy! -odparł Baker
-Za osóbkę wartą grzechu! -powiedział Sanders.
Stuknęli się wielkimi szklanymi butelkami whiskey i upili połowę trunku. W głowach wytatuowanych mężczyzn narodził się pomysł nie do osiągnięcia.
-To może wskrzesssszymy jaaaaa? -bełkotał bez sensu Brian
-Co ty pierdolllynszzzz Syny-Sterrr?
-Paczz w słowięeę Synysterr jest Sterrrr! -ryknął Baker -Jesteś częścią statku, może cięeę okiełznam? -zapytał ruszając wymownie brewkami napalony Zacky
-Nein! Nein jutro! Nein dziś! Nevvver madafaka! buahhaha. -gadał SynySter
-Pierdolisz bez senzzzu! Bri! -stwierdził Matt. -A co tyczy się ciebie Vengege -wskazał na przyjaciela palcem. -To Brianek -wskazał na schlanego -Jest mój! -odparł
-To prawda Brian'ku?
-Przepraszzzzam, ale Yes. Kochałęm się w Sannnndersięę od długooo, wybocz! przyjacielu! -powiedział wtulając się w ramiona Matt'a, jak kobieta.
-Nikt mnie nie kocha! -odparł zrozpaczony płakając niewidzialnymi łzami. -SynySterrr Gejjjts mnie zdradził -wskazał na przyjaciela. -Nie wypacze ciii. Nigdy. Never! -powiedział i wstał zataczając się w stronę wyjścia.
-Czeeeekaj!!! -Haner wstał z kolan Matt'a i razem podbiegli, jeśli to był bieg... do Baker'a
-No weźźź- przytulił się Bri
-Zostaw mnnnie! -bełkotał
-No weźźź- zawtórował
-Zdradziłeś mnie z nim -wskazał na Sanders'a
-No weźźź -zaciął się
-Może to coś pomoże. -stwierdził i pocałował Bakera w policzek, Matt.
-Dość! -ryknął
-ŁooooooOOO. -Shadow's upadł na Baker'a i Brian'a.
Sytuacja wyglądała dwu znacznie. Mężczyźni pod wysokim łysym postawnym, umięśnionym osobnikiem płci męskiej jęczeli. Albo orgia, albo geje, albo... czarna msza!!!
-No weźźź. -ciągnął Haner.
-Zamknij się freśće z ym "No weźźź", wybaczam ci, tyko nie mów "No weźźź"
-Kocham cię! -ryknął Bri i przytulił się do Zack'a
-Może tak zbiooooooorowy uciskk? -zapytał Sanders
-Nieeeeee -ryknął przygnieciony Baker dwoma cielskami ociekającymi potem i zapachem whiskey.
-Kochamy Ciebie Zackiiii -pocałował Haner, Zacky'ego w policzek
-A ty naszzz kochać? -zapytał Shads
-No nie maAam innego wyjściaaAA -odparł wtulając się w przyjaciół na brudnej podłodze.
-A jak bardzo nasz kochaćć? -dopytywał się wstawiony Matt
-Cholernieee mocnyo. -powiedział
-Ej! Chłopaki! Zróbcie tak. -Brian turlał się po podłodze i patrzał w sufit pełny w kolorowe reflektory nadający piękny nastrój klubowi Blue Road.
-Dobra! -ryknęli jednakowo
-Łiiiiiii, ale zajebiścieee!!!
-Hahahahhahah- brechtał się Sanders
-O kurwa! -jęknął Bri
-Co yest? -zapytał Baker
-Jebłem się w ten pierdolony, kurewski, czarny, jak dupa szatana kant. Kurwa! -prawie ryczał
-Hahahhaha! - śmiał się Vengeance z Sandersem
-To nie jest śmieszne! -ryknął -Ale wiecie co... -przyglądał się czarnemu kantowi od kanapy. -To bardzo epicki kant, w dodatku zrobił ze mnie idiotę... -zaczął szperać w kieszeni, wyciągnął telefon. -Choźźź! Zrobimy se słit focie!! Maderfakersaker!!!. -ułoży się przy kancie, całkowicie rozwalony na podłodze. -Uśmiiich!!! -wyszczerzył się jak zebra Gates.
-HAhahahahah! Nie mogeeee! On se zroibł.... hahah -śmiał się, jak opentany Baker
-Nooooo! pompka!!!!z niebgo mom!- brechtał się Mat
-Paczcie -pokazał ekran telefonu zalanym w trupa przyjaciołom. -Ja mam. -wskazał na siebie. -Wy neie mocie!! Buahhahah- ryknął pokazując palcem na nich, jednocześnie upadając na plecy
-A was tu nie ma! Wynocha do cholery pijaki! Już was nie ma! -ryknął ochroniarz z różowym wąsem
-On ma różowego wąsa!!! -krzyczał Gates -No, ale jaki epicki, może zrobimy sobie słit fotcieee?-zapytał zalany bri do ochroniarza.
-Dosyć tego! Wypierdalać!
-Ty gościuuu, nie drzyj ryja. -bąknął Shads -Już idziemy panie władzo...
-To jest Pan mister pink wąs!
-Pink is a new black!!! -ryknął Gates tańczą opa gangman style, psów.
-Wychodziiimy! -zabrał za szmaty Haner'a, Sanders'a i Baker'a -Już was tu nie chcę widzieć, dzisiaj! -ryknął i jak z jakiegoś filmu o dzieciakach, które wkręciły się na imprezę dla dorosłych zostały wyrzucone z klubu na bruk ulicy, wyrzucił Sevenfoldów na zimny beton przed klubem.
-Ty ch....
-Skur....
-Cip....
-Coś jeszcze macie mi do powiedzenia? Rozumiem was chłopaki, ale taka jest moja praca. Zapraszam jutro do Blue Road. -uśmiechnął się, pomachał i zamknął drzwi.
-Dziwak. -stwierdził Gates
-Dokładnie!!! -ryknął Sanders, doprowadzając do orgazmu Baker'a
-Może by tak dzika orgia? -zapytał Gates wymownie ruszając brewkami.
-Może jutro. Trzeba sie zbieroć! -odparł Matt, stawiając do pionu swoje ciało.
Ogarnęli się i ruszyli w stronę domu Gates'a ponieważ był najbliżej klubu BR. Trzymali się blisko siebie, żeby nie upaść na szaro-czerwony chodnik.
-Ej pamiętaciieee tą piosenkę....
-Jaka?- zapytał
-Mój. -wskazał na siebie -Kask... -zrobił niewidzialny kask na głowie - Ma 4...-wskazał cztery palce -Rogi!- ukazał różki nad głową.
-Nooo!!!
Śmiali się do łez w swoim towarzystwie zapominając o przykrej sytuacji, która zdarzyła się przed klubem. Zalani w trzy dupy uśmiechali się wspominając dawne czasy liceum, podstawówki i "takie tam"...
-Hahahahaha. -wybuchnął śmiechem Baker
-Z czego rżysz? -zapytał Mat
-On miał różowego wąsa...!!! -upadł na ziemie Zack'y ze śmiechu i turlał się po trawie.
-Noooooooooooo. -zaryczał Shadow's
-Nie chciał ze mną zrobić zdjęcia. -Haner'a usta ustawiły się w podkówkę. -Nie lubić gooooo...
-Ale Bri... -poklepał go Sanders po ramieniu. -Masz focie z epickim kant'em -uśmiechnął się
-No racja. -zaśmiał się jak psychopata. -Kocham Was. -przytulił do siebie przyjaciół. -Gdybym Was stracił...-pokręcił głową. -Nie myślmy o tym. Kocham Was. -powiedział trzeźwo Haner
-My też Ciebie kochamy Brianku. -uścisnęli przyjaciela z całej siły.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Melanie ciągnąc za rękaw swojego ukochanego rozmyślała nad tym co powiedziała Cassie... "Ta kurwa zdradzała go" po raz pierwszy usłyszała od swojej przyjaciółki tą nienawiść wypływającą z jej ust, jak stado rozwścieczonych, dzikich zwierząt zmierzających do punktu, w którym znajdowało się ognisko problemów. Jimmy jest lub był najlepszym przyjacielem pod słońcem. Dogadywali się bez słów... znali się aż tak dobrze, że jedno wiedziało co drugie chciało. W niektórych sytuacjach wydawało się to dość podejrzane, tak jakby byli razem. Tak... tak to wyglądało. Oni są stworzeni dla siebie, dwa wybuchowe ładunki połączone razem tworzą bombę atomową. "Łykałam tabletki! [...], Odratowali 3 razy"...
-Dość! Nie można myśleć teraz o tym, bo sama popadnę w depresję!. -powtórzyła sobie dobitnie w myślach
-O czym tak myślisz słonko?. - zapytał Christ swoim uwodzicielskim głosem mocnej ściskając dłoń Melanie
-O Cassie... Martwię się o nią. -odparła wpatrując się w Brian'a, który ukrył twarz w dłoniach, przy klubie.
-Piękna, nie smuć się, proszę. -powiedział przytulając jej roztrzęsione ciałko do siebie, czuł jej niepokój, strach wydarzeniami, które nią wstrząsnęły w samochodzie.
-Jeśli jej się coś stało...-z jej oczu polał się potok łez. -... poważnego? -wybuchła płaczem wtulając się w silne ramiona Johnny'ego
-Cii...- kołysał nią w kojący sposób. -Wszystko będzie dobrze... Melanie, hej piękna -podniósł jej podbródek tak, aby mógł spojrzeć w jej błękitne oczy, w których zakochał się od pierwszego wejrzenia.
-To moja wina... -odparła przymykając powieki.
-Hej... Melanie. -powiedział czule. -To nie twoje wina, Cassie wybuchła emocjami, nie mogłaś nic na to poradzić. -odparł z przekonaniem
-Ale... Johnny... ja. -mówiła urywki słów, roztrzęsionym, pełnym strachu głosem.
-Cii. -ułożył swój wskazujący palec na jej jędrnych ustach w geście uciszenia cudownego, melodyjnego głosiku.
-To nie twoje wina maleńka, nie denerwuj się. -odparł i pocałował namiętnie Melanie jednocześnie głaszcząc jej zaokrąglony lekko brzuszek. -Nasze maleństwo. -spojrzał jej głęboko w oczy, zatkało ją i wpatrywała się w niego zaciekawionymi pełnymi tajemnicy oczami. -Nie możesz się smucić ani denerwować. -pomachał jej palcem przed twarzą. -To może zaszkodzić naszemu maluchowi, i żadnych "ale". -uśmiechnął się i pocałował Mel jak najczulej potrafił, przywarł do niej, głaskając jednocześnie brzuszek swojej ukochanej kobiety, którą będzie bronił przed całym złem tego skażonego świata... -To dla dobra naszego dziecka, śliczna. -odparł odrywając się od ust cudownej istotki. -Kocham Ciebie! -powiedział to z takim entuzjazmem i wznowił wspaniały, pełen uczuć pocałunek.
Melanie poddała się całkowicie pokusie, rozkoszy, którą zapoczątkował jej jedyny mężczyzna na świecie, który jest ojcem malucha w jej ciele. Po raz pierwszy poczuła się kochana przez mężczyznę. Przeważnie skakała z kwiatka na kwiatek, szukając tego cholernego ideału. Całkiem przypadkiem wpadła w ramiona Christa i tam już została, może nie był ideałem, umięśnionym, wysokim, mężczyzną. Jej gnom jest spełnieniem jej najskrytszych marzeń, opiekuńczy, uczciwy, odważny, wrażliwy... Mogłaby wymieniać w nieskończoność, to nie znaczy, że nie miał wad, miał, ale nie przeszkadzały jej, ani troszeczkę. Kochała Go, nie jego Pieniądze. Czuła się bardzo bezpiecznie w silnych, wytatuowanych ramionach, i to uczucie... nie umiała go opisać. Miłość. To pewnie uczucie, którym darzyła Johnny'ego.
-Johhny Christ jesteś moim całym światem. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ciebie nie było przy mnie. Kocham Cię i to cholernie mocno! -powiedziała wieszając się na szyję ukochanemu i ponownie wpiła się w usta wybranka.
-Ja bardziej, misiu. -odparł, na te słowa poczuł, że jego Melanie uśmiechnęła się, przylgnął do niej i cały świat zawirował wokół nich.
Zdruzgotani mężczyźni stali przed klubem Blue Road. Rozmyślali w ciszy. Co się stało? Dlaczego to akurat Cassie? Akurat dzisiaj? Kiedy mieliśmy schlać się!? Z całą ekipą Potępionych?! Pytania wędrowały w ich głowach, jak głupia piosenka usłyszana w radiu i akurat musiała umieścić się głęboko w mózgu i nie chce wyleźć. Efektem końcowym jest nucenie... Okropność. Piękna noc, która zapowiadała się wielką imprezą z przyjaciółmi stała się koszmarem, nieoczekiwanym.
-Chodźcie chłopaki do środka. -odparł smutny Sanders
Gates i Zacky ruszyli do środka klubu z pustym wyrazem twarzy. Kiwnęli jedynie głowami, zgadzając się udać do klubu BR.
-Johnny... -powiedziała Melanie
-Co się stało kotku? Coś cię boli. -zapytał, pieszczotliwie głaszcząc policzek Mel
-Ja...
-Co? -zapytał po raz kolejny, tym razem zaniepokojony ponieważ Melanie nabrała kolorów tęczy na twarzy.
-Ja... Bhfgahd -wymamrotała zakrywając usta swoją kruchą dłonią.
Melanie pobiegła w szpilkach do pobliskich krzaków. Na szczęście nie przechodziła przez ulicę, nie odważyła by się. Stąpając na miękkich nogach stanęła nad roślinami, które nie miały końca przy płocie, jakiegoś boiska do koszykówki. Opróżniła swój żołądek zginając się w pół.
-Melanie! -wołał Christ
Podbiegł i spojrzał na już kremową twarz kobiety w czerwonej sukience. Stała i wycierała twarz chusteczką higieniczną. Wyraźnie zniesmaczona całą sytuacją, która zobaczył na swoje oczy.
-To mdłości, cholerne...! -powiedziała zawstydzona.
-Ja już myślałem, że coś strasznego dzieje się z moim koteczkiem. -odparł czule, jednocześnie poprawiając upadający kosmyk włosów na twarz Mel.
-Już dobrze, tak już jest z kobietą w ciąży. -powiedziała. -A ty mój drogi jesteś ojcem naszego dziecka. -odparła dumnie wskazując na brzuch.
-Mmmmm, jesteś taka słodziutka, chętnie bym cię teraz schrupał. -podgryzł dolną wargę. -Nawet na środku ulicy.
-Hahaha, wariat! -zarechotała. -Chodźmy do Blue Road, chłopaki na nas czekają. -powiedziała mijając męża.
-A ty gdzie się wybierasz? -zapytał z rozbawieniem zagradzając ręką przejście
-Do Blue Road, a gdzie niby? -odparła zdziwiona zadanym pytaniem.
-Nie, nie...- powiedział stanowczo. -Jedziemy do domu.
-Nie. Idziemy do chłopaków! Musimy się wzajemnie wspierać! -prawie krzyczała.
-Tak wiem kochanie. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś mnie znowu tak przestraszyła. -powiedział spokojnie chwytając się za serce, taki żarcik.
-Ale... Johnnnnny!!! -próbowała przekonać Christa robiąc na dodatek slodkie oczka kotka.
-Twoje oczka w tej sytuacji nic nie dadzą.
-Ale...
Żadne ale, jedziemy. -powiedział stanowczo i otulił ją swoim lewym ramieniem
-Christ. Zaczekaj -uśmiechnęła się
-Co? -stanął zdziwiony i wpatrywał się w Mel wielkimi oczami.
-Skąd weźmiesz samochód? -zapytała, zakładając ręce na biodra.
-Ehm, no... -dukał, drapiąc się po głowie.
-Może się przejdziemy? -zapytała z wielkim uśmiechem
-Dobrze.
-Będziesz miał mnie stale na oczach. -posłała uwodzicielski uśmieszek i puściła oczko.
-Arrrrr. -klepnął Melanie w tyłeczek. -Ruszajmy.
-Wariat -odparła szczęśliwa łapiąc za ręke Christa.
Przechodzili uliczką. Rozświetloną różnorakimi światłami, reflektory samochodów, latarnie, światło dochodzące z okien mieszkań ludzi mieszkających w pobliżu. Trzymali się za ręce rozmyślając nad przyszłością malucha. "Chcesz wiedzieć to teraz słuchaj do cholery! Chciałaś to masz! Więc nasz przyjaciel zakochał się w tym pustaku. Z dnia na dzień ta laska grała słodką idiotkę. Więc nasz Rev'uś zakochał się w Wypindrzonej Alice! Od dnia, gdy nasz James pokochał Bird..." mówiąc to spuściła wzrok i przytkała oczy powiekami. Wyglądała tak słabo, chciała dotknąć Cassie czarodziejską różczkom i zniszczyć ten ból siedzący w jej ciałku.. "-Ta kurwa go zdradzała, zawsze jak bywałam w klubach siedziała i wychodziła z innym kolesiem, rozumiesz Melanie .? Jimmy ją kochał z całej siły a ona dawała dupy wszędzie!!! I to właśnie dwa miesiące temu zapukałam po raz ostatni do Rev'a i powiedziałam co widziałam. Ja płakałam Mel jak to mówiłam! Bolało mnie to, że Jimmy mi nie uwierzył. Wiesz jak się czułam? Chciałam dla niego jak najlepiej... A ten dupek co zrobił? Hahaha!. Zatrzasnął drzwi przed moim nosem i powiedział, że nie chce mnie już widzieć!!! I dlatego nie otwierałam wam drzwi, bo miałam depresję! Łykałam tabletki! popijałam alkoholem! Byłam w szpitalu, ci pierdoleni lekarze mnie odratowali! 3 razy!! Temu wam nie otwierałam ponieważ nie chciałam zaburzać wam tego jebanego szczęścia!!! Jesteś teraz z siebie zadowolona doskonała Melanie? Wszystko już wiesz do cholery? Tego chciałaś? Zobaczyć moje łzy, mój ból! Mam tego dosyć!" Nie wiedziała, że swoim szczęściem i wyprowadzką się do Christa, tak cholernie pogrąży, jeszcze bardziej Cassie w depresji. Gdyby mogła, cofnęła by czas do momentu przyjazdu pod Blue Road. Powiedziała by coś śmiesznego i od razu, natychmiast wręcz zabrała Cassie z samochodu i pognały do klubu. Bawiąc się, pijąc alkoholu do stanu "zombie"... Poczuła na swoich policzkach łzy kapiące na czerwony materiał.
-Hej co jest piękna? -zapytał
-Muszę ci coś powiedzieć Johnny. -pociągnęła nosem.
-Hej Melanie, co jest? -wtulił ją do swojego ciała.
-Wejdźmy do domu, nie chcę żebyś się przeziębił -uśmiechnęła się lekko.
Odpowiedziała jej cisza ze strony Christa. Po przekroczeniu progu drzwi wejściowych ruszyła wprost do kuchni. Zaparzyła aromatyczną kawę i postawiła na blacie stołu kuchennego. Usiadła na przeciwko męża i upiła łyk kawy.
-Co się stało Melanie? Martwię się o Ciebie słonko. -uścisnął dłoń Mel
-Ja...
-Słucham.
-Dobra kawa. -próbowała ukoić nerwy pijąc kawę, ale to nie dawało skutku jaki chciała osiągnąć.
-Hej piękna. -spojrzał jej prosto w oczy. -Co się stało?
-Ymmm
-Jestem przy tobie. Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, ufam Tobie Melanie. -powiedział
-Christ... -wstała i usiadła na kolanach ukochanego,wtulając swoją głowę w ramię mężczyzny.
-Słucham piękna. -odparł przytulając mocniej żonę.
-Johnny, to ja spowodowałam ten wypadek! -rozpłakała się
Oziębłe Blue Road zaczynało budzić się do życia. Rozgrzani, pełni pokładów energii ludzie zaczynali tłoczyć swoje gorące, miękkie ciała, do pomieszczenia. Tańczyli do rock'owej i metal'owej muzyki mając wielkie uśmiechy na twarzach, które wypełniały i wzbogacały wystrój klubu. Czerwone kanapy przesiąknięte dymem papierosowym, alkoholem, łzami... Siedzenia przy barze były wolne.
Mężczyźni przemieszczali się powolnym bez uczuć krokiem w stronę baru bez Johnny'ego i Melanie.
-Poproszę Jack'a Daniels'a. -powiedział Brian do wysokiego barmana w granatowej koszulce.
-Proszę. -odparł podając butelkę i szklankę z logiem trunku. -Co panowie sobie życzą? -zapytał wycierając śnieżnobiałą, bez skazy ściereczką ze złotą literką ,,P".
-To samo co kolega. -powiedział Matt pokazując na swoich przyjaciół, że mają ochotę na to samo.
-Proszę. -podał butelki, trzy szklaneczki i podszedł do innego klienta
Upijali małe łyczki rozkosznego pełnego wspomnień, bursztynowego trunku. Nie mieli ochoty rozmawiać na temat tego, co zdarzyło się dwadzieścia minut temu.
-Cassie zawsze piła w tej knajpie Whiskey... -uśmiechnął się Bri
-Powtarzała, że to napój bogów. -zaśmiał się Zacky bez jakiekolwiek uczucia.
-Grała w bilarda lepiej od nas chłopaki.- odparł Mat
-O tak. -przyznał Haner bawiąc się szklanką z małą ilością płynu
-Od tego klubu wszystko się zaczęło... -powiedział Shadow
-....I może zakończyć -mruknął Gates w myślach.
-To nie może się tak skończyć. -powiedział Baker, jakby czytał w myślach Haner'owi. -Cassie jest taka utalentowana, piękna, to nie może się zmarnować. Tak dużo przed nią. -odparł Zacky wpatrując w wiszący biało-czarny zegar z niebieskimi wskazówkami, przypominającymi kredki świecowe. Wskazywał godzinę 20;37.
-Jimmy od razu poleciał do niej. -powiedział Matt.
Na wypowiedziane słowa przyjaciela Brian wypełnił całą szklankę trunkiem i jednym haustem wlał w swój organizm ogromną ilość alkoholu, który koił jego wszystkie uczucia, jakich nie mógł opanować w obecnej sytuacji.
-Chłopie... -odparł Matt. -Whisky jest pod dostatkiem... -mruknął
-Co się dzieje? -zapytał Baker
-Nic...
-Jak to nic? Brian powiedz co cię trapi. -powiedział Matt spokojnym głosem
Podniósł butelkę na wysokości swojej głowy, trunek połyskiwał w świetle reflektorów ukazując czar whisky, napoju bogów. Jack Daniels i Black Tooth Grin to były ulubione napoje Cassie. Zawsze piła do upadłego, ale i tak nic ją nie powalało na podłogę.
-Za cholernie mocną głowę Cassie! -ryknął Gates
-Za wariatkę spod ciemnej gwiazdy! -odparł Baker
-Za osóbkę wartą grzechu! -powiedział Sanders.
Stuknęli się wielkimi szklanymi butelkami whiskey i upili połowę trunku. W głowach wytatuowanych mężczyzn narodził się pomysł nie do osiągnięcia.
-To może wskrzesssszymy jaaaaa? -bełkotał bez sensu Brian
-Co ty pierdolllynszzzz Syny-Sterrr?
-Paczz w słowięeę Synysterr jest Sterrrr! -ryknął Baker -Jesteś częścią statku, może cięeę okiełznam? -zapytał ruszając wymownie brewkami napalony Zacky
-Nein! Nein jutro! Nein dziś! Nevvver madafaka! buahhaha. -gadał SynySter
-Pierdolisz bez senzzzu! Bri! -stwierdził Matt. -A co tyczy się ciebie Vengege -wskazał na przyjaciela palcem. -To Brianek -wskazał na schlanego -Jest mój! -odparł
-To prawda Brian'ku?
-Przepraszzzzam, ale Yes. Kochałęm się w Sannnndersięę od długooo, wybocz! przyjacielu! -powiedział wtulając się w ramiona Matt'a, jak kobieta.
-Nikt mnie nie kocha! -odparł zrozpaczony płakając niewidzialnymi łzami. -SynySterrr Gejjjts mnie zdradził -wskazał na przyjaciela. -Nie wypacze ciii. Nigdy. Never! -powiedział i wstał zataczając się w stronę wyjścia.
-Czeeeekaj!!! -Haner wstał z kolan Matt'a i razem podbiegli, jeśli to był bieg... do Baker'a
-No weźźź- przytulił się Bri
-Zostaw mnnnie! -bełkotał
-No weźźź- zawtórował
-Zdradziłeś mnie z nim -wskazał na Sanders'a
-No weźźź -zaciął się
-Może to coś pomoże. -stwierdził i pocałował Bakera w policzek, Matt.
-Dość! -ryknął
-ŁooooooOOO. -Shadow's upadł na Baker'a i Brian'a.
Sytuacja wyglądała dwu znacznie. Mężczyźni pod wysokim łysym postawnym, umięśnionym osobnikiem płci męskiej jęczeli. Albo orgia, albo geje, albo... czarna msza!!!
-No weźźź. -ciągnął Haner.
-Zamknij się freśće z ym "No weźźź", wybaczam ci, tyko nie mów "No weźźź"
-Kocham cię! -ryknął Bri i przytulił się do Zack'a
-Może tak zbiooooooorowy uciskk? -zapytał Sanders
-Nieeeeee -ryknął przygnieciony Baker dwoma cielskami ociekającymi potem i zapachem whiskey.
-Kochamy Ciebie Zackiiii -pocałował Haner, Zacky'ego w policzek
-A ty naszzz kochać? -zapytał Shads
-No nie maAam innego wyjściaaAA -odparł wtulając się w przyjaciół na brudnej podłodze.
-A jak bardzo nasz kochaćć? -dopytywał się wstawiony Matt
-Cholernieee mocnyo. -powiedział
-Ej! Chłopaki! Zróbcie tak. -Brian turlał się po podłodze i patrzał w sufit pełny w kolorowe reflektory nadający piękny nastrój klubowi Blue Road.
-Dobra! -ryknęli jednakowo
-Łiiiiiii, ale zajebiścieee!!!
-Hahahahhahah- brechtał się Sanders
-O kurwa! -jęknął Bri
-Co yest? -zapytał Baker
-Jebłem się w ten pierdolony, kurewski, czarny, jak dupa szatana kant. Kurwa! -prawie ryczał
-Hahahhaha! - śmiał się Vengeance z Sandersem
-To nie jest śmieszne! -ryknął -Ale wiecie co... -przyglądał się czarnemu kantowi od kanapy. -To bardzo epicki kant, w dodatku zrobił ze mnie idiotę... -zaczął szperać w kieszeni, wyciągnął telefon. -Choźźź! Zrobimy se słit focie!! Maderfakersaker!!!. -ułoży się przy kancie, całkowicie rozwalony na podłodze. -Uśmiiich!!! -wyszczerzył się jak zebra Gates.
-HAhahahahah! Nie mogeeee! On se zroibł.... hahah -śmiał się, jak opentany Baker
-Nooooo! pompka!!!!z niebgo mom!- brechtał się Mat
-Paczcie -pokazał ekran telefonu zalanym w trupa przyjaciołom. -Ja mam. -wskazał na siebie. -Wy neie mocie!! Buahhahah- ryknął pokazując palcem na nich, jednocześnie upadając na plecy
-A was tu nie ma! Wynocha do cholery pijaki! Już was nie ma! -ryknął ochroniarz z różowym wąsem
-On ma różowego wąsa!!! -krzyczał Gates -No, ale jaki epicki, może zrobimy sobie słit fotcieee?-zapytał zalany bri do ochroniarza.
-Dosyć tego! Wypierdalać!
-Ty gościuuu, nie drzyj ryja. -bąknął Shads -Już idziemy panie władzo...
-To jest Pan mister pink wąs!
-Pink is a new black!!! -ryknął Gates tańczą opa gangman style, psów.
-Wychodziiimy! -zabrał za szmaty Haner'a, Sanders'a i Baker'a -Już was tu nie chcę widzieć, dzisiaj! -ryknął i jak z jakiegoś filmu o dzieciakach, które wkręciły się na imprezę dla dorosłych zostały wyrzucone z klubu na bruk ulicy, wyrzucił Sevenfoldów na zimny beton przed klubem.
-Ty ch....
-Skur....
-Cip....
-Coś jeszcze macie mi do powiedzenia? Rozumiem was chłopaki, ale taka jest moja praca. Zapraszam jutro do Blue Road. -uśmiechnął się, pomachał i zamknął drzwi.
-Dziwak. -stwierdził Gates
-Dokładnie!!! -ryknął Sanders, doprowadzając do orgazmu Baker'a
-Może by tak dzika orgia? -zapytał Gates wymownie ruszając brewkami.
-Może jutro. Trzeba sie zbieroć! -odparł Matt, stawiając do pionu swoje ciało.
Ogarnęli się i ruszyli w stronę domu Gates'a ponieważ był najbliżej klubu BR. Trzymali się blisko siebie, żeby nie upaść na szaro-czerwony chodnik.
-Ej pamiętaciieee tą piosenkę....
-Jaka?- zapytał
-Mój. -wskazał na siebie -Kask... -zrobił niewidzialny kask na głowie - Ma 4...-wskazał cztery palce -Rogi!- ukazał różki nad głową.
-Nooo!!!
Śmiali się do łez w swoim towarzystwie zapominając o przykrej sytuacji, która zdarzyła się przed klubem. Zalani w trzy dupy uśmiechali się wspominając dawne czasy liceum, podstawówki i "takie tam"...
-Hahahahaha. -wybuchnął śmiechem Baker
-Z czego rżysz? -zapytał Mat
-On miał różowego wąsa...!!! -upadł na ziemie Zack'y ze śmiechu i turlał się po trawie.
-Noooooooooooo. -zaryczał Shadow's
-Nie chciał ze mną zrobić zdjęcia. -Haner'a usta ustawiły się w podkówkę. -Nie lubić gooooo...
-Ale Bri... -poklepał go Sanders po ramieniu. -Masz focie z epickim kant'em -uśmiechnął się
-No racja. -zaśmiał się jak psychopata. -Kocham Was. -przytulił do siebie przyjaciół. -Gdybym Was stracił...-pokręcił głową. -Nie myślmy o tym. Kocham Was. -powiedział trzeźwo Haner
-My też Ciebie kochamy Brianku. -uścisnęli przyjaciela z całej siły.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
wtorek, 4 grudnia 2012
09. You don't fall, I'm promise.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozmyślał nad tym jak poznał Alice Bird. Na początku wydawała się zabawna, radosna, piękna... Nie to już nie było piękno tylko skrzywdzenie swojego ciała, cały czas chodząc na to cholerne solarium. Dopiero teraz sobie uzmysłowił, że ta kobieta owinęła go wokół palca. Tylko cycki w niej się mu podobały. Dlaczego? Może temu, że nie miał kobiety od dawien dawna? Pragnął miłości, czułości, szczęścia, osoby z którą mógłby pójść na koniec świata i z powrotem. Pani Bird nie była tym czego szukał. Zaspokajał tylko swoje seksualne zachcianki, zachował się jak skończony dupek. Wstydził się w pewien sposób swojego postępowania, ale ludzie się zmieniają. Był pijany, gdy poznał ją w klubie. Rozkochała go w sobie. Nie mógł teraz uwierzyć, że "Plastik" owładnął jego serce, czułe, kruche w pewien sposób. Jak to możliwe? On woli naturalne piękności! Rockmenki, Melatówy! Zniżył się do jej poziomu. Okropieństwo. Zrobił z siebie jakiegoś "Ken'a". Wyszedł z łazienki i polazł do sypialni, spojrzał na kobietę w łóżku. Poduszka była cała uwalona jej podkładem i pudrem, tusz cały rozmazany na jej twarzy. Na szczęście wiedział, że musi to skończyć. Popełnił błąd i to cholernie duży. Przyłapał ją w kawiarni z jakimś facetem, powiedziała, że to jest jej brat. Puścił to mino uszu. Zabierała jego pieniądze, okłamywała go bezczelnie na każdym kroku. Zachowywała się wobec niego jak ostatnia świnia chodząca po tej planecie. Zamiast czułości i miłości dostał kłamstwo, ohydę, smutek, żal.
On, przystojny, wysoki mężczyzna o nie przeciętnym talencie, uśmiechu tak promiennym, że każda kobieta na którą spojrzał, była jego. Śmiechu tak histerycznym jak poczucie humoru, czyli niewyobrażalne. Jest znany z tego, że robi imprezę z niczego...
"Piękna, noc. Gwiazdy mrugały na czarnym niebie, było ich setki nawet miliony. Ludzie marzyli, aby marzenie które wypowiedzieli w myślach spełniło się, gdy upada gwiazda. Przemierzali ulice HB, ludzi było dość sporo, przecież jest piąty dzień tygodnia! Trzeba to oblać!
-Jooooohnyyy!. -zawołała Melanie, która została przerzucona przez ramie Christa
-Uwielbiam, gdy tak wołasz moje imię, jak uprawiamy dziki seks! -odparł szczyrząc ząbki w moją stronę.
-Co tak się patrzysz Christ? -zapytałam zdezoriętowana. -Ten alkohol ci we łbie już po przewracał klepki.
-Powinnaś przestać być dziewicą. Jesteś jedyną piękną, zdolną, utalentowaną moją znajomą, która nie uprawiała przenigdy seksu!. Jak to możliwe do cholery? Odpowiedz mi proszę. -powiedział robiąc oczka jak kot, który chcę zjeść coś smakowitego.
-Jeszcze nie ma takiego faceta, który by ze mną wytrzymał Johnny.
-A my? -zapytali równo Brian i Jimmy wyrastając przedemną
-No racja! -jękłam i uciekłam jak najdalej od tej dwójki, wiedziałam, że coś się święci i schowałam się za pijanym w trzy dupy Shadowsem
-Kryj mnie!
-Ej, co ty? -powiedział zataczając się
-Cassie! Nie ukryjesz się przed tymi erotomanami! -powiedziała Melanie w przerwie przy namiętnym pocałunku z Johnny'm
-Gdzie ta nasza mała wariatka -powtarzał Brian zacierając ręce jak jakiś obłąkany doktorek
-A może tu. -ryknął James podnosząc kamień.
-Tam jej nie ma! Cycki by się nie zmieściły pod ten kamień Rev'uś!
-No racja!. To może tu! -wskazał na Zacky'ego
-Ja nic nie zrobiłem! -ryknął podnosząc ręce i upadł na ziemie
-Trzeba go przeszukać- odparł z powagą Brian
-Weźcie mnie nie dotykajcie!
-Sprawdź kieszenie Haner, ja zobacze pod koszulką.
-Pomocy! Zboczeńcy!!!
-Nie histeryzuj Baker. Jesteś po prostu podejrzany! Więc trzeba Ciebie sprawdzić -powiedział Matt pokazując palcem na pół nagiego przyjaciela.
-Cholera nie ma jej!. -powedział zrezygnowany Gates
-To może tu! -powiedział James pokazując na zataczającego Matt'a
-Kurwa Mat, stój tu ja uciekam!
-Cassie, a tu jesteś -zaśmiał się Matt
-Ale masz orient! Siedź cicho. -jękłam
-Ale masz orient! Siedź cicho. -jękłam
Wychyliłam się żeby zbadać teren i napotkałam spojrzenie Jimmy'ego.
-Tam jest, Synyster!!!- ryknął James i ruszył w moją stronę
-Cholera! Zostawcie mnie! Świry! -biegłam na przeciwko siebie, przez pusty chodnik.
-Nigdy!. -zawołali tak głośno, że babka z bloku się wychyliła
-Wy parszywe dzieciaki!!! Spać a nie balować!!! -odparła siwowłosa, machając rękoma
-Niech pani tak nie macha rękami, bo zaraz pani poszybuję jak samolot! -ryknął James
-Wy parszywe dzieciaki!!! Spać a nie balować!!! -odparła siwowłosa, machając rękoma
-Niech pani tak nie macha rękami, bo zaraz pani poszybuję jak samolot! -ryknął James
-Jesteś nam potrzebna w czarnej mszy!
-Sataniści!!! -krzyknęła i zamknęła okno przy czym przeżegnała się.
-Sataniści!!! -krzyknęła i zamknęła okno przy czym przeżegnała się.
Stanęłam i spojrzałam na chłopaków. Dyszeli i śmiali się ogarnięci alkoholem, byli nieźle wstawieni.
-Nie uciekniesz nam Cassie! -ryknął Brian
-Dziś nie będziesz już dziewicą! Buahahahhahha. -zarechotał Jimbo
-Chłopaki kupie Daniel'sa i zrobimy ostrą impreze i będzie git? -próbowałam ich przekupić
-Nie!
-Dlaczego? -zapytałam
-Bo impreza już trwa a ty jesteś naszym Jack'iem Daniels'em! Musimy cię otworzyć i spróbować! -odparł Jimmy
-Ej! Ty to zawsze robisz impreze z niczego, Nawet z przyszłej orgi! -rechotał Johnny"
Miał wspaniałych przyjaciół, tak Miał. Od dnia ,gdy poznał Alice przybywał tylko i wyłącznie z nią czas w łóżku.
-Jimmy...-wymruczała. -Już nie śpisz kochanienki. -odparła powoli układając swoje ciało w pionie, okrywając się krwistą kołdrą.
Od dawna czuł, że to jest toksyczny związek. Zabierała jego pieniądze i spełniała swoje zachcianki, nie pozwalała brać się za ręce przy jego znajomych. Tylko przy Cassie...
Podszedł do szafy z ubraniami, wyciągnął z niej czarne spodnie i biało-czarną koszulkę z Slayer'em. Założył do tego trampki i spojrzał na zegarek, 20;30.
-Gdzie się wybierasz? -powiedziała
Ubrał się i wyszedł z sypialni, nie miał ochoty z nią rozmawiać, brało go na wymioty. Wyszedł z domu i ruszył do samochodu. Dużo ludzi chodziło teraz ulicami HB, latarnie powoli ukazywały światło i koło nich kobiety. Jedna z nich pomachała mu, lecz on pokazał tylko środkowy palec. Jeszcze dwie minuty i będzie przy Blue Road. Mat zadzwonił do niego, żeby przyjechać i napić się w towarzystwie, po wspominać dawne czasy. Nie był zdecydowany czy jechać, ale było tylko jedno wyjście, dla niego sensowne. Od tygodnia rozważał słowa swojej przyjaciółki, chciał porozmawiać na spokojnie. Zaparkował na tyłach klubu. Wyskoczył z samochodu i ruszył ulicą wprost na przód. Ujrzał swoich przyjaciół, widział niepokój na twarzach. Co się stało? Spojrzał na Brian'a a ten na niego. Coś się stało, Gates miał zawsze taki wyraz twarzy, gdy...Kurwa!!! Podbiegł.
-Co się stało?
-Cassie!!! -płakała Melanie i wskazała na samochód.
Wymienił spojrzenia z chłopakami i ruszył w skazane miejsce przez przyjaciółkę. Ujrzał swoją Cassie, nie poznał jej z wyglądu. Sukienka nad kolano ukazujące jej piękne długie nogi zakończone drapieżnymi czarnymi szpilkami. Zaskoczył go ten widok, lecz dobił widząc okół niej krew. Widział Melanie, jej łzy nie miały końca.
-Co się stało?! -zapytał zdenerwowany. -Cassie!!!! Cassie, moja słodka Cassie. -powiedział James podnosząc i wtulając ciało przyjaciółki w swoje, czuł słabe tętno. Jego łzy opadały na jej policzek. -Powinienem tu być wcześniej! Nic by się nie stało! -powiedział płakając jak małe dziecko dziewczynę.
Cały jego świat legł w gruzach. Ta mała osóbka od pierwszego spojrzenia napawała go nieznanym uczuciem. Tajemniczość w małym ciałku kusiła go jak pyszne czekoladowe ciastko, w którym kryje się coś niespodziewanego i szalonego. Za wszelką cenę chciał odkryć co to jest, zaznać satysfakcji z odkrycia nieznanego. Od bardzo dawna nie poznał takiej osóbki jak ona, ba! nigdy jeszcze takiej nie widział na własne oczy!. Szalona, uśmiechnięta, oddana przyjaciołom...
-Przepraszam... moja... Cassie. Proszę nie odchodź!... Nie teraz... Proszę. -mówił wpatrując się z troską w jej zamknięte powieki. -Dam Ci wszystko... nawet te babeczki, które mi podkradasz. Oddam je... Proszę tylko otwórz swe piękne zielone wielkie oczy... cudowne oczy... Uśmiechnij się i pokaż te swoje białe zęby. -odparł wtulając swój policzek w policzek Cass, był już prawie zimny. -Zaciśnij swoją dłoń na mojej a będzie wszystko dobrze -wyszeptał jej do ucha tak, aby nikt nie słyszał tego intymnego wyznania.
Cały jego świat legł w gruzach. Ta mała osóbka od pierwszego spojrzenia napawała go nieznanym uczuciem. Tajemniczość w małym ciałku kusiła go jak pyszne czekoladowe ciastko, w którym kryje się coś niespodziewanego i szalonego. Za wszelką cenę chciał odkryć co to jest, zaznać satysfakcji z odkrycia nieznanego. Od bardzo dawna nie poznał takiej osóbki jak ona, ba! nigdy jeszcze takiej nie widział na własne oczy!. Szalona, uśmiechnięta, oddana przyjaciołom...
-Przepraszam... moja... Cassie. Proszę nie odchodź!... Nie teraz... Proszę. -mówił wpatrując się z troską w jej zamknięte powieki. -Dam Ci wszystko... nawet te babeczki, które mi podkradasz. Oddam je... Proszę tylko otwórz swe piękne zielone wielkie oczy... cudowne oczy... Uśmiechnij się i pokaż te swoje białe zęby. -odparł wtulając swój policzek w policzek Cass, był już prawie zimny. -Zaciśnij swoją dłoń na mojej a będzie wszystko dobrze -wyszeptał jej do ucha tak, aby nikt nie słyszał tego intymnego wyznania.
Nie zauważył jak przyjechała karetka. Wyszli z karetki dwóch funkcjonariuszy odzianych w czerwone spodnie i kurtki z białym napisem ze złotą obwódką California. Stąpali po betonie bardzo odważnie, nie patrzyli na ludzi wokół samochodu. To znaczy na brak gapiów, po prostu pustka otaczała scenę, w którym grał drugoplanową rolę. Chciał mieć teraz w ręce jakiś eliksir, jak z tych wszystkich bajek, które kończą się Happy End'em. Pragnął powrócić do życia tą małą kochaną wariatkę.
Przypomniał sobie jak puszczali latawiec nad jeziorem. Pękali ze śmiechu, gdy maszyna miała właśnie wpaść w mokrą ciecz, Cassie wskoczyła mu na barana i przejęła inicjatywę nad samolotem. Nie wiedział jakim cudem Cass uratowała przed upadkiem maszyny do wody. Za to ją uwielbiał, za tą chęć walki, gdy wszystko jest na straconej pozycji. Ratowała sytuację, aż do utraty tchu, walczyła. Chciał dokonać tego samego, być przy niej żeby nie upadła do odchłani, skąd nie będzie mógł ją wyciągnąć własnymi cielesnymi bladymi rękoma.
-Nie pozwolę Tobie upaść Cassie, nie pozwolę na to, obiecuję. -odparł muskając jej policzek swymi rozgrzanymi i ponętnymi ustami. -Nie upadniesz, dopóki jeszcze żyję, przyrzekam. -powiedział biorąc w swe łapki jej zimną twarz.
-Kiedy zdarzył się wypadek? -zapytał jeden, który rozkładał nosze i wyrwał z zamyśleń James'a
-15 minut temu... -odparła zdruzgotana Melanie w objęciach Christ'a
-Cholera! Chłopaki bierzemy ją szybko! -ryknął mężczyzna, który badał tętno Cassie w objęciach James'a
-Proszę ją puścić, proszę pana- powiedział stanowczo mężczyzna. -Nie chcemy, aby ta kobieta umarła na pańskich rękach.
-Zaniosę ją do karetki. -lekko podniósł ciało przyjaciółki i powędrował w stronę cholernie głośniej i kolorowej karetki.
-Halo, proszę pana! -odarł mężczyzna upominając Jimmy'ego, który podniósł swój cały świat.
James nie słyszał osobnika, który go upominał. Ważne było teraz życie Cassie, nie dopuści, żeby stało się coś strasznego w tym miejscu i czasie. Nie upadnie. Zrezygnowany funkcjonariusz przełożył noszę do wnętrza karetki.
-Proszę położyć...
-Cassie Manson
-Właśnie Pannę Manson na noszę.
-Dobrzę. -odparł grzecznie Jimbo i ułożył Cassie delikatnie na zimnych i twardych noszach, gdy spoglądał na nią, cały świat, jakby przestał się ruszać wokół niego, czas stawał na jego życzenie przy Cass.
-Jeśli pan chcę może jechać.
-Dziękuję... Naprawdę dziękuję. -odparł i usiadł jak najbliżej ciała przyjaciółki i ujął ją dłoń w swoją, pocałował i głaskał rozgrzewając jej lodowate dłonie. -Trzymaj się Cassie, proszę. -powiedział przytulając się do tej małej bezbronnej osóbki.
-No chłopaki zbieramy się! Szybko!
-Dobra! Jak jej tętno?
-Słabe!!!
-Wolniej się nie da jechać -zapytał rozwścieczony James, prawie wstając.
-Proszę pana, teraz jest piątek i wszyscy ludzie wyszli z domów, imprezując. A co w tym idzie? W cholerę samochodów tłoczących się na drogach. Więc niech pan się nie denerwuję, bo My tak jak Pan chcemy ją Uratować.
-Przepraszam. -spuścił głowę. -Jeszcze nigdy nie byłem w sytuacji gdzie mógłbym stracić najbliższą osobę. -odparł wpatrując się w zamknięte powieki Cassie.
Sanitariusz przysiadł i zawołał, aby kolega za kierownicą pędził jak błyskawica, jak najszybciej do najbliższego szpitala.
-Czy to pańska dziewczyna? narzeczona? żona?. -dopytywał się mężczyzna około trzydziestki.
-Nie. -zacisnął dłoń cudownej osóbki.
-Od kiedy Pan zna Pannę Manson?
-2 lata. -powiedział. -Ale czuję się jakbym znał ją całe życie. -odparł uśmiechając się lekko. -Tylko mogę ją teraz stracić.
-Niech Pan się nie martwi, uratujemy ją. -poklepał Jimbo po ramieniu i wstał.
-To moja wina, gdybym nie naciskała nic by się nie stało Johnny. -powiedziała Melanie oddalając swoje roztrzęsione ciało od rozgrzanego męża.
-Nie gadaj głupstw, to przypadek. -próbował złagodzić sytuację.
-To moja wina!!!
-Nie piękna, nie twoja. Cassie to sama powiedziała z własnej woli. -odparł biorąc dziewczynę za rękę i złożył na nich pocałunek.
-Jestem po prostu smutna, że to zdarzył się przy mnie. -odparła ocierając łzy. -Cass jest dla mnie jak siostra, przez ostatnie miesiące byłam okropna.
-Mel, kobiety w twoim stanie mogą mieć humory. -pocałował ją. -Tylko nie możesz robić głupstw maleńka, zrozumiano?. -pocałował ją czule i namiętnie
-Mmmmm. -wymruczała zadowolona
-Teraz idziemy do domu i pójdziemy do Cassie mieszkania. Pewnie potrzebuje ciuchów.
-Johnny! Jak ty możesz?
-Co???
-Być taki bezduszny! Cassie teraz jedzie do szpitala potrącona przez samochód. A ty nic?! -powiedziała rozwścieczona.
-Posłuchaj Mel. Dlatego jestem taki spokojny, ponieważ nie pomożemy w żaden sposób tej wariatce. Jak tak bardzo pragniesz pojechać do szpitala to dopiero jutro. Nie marudź mi tu piękna. -pogroził jej palcem
-No racja... Chodźmy do chłopaków. -pociągła go za rękaw a ten jak posłuszny piesek polazł za swoją żoną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Podobało się?
Przypomniał sobie jak puszczali latawiec nad jeziorem. Pękali ze śmiechu, gdy maszyna miała właśnie wpaść w mokrą ciecz, Cassie wskoczyła mu na barana i przejęła inicjatywę nad samolotem. Nie wiedział jakim cudem Cass uratowała przed upadkiem maszyny do wody. Za to ją uwielbiał, za tą chęć walki, gdy wszystko jest na straconej pozycji. Ratowała sytuację, aż do utraty tchu, walczyła. Chciał dokonać tego samego, być przy niej żeby nie upadła do odchłani, skąd nie będzie mógł ją wyciągnąć własnymi cielesnymi bladymi rękoma.
-Nie pozwolę Tobie upaść Cassie, nie pozwolę na to, obiecuję. -odparł muskając jej policzek swymi rozgrzanymi i ponętnymi ustami. -Nie upadniesz, dopóki jeszcze żyję, przyrzekam. -powiedział biorąc w swe łapki jej zimną twarz.
-Kiedy zdarzył się wypadek? -zapytał jeden, który rozkładał nosze i wyrwał z zamyśleń James'a
-15 minut temu... -odparła zdruzgotana Melanie w objęciach Christ'a
-Cholera! Chłopaki bierzemy ją szybko! -ryknął mężczyzna, który badał tętno Cassie w objęciach James'a
-Proszę ją puścić, proszę pana- powiedział stanowczo mężczyzna. -Nie chcemy, aby ta kobieta umarła na pańskich rękach.
-Zaniosę ją do karetki. -lekko podniósł ciało przyjaciółki i powędrował w stronę cholernie głośniej i kolorowej karetki.
-Halo, proszę pana! -odarł mężczyzna upominając Jimmy'ego, który podniósł swój cały świat.
James nie słyszał osobnika, który go upominał. Ważne było teraz życie Cassie, nie dopuści, żeby stało się coś strasznego w tym miejscu i czasie. Nie upadnie. Zrezygnowany funkcjonariusz przełożył noszę do wnętrza karetki.
-Proszę położyć...
-Cassie Manson
-Właśnie Pannę Manson na noszę.
-Dobrzę. -odparł grzecznie Jimbo i ułożył Cassie delikatnie na zimnych i twardych noszach, gdy spoglądał na nią, cały świat, jakby przestał się ruszać wokół niego, czas stawał na jego życzenie przy Cass.
-Jeśli pan chcę może jechać.
-Dziękuję... Naprawdę dziękuję. -odparł i usiadł jak najbliżej ciała przyjaciółki i ujął ją dłoń w swoją, pocałował i głaskał rozgrzewając jej lodowate dłonie. -Trzymaj się Cassie, proszę. -powiedział przytulając się do tej małej bezbronnej osóbki.
-No chłopaki zbieramy się! Szybko!
-Dobra! Jak jej tętno?
-Słabe!!!
-Wolniej się nie da jechać -zapytał rozwścieczony James, prawie wstając.
-Proszę pana, teraz jest piątek i wszyscy ludzie wyszli z domów, imprezując. A co w tym idzie? W cholerę samochodów tłoczących się na drogach. Więc niech pan się nie denerwuję, bo My tak jak Pan chcemy ją Uratować.
-Przepraszam. -spuścił głowę. -Jeszcze nigdy nie byłem w sytuacji gdzie mógłbym stracić najbliższą osobę. -odparł wpatrując się w zamknięte powieki Cassie.
Sanitariusz przysiadł i zawołał, aby kolega za kierownicą pędził jak błyskawica, jak najszybciej do najbliższego szpitala.
-Czy to pańska dziewczyna? narzeczona? żona?. -dopytywał się mężczyzna około trzydziestki.
-Nie. -zacisnął dłoń cudownej osóbki.
-Od kiedy Pan zna Pannę Manson?
-2 lata. -powiedział. -Ale czuję się jakbym znał ją całe życie. -odparł uśmiechając się lekko. -Tylko mogę ją teraz stracić.
-Niech Pan się nie martwi, uratujemy ją. -poklepał Jimbo po ramieniu i wstał.
-To moja wina, gdybym nie naciskała nic by się nie stało Johnny. -powiedziała Melanie oddalając swoje roztrzęsione ciało od rozgrzanego męża.
-Nie gadaj głupstw, to przypadek. -próbował złagodzić sytuację.
-To moja wina!!!
-Nie piękna, nie twoja. Cassie to sama powiedziała z własnej woli. -odparł biorąc dziewczynę za rękę i złożył na nich pocałunek.
-Jestem po prostu smutna, że to zdarzył się przy mnie. -odparła ocierając łzy. -Cass jest dla mnie jak siostra, przez ostatnie miesiące byłam okropna.
-Mel, kobiety w twoim stanie mogą mieć humory. -pocałował ją. -Tylko nie możesz robić głupstw maleńka, zrozumiano?. -pocałował ją czule i namiętnie
-Mmmmm. -wymruczała zadowolona
-Teraz idziemy do domu i pójdziemy do Cassie mieszkania. Pewnie potrzebuje ciuchów.
-Johnny! Jak ty możesz?
-Co???
-Być taki bezduszny! Cassie teraz jedzie do szpitala potrącona przez samochód. A ty nic?! -powiedziała rozwścieczona.
-Posłuchaj Mel. Dlatego jestem taki spokojny, ponieważ nie pomożemy w żaden sposób tej wariatce. Jak tak bardzo pragniesz pojechać do szpitala to dopiero jutro. Nie marudź mi tu piękna. -pogroził jej palcem
-No racja... Chodźmy do chłopaków. -pociągła go za rękaw a ten jak posłuszny piesek polazł za swoją żoną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Podobało się?
wtorek, 27 listopada 2012
08. True
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Każda uliczka była umalowana zachodzącym już słońcem. Ludzie uciekali do swych ciepłych domów przed okrutną pustoszącą ulicę, nocą... Całe towarzystwo ucichło. Tę ciszę rozrywały dźwięki mojego ukochanego zespołu Pantera. Dźwięki zmysłowych gitar prawie mnie u spały...
No one knows what's done id done
it's as if he were dead
He ass hollow as i alone
a shed of my friend just flesh bones
there's no sul he sees no love
i shake my fists at skies above
mad at god
it's as if he were dead
He ass hollow as i alone
a shed of my friend just flesh bones
there's no sul he sees no love
i shake my fists at skies above
mad at god
Poczułam na moim zimnym jak lód policzku pojedynczą łzę, która przemierzała beztrosko zmierzając na drogą sukienkę. Wspomnienia wróciły. Każdy cholerny uśmiech, śmiech, zdarzenie! Ratując sytuację rozbrzmiał teraz Slayer! Raining Blood. Kocham i ubóstwiam ten zespół! Pamiętam jak byłam na ich koncercie i akurat zostałam wybrana, żeby zagrać na jakimś instrumencie przez zwykły przypadek...
,,-No to kto z was chciałby zagrać z nami? -wydarł się Tom.
Rozbrzmiał teraz dziki krzyk całego tłumu wiernych fanów strych i młodych, frajerów i cwaniaków. Pogo nadal rozbrzmiewało na środku sali, nawet bez dźwięku, melodyjnych i ostrych riffów, stopy perkusji, ważne było to co jest "tu i teraz, reszta nie ma sensu" ulubiony zespół dawał tą satysfakcję i nietykalność. Zaszczyt, że można być w tej samej sali co wspaniali ludzie, ich nie można porównywać do ludzi -bóstwo- to najlepsze określenie.
Rozglądałam się dookoła przyglądając się małolatą. Jedna z nich troszkę grubsza. No nie czarujmy się, była gruba jak słoń, sadło rozlewało się jak cholera na wszystkie strony. Ściągała teraz koszulkę i rzuciła stanik. Do teraz mam uraz. Haha nie trafiła w żadnego z członków zespołów. Stanik upadł dwa lub trzy metry przed nią, miałam taką pompę z tego wyczynu. Nie mam nic do otyłych ludzi, lecz jak wypiło się "troszkę" w samotności... Chciałam się urwać od tej rzeczywistości. Pieprzony Książkę Dupków Jimmy! Znalazł sobie pannę Barbie i się lansuję. Ta suka rozkochała go w sobie i zdradza! Widziałam to, ale Sullivan mi nie wierzy, powiedział mi: "Cassie, przestań! Mam tego dosyć! Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, ale się myliłem. Alice jest dla mnie wszystkim. Kocham ją! Nic nie mów Cassie proszę wyjdź... nie wracaj, proszę" Zamknął mi przed nosem drzwi, świnia! Po cholerę o nim myślę? Jestem teraz na koncercie Slayer'a! Jak jeszcze mieszkałam w Polsce, darłam gardło "Slayer Kurwa!!!" Kolega z dawnych lat zrobił mi kiedyś zdjęcie jak się drę. Piękne czasy. Ze wspomnień wyrwał mnie głos dochodzący ze sceny.
-To kto by chciał zagrać z Nami? -powiedział Araya rozglądając się wokół sali, patrząc na las rąk, jak z jakiegoś horroru o zombie. -Chłopaki kogo wybrać? Jest w cholerę chętnych! -odparł i spojrzał do tyłu.
Pod wpływem nacisku pogo barierki nie wytrzymały i upadłam pod samiutką sceną.
-No to może ta urocza piękność nam coś zagra?
Nie mogłam zaprotestować, dwa "Koksy" złapali mnie za ramiona i przerzucili na scenę. Czułam się jak jakiś Batman! Spiderman! Superbohater, który leci w przestworzach z taką lekkością, nieuchwytnością. To było piękne uczucie. Podniosłam wzrok, napotkałam oczy wokalisty Tom'a.
-Jak masz na imię? -zapytał przystawiając mikrofon do mych ust.
-Cassie. -odparłam
-Na czym chciałabyś zagrać?
-Perkusja
Fala okrzyków, Zazdrosne głosy oderwały się rykiem.
-To idź do Dave'a on tam cię poinformuję co i jak. -powiedział wskazując mi jego przyjaciela
-Okej.
Przywitałam się z każdym. Podawali ręce z takim wielkim malowniczym uśmiechem, pewnie wyćwiczony. Dave podał mi pałki. Pokazywał mi perkusję mówiąc gdzie jest stopa, co to jest werbel...
-Stop Dave. -powiedziałam a on spojrzał na mnie jak na świra. -Umiem grać na perkusji, wiem co to werbel. -powiedziałam lekko zdenerwowana.
-Po prostu wiele osób nie wie co i jak. Pchają się jak jakieś pojebusy na scenę. Nie umieją grać, a moja cudna perkusja nie może tego znieść. -pogłaskał instrument z troską.
-Rozumiem Dave, daj pałki. -powiedziałam zasiadając przy perkusji.
-Trzymaj
Zabrałam pałki i wypróbowałam perkusję. Wielki speed stopami, bębny, werble, czułam się w swoim żywiole.
-Widzę, że moja piękność jest w dobrych rękach.
-Zagramy dla was moi zajebiści fani "Raining Bloooooooooooooooooood!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!"
Rozbrzmiały wszystkie instrumenty. Gitary idealnie współgrały z głosem Tom'a i moją grą na perkusji czcigodnego Dave'a. Nie zauważyłam jak szybko minęła ta piosenka i partia perkusyja.
-Widzicie sami, że Cassie dobrze. Nawet cholernie zajebiście dobrze idzie. -powiedział Jeff
-Może damy naszej nowej przyjaciółce zagrać kolejny utwór. -ryknął w mikrofon Dave
-Uwaga! Uwaga! Nasz Dave proponuję, aby nasza "nowa" przyjaciółka zagrała na jego nietykalnej perkusji!!! -ryknął Jeff
-Spadaj. -powiedział Lombardo pokazując środkowy palec. -Taka piękność a w dodatku cholernie utalentowana Zawsze może grać na mojej perkusji. -odparł wskazując palcem na mnie.
-Jeśli nasza Cassie nie ma nic przeciwko. -powiedział King
Cały zespół odwrócił się w moją stronę, cały tłum dzikich fanów zaczął wykrzykiwać "Cassie", "Cassie", "Cassie" Tom podszedł do mikrofon i razem z tłumem wykrzykiwał moje imię.
-Nie mam wyboru chłopaki.- ryknęłam
-No to zaczynamy!!!!!
-Sounth of Heaveeeeeeen. -krzyknęłam do mikrofonu na co chłopaki odwrócili się i uśmiechnęli.
Pewnie nie spodziewali się, że znam kolejną piosenka, ich wzrok był pełen zdziwienia i podziwu. Ja tylko przeczytałam tytuł piosenki zmieszczonej na kartce Dave'a. Czułam się jak ryba w wodzie zasiadając za perkusją mając w swoich bladych łapkach drewniane pałki. Uderzając wprawiałam moją pikawę w zawrotne tempo. Cały organizm szalał jak dziki pies rozrywający koty na kawały. Końcowa solówka i ma perkusja dopełniły czarną msze. To jest mój najlepszy dzień w życiu! dzięki temu rozszalałemu pogo i rozwalonej barierce! Odstawiłam pałki na miejsce i uśmiechnęłam się sama do siebie, na tą małą chwileczkę, byłam sobą..."
-No to jesteśmy już na miejscu.- powiedział Johnny parkując sto metrów przed klubem Blue Road.
-Czas zacząć imprezę!. -ryknął szczęśliwy Zacky wychodząc z auta.
-Cassie, chodź. -odparł Gates chwytając mnie za przegub
-Brian, co ci się tak śpieszy? -spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-Zaraz przyjdziemy chłopaki. -powiedziała Melanie całując między słowami namiętnie swojego gnoma.
-Trzymam za słowo piękna.
Przyjaciółka przesiadła się do tyłu usiadła koło mnie. Położyła swoją dłoń na mojej i spojrzała na mnie z wielką troską malującą się w jej niebieskich ciekawskich oczach.
-To co zdarzyło się kiedyś w tym klubie, już nie będzie miało miejsca Cassie.
-Skąd wiesz?
-Cass...- nie zdążyła dopowiedzieć, przerwałam jej.
-Mam teraz na sobie sukienkę i szpilki, nie czuję się dobrze. Boję się, że każdy będzie mnie wytykać palcami, że jak ja to nie chodzę... -spuściłam głowę
-Hej piękna. -powiedziała unosząc mój podbródek na wysokość jej oczu. -Uwierz w siebie Cassie, jesteś piękną kobietą z wielkimi atutami, które nie powinnaś skrywać pod tymi szmatami.
-To nie szmaty Melanie! -powiedziałam zdenerwowana
-No dobrze. Teraz pójdziesz do tego klubu i będziesz się dobrze bawić!
-W twoim cieniu. -mruknęłam
-Co ty opowiadasz?
-Nic, chodźmy już. Mam ochotę dzisiaj wlać w siebie tonę alkoholu i ty mi w tym pomożesz Melanie. -próbowałam wyjść, ale Mel nie chciała się ruszyć.
-Posuń się.-powiedziałam -Hej Mel, przesuń się troszkę. -odparłam
-Usiądź, proszę. -powiedziała
-Ale... Impreza... Tak nalegałaś, żeby szybko... Dobrze, siadam. -odparłam zrezygnowana.
-Co się stało parę miesięcy temu Cassie?- zapytała
-Nie rozumiem -powiedziałam zdziwiona
-Od dwóch miesięcy coś jest nie tak. Co stało się między tobą a Jimmy'm. Powiedz Cassie. -nalegała.
Siedziałam teraz na tylnym siedzeniu auta, skulona. Nie chciałam o tym wspominać a tym bardziej rozmawiać. Przez ponad pięć minut słyszałam głos Melanie. Pytała mnie o James'a o wszystko co z nim związane, czemu nie odbierałam telefonów. O wszystko. Byłam teraz w innym świecie, gdzie nikogo nie było, tylko ja.
-Cassie! Powiedz wreszcie! Martwię się! Nikt nic nie wie!
-I dobrze!
-O nareszcie królewna się obudziła i coś powiedziała. -klasnęła w dłonie
-Przestań!
-Nie! Chłopaki myślą, że dlatego nie wychodzisz z domu bo grasz na perkusji! A ja sądzę wręcz inaczej! Cassie.
-Przestań! -powiedziałam
-Nie do cholery!
-Przestań!
-Powiedz co się dzieje!
-Chcesz do cholery wiedzieć co się stało? -powiedziałam wściekła
-Tak, Cassie.
-Trzy miesiące temu Jimmy zaczął spotykać się z tą laską Alice Bird. Tą suką! -ryknęłam i zaczęłam płakać.
-Cassie... -pogłaskała mnie po ramieniu
-Chcesz wiedzieć to teraz słuchaj do cholery! Chciałaś to masz! Więc nasz przyjaciel zakochał się w tym pustaku. Z dnia na dzień ta laska grała słodką idiotkę. Więc nasz Rev'uś zakochał się w Wypindrzonej Alice! Od dnia, gdy nasz James pokochał Bird... -powiedziałam spuszczając wzrok. -Ta kurwa go zdradzała, zawsze jak bywałam w klubach siedziała i wychodziła z innym kolesiem, rozumiesz Melanie? Jimmy ją kochał z całej siły a ona dawała dupy wszędzie!!! I to właśnie dwa miesiące temu zapukałam po raz ostatni do Rev'a i powiedziałam co widziałam. Ja płakałam Mel jak to mówiłam! Bolało mnie to, że Jimmy mi nie uwierzył. Wiesz jak się czułam? Chciałam dla niego jak najlepiej... A ten dupek co zrobił? Hahaha!. Zatrzasnął drzwi przed moim nosem i powiedział, że nie chce mnie już widzieć!!! I dlatego nie otwierałam wam drzwi, bo miałam depresję! Łykałam tabletki! popijałam alkoholem! Byłam w szpitalu, ci pierdoleni lekarze mnie odratowali! 3 razy!! Temu wam nie otwierałam ponieważ nie chciałam zaburzać wam tego jebanego szczęścia!!! Jesteś teraz z siebie zadowolona doskonała Melanie? Wszystko już wiesz do cholery? Tego chciałaś? Zobaczyć moje łzy, mój ból! Mam tego dosyć!
Otworzyłam drzwi, łzy kapały jak oszalałe, byłam wściekła. Miałam ochotę uciec i nie wrócić. Otworzyłam drzwi i wybiegłam z samochodu, nie rozglądając się w prawą bądź lewo.
-Cassie!!!! Nie!!!!
Poczułam tylko uderzenie z prawej strony, takie kojące...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Subskrybuj:
Posty (Atom)