środa, 19 grudnia 2012

10. SynySter! You're a part of the vessel!

   Dla osóbek, które jeszcze czytają! ;D Hope! Joanno! Wasp! Bromptoncoctail! Kocham <333               
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
       Melanie ciągnąc za rękaw swojego ukochanego rozmyślała nad tym co powiedziała Cassie... "Ta kurwa zdradzała go" po raz pierwszy usłyszała od swojej przyjaciółki tą nienawiść wypływającą z jej ust, jak stado rozwścieczonych, dzikich zwierząt zmierzających do punktu, w którym znajdowało się ognisko problemów. Jimmy jest lub był najlepszym przyjacielem pod słońcem. Dogadywali się bez słów... znali się aż tak dobrze, że jedno wiedziało co drugie chciało. W niektórych sytuacjach wydawało się to dość podejrzane, tak jakby byli razem. Tak... tak to wyglądało. Oni są stworzeni dla siebie, dwa wybuchowe ładunki połączone razem tworzą bombę atomową. "Łykałam tabletki! [...], Odratowali 3 razy"... 
-Dość! Nie można myśleć teraz o tym, bo sama popadnę w depresję!. -powtórzyła sobie dobitnie w myślach
-O czym tak myślisz słonko?. - zapytał Christ swoim uwodzicielskim głosem mocnej ściskając dłoń Melanie
-O Cassie... Martwię się o nią. -odparła wpatrując się w Brian'a, który ukrył twarz w dłoniach, przy klubie.
-Piękna, nie smuć się, proszę. -powiedział przytulając jej roztrzęsione ciałko do siebie, czuł jej niepokój, strach wydarzeniami, które nią wstrząsnęły w samochodzie.
-Jeśli jej się coś stało...-z jej oczu polał się potok łez. -... poważnego? -wybuchła płaczem wtulając się w silne ramiona Johnny'ego
-Cii...- kołysał nią w kojący sposób. -Wszystko będzie dobrze... Melanie, hej piękna -podniósł jej podbródek tak, aby mógł spojrzeć w jej błękitne oczy, w których zakochał się od pierwszego wejrzenia.
-To moja wina... -odparła przymykając powieki.
-Hej... Melanie. -powiedział czule. -To nie twoje wina, Cassie wybuchła emocjami, nie mogłaś nic na to poradzić. -odparł z przekonaniem
-Ale... Johnny... ja. -mówiła urywki słów, roztrzęsionym, pełnym strachu głosem.
-Cii. -ułożył swój wskazujący palec na jej jędrnych ustach w geście uciszenia cudownego, melodyjnego głosiku. 
-To nie twoje wina maleńka, nie denerwuj się. -odparł i pocałował namiętnie Melanie jednocześnie głaszcząc jej zaokrąglony lekko brzuszek. -Nasze maleństwo. -spojrzał jej głęboko w oczy, zatkało ją i wpatrywała  się w niego zaciekawionymi pełnymi tajemnicy oczami. -Nie możesz się smucić ani denerwować. -pomachał jej palcem przed twarzą. -To może zaszkodzić naszemu maluchowi, i żadnych "ale". -uśmiechnął się i pocałował Mel jak najczulej potrafił, przywarł do niej, głaskając jednocześnie brzuszek swojej ukochanej kobiety, którą będzie bronił przed całym złem tego skażonego świata... -To dla dobra naszego dziecka, śliczna. -odparł odrywając się od ust cudownej istotki. -Kocham Ciebie! -powiedział to z takim entuzjazmem i wznowił wspaniały, pełen uczuć pocałunek.
      Melanie poddała się całkowicie pokusie, rozkoszy, którą zapoczątkował jej jedyny mężczyzna na świecie, który jest ojcem malucha w jej ciele. Po raz pierwszy poczuła się kochana przez mężczyznę. Przeważnie skakała z kwiatka na kwiatek, szukając tego cholernego ideału. Całkiem przypadkiem wpadła w ramiona Christa i tam już została, może nie był ideałem, umięśnionym, wysokim, mężczyzną. Jej gnom jest spełnieniem jej najskrytszych marzeń, opiekuńczy, uczciwy, odważny, wrażliwy... Mogłaby wymieniać w nieskończoność, to nie znaczy, że nie miał wad, miał, ale nie przeszkadzały jej, ani troszeczkę. Kochała Go, nie jego Pieniądze. Czuła się bardzo bezpiecznie w  silnych, wytatuowanych ramionach, i to uczucie... nie umiała go opisać. Miłość. To pewnie uczucie, którym darzyła Johnny'ego.
-Johhny Christ jesteś moim całym światem. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ciebie nie było przy mnie. Kocham Cię i to cholernie mocno! -powiedziała wieszając się na szyję ukochanemu i ponownie wpiła się w usta wybranka.
-Ja bardziej, misiu. -odparł, na te słowa poczuł, że jego Melanie uśmiechnęła się, przylgnął do niej i cały świat zawirował wokół nich.
      


      Zdruzgotani mężczyźni stali przed klubem Blue Road. Rozmyślali w ciszy. Co się stało? Dlaczego to akurat Cassie? Akurat dzisiaj? Kiedy mieliśmy schlać się!? Z całą ekipą Potępionych?! Pytania wędrowały w ich głowach, jak głupia piosenka usłyszana w radiu i akurat musiała umieścić się głęboko w mózgu i nie chce wyleźć. Efektem końcowym jest nucenie... Okropność. Piękna noc, która zapowiadała się wielką imprezą z przyjaciółmi stała się koszmarem, nieoczekiwanym. 
-Chodźcie chłopaki do środka. -odparł smutny Sanders
          Gates i Zacky ruszyli do środka klubu z pustym wyrazem twarzy. Kiwnęli jedynie głowami, zgadzając się udać do klubu BR.



          -Johnny... -powiedziała Melanie
-Co się stało kotku? Coś cię boli. -zapytał, pieszczotliwie głaszcząc policzek Mel
-Ja... 
-Co? -zapytał po raz kolejny, tym razem zaniepokojony ponieważ Melanie nabrała kolorów tęczy na twarzy.
-Ja... Bhfgahd -wymamrotała zakrywając usta swoją kruchą dłonią.
       Melanie pobiegła w szpilkach do pobliskich krzaków. Na szczęście nie przechodziła przez ulicę, nie odważyła by się. Stąpając na miękkich nogach stanęła nad roślinami, które nie miały końca przy płocie, jakiegoś boiska do koszykówki. Opróżniła swój żołądek zginając się w pół.
-Melanie! -wołał Christ
     Podbiegł i spojrzał na już kremową twarz kobiety w czerwonej sukience. Stała i wycierała twarz chusteczką higieniczną. Wyraźnie zniesmaczona całą sytuacją, która zobaczył na swoje oczy.
-To mdłości, cholerne...! -powiedziała zawstydzona.
-Ja już myślałem, że coś strasznego dzieje się z moim koteczkiem. -odparł czule, jednocześnie poprawiając upadający kosmyk włosów na twarz Mel.  
-Już dobrze, tak już jest z kobietą w ciąży. -powiedziała. -A ty mój drogi jesteś ojcem naszego dziecka. -odparła dumnie wskazując na brzuch.
-Mmmmm, jesteś taka słodziutka, chętnie bym cię teraz schrupał. -podgryzł dolną wargę. -Nawet na środku ulicy.
-Hahaha, wariat! -zarechotała. -Chodźmy do Blue Road, chłopaki na nas czekają. -powiedziała mijając męża.
-A ty gdzie się wybierasz? -zapytał z rozbawieniem zagradzając ręką przejście 
-Do Blue Road, a gdzie niby? -odparła zdziwiona zadanym pytaniem.
-Nie, nie...- powiedział stanowczo. -Jedziemy do domu.
-Nie. Idziemy do chłopaków! Musimy się wzajemnie wspierać! -prawie krzyczała.
-Tak wiem kochanie. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś mnie znowu tak przestraszyła. -powiedział spokojnie chwytając się za serce, taki żarcik.
-Ale... Johnnnnny!!! -próbowała przekonać Christa robiąc na dodatek slodkie oczka kotka.
-Twoje oczka w tej sytuacji nic nie dadzą.
-Ale...
 Żadne ale, jedziemy. -powiedział stanowczo i otulił ją swoim lewym ramieniem
-Christ. Zaczekaj -uśmiechnęła się
-Co? -stanął zdziwiony i wpatrywał się w Mel wielkimi oczami.
-Skąd weźmiesz samochód? -zapytała, zakładając ręce na biodra.
-Ehm, no... -dukał, drapiąc się po głowie.
-Może się przejdziemy? -zapytała z wielkim uśmiechem
-Dobrze.
-Będziesz miał mnie stale na oczach. -posłała uwodzicielski uśmieszek i puściła oczko.
-Arrrrr. -klepnął Melanie w tyłeczek. -Ruszajmy.
-Wariat -odparła szczęśliwa łapiąc za ręke Christa.
       Przechodzili uliczką. Rozświetloną różnorakimi światłami, reflektory samochodów, latarnie, światło dochodzące z okien mieszkań ludzi mieszkających w pobliżu. Trzymali się za ręce rozmyślając nad przyszłością malucha. "Chcesz wiedzieć to teraz słuchaj do cholery! Chciałaś to masz! Więc nasz przyjaciel zakochał się w tym pustaku. Z dnia na dzień ta laska grała słodką idiotkę. Więc nasz Rev'uś zakochał się w Wypindrzonej Alice! Od dnia, gdy nasz James pokochał Bird..." mówiąc to spuściła wzrok i przytkała oczy powiekami. Wyglądała tak słabo, chciała dotknąć Cassie czarodziejską różczkom i zniszczyć ten ból siedzący w jej ciałku.. "-Ta kurwa go zdradzała, zawsze jak bywałam w klubach siedziała i wychodziła z innym kolesiem, rozumiesz Melanie .? Jimmy ją kochał z całej siły a ona dawała dupy wszędzie!!! I to właśnie dwa miesiące temu zapukałam po raz ostatni do Rev'a i powiedziałam co widziałam. Ja płakałam Mel jak to mówiłam! Bolało mnie to, że Jimmy mi nie uwierzył. Wiesz jak się czułam? Chciałam dla niego jak najlepiej... A ten dupek co zrobił? Hahaha!. Zatrzasnął drzwi przed moim nosem i powiedział, że nie chce mnie już widzieć!!! I dlatego nie otwierałam wam drzwi, bo miałam depresję! Łykałam tabletki! popijałam alkoholem! Byłam w szpitalu, ci pierdoleni lekarze mnie odratowali! 3 razy!! Temu wam nie otwierałam ponieważ nie chciałam zaburzać wam tego jebanego szczęścia!!! Jesteś teraz z siebie zadowolona doskonała Melanie? Wszystko już wiesz do cholery? Tego chciałaś? Zobaczyć moje łzy, mój ból! Mam tego dosyć!" Nie wiedziała, że  swoim szczęściem i wyprowadzką się do Christa, tak cholernie pogrąży, jeszcze bardziej Cassie w depresji. Gdyby mogła, cofnęła by czas do momentu przyjazdu pod Blue Road. Powiedziała by coś śmiesznego i od razu, natychmiast wręcz zabrała Cassie z samochodu i pognały do klubu. Bawiąc się, pijąc alkoholu do stanu "zombie"...  Poczuła na swoich policzkach łzy kapiące na czerwony materiał.
-Hej co jest piękna? -zapytał 
-Muszę ci coś powiedzieć Johnny. -pociągnęła nosem.
-Hej Melanie, co jest? -wtulił ją do swojego ciała.
-Wejdźmy do domu, nie chcę żebyś się przeziębił -uśmiechnęła się lekko.
      Odpowiedziała jej cisza ze strony Christa. Po przekroczeniu progu drzwi wejściowych ruszyła wprost do kuchni. Zaparzyła aromatyczną kawę i postawiła na blacie stołu kuchennego. Usiadła na przeciwko męża i upiła łyk kawy.
-Co się stało Melanie? Martwię się o Ciebie słonko. -uścisnął dłoń Mel
-Ja...
-Słucham.
-Dobra kawa. -próbowała ukoić nerwy pijąc kawę, ale to nie dawało skutku jaki chciała osiągnąć.
-Hej piękna. -spojrzał jej prosto w oczy. -Co się stało?
-Ymmm
-Jestem przy tobie. Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, ufam Tobie Melanie. -powiedział
-Christ... -wstała i usiadła na kolanach ukochanego,wtulając swoją głowę w ramię mężczyzny.
-Słucham piękna. -odparł przytulając mocniej żonę.
-Johnny, to ja spowodowałam ten wypadek! -rozpłakała się

  


       Oziębłe Blue Road zaczynało budzić się do życia. Rozgrzani, pełni pokładów energii ludzie zaczynali tłoczyć swoje gorące, miękkie ciała, do pomieszczenia. Tańczyli do rock'owej i metal'owej muzyki mając wielkie uśmiechy na twarzach, które wypełniały i wzbogacały wystrój klubu. Czerwone kanapy przesiąknięte dymem papierosowym, alkoholem, łzami... Siedzenia przy barze były wolne. 

        Mężczyźni przemieszczali się powolnym bez uczuć krokiem w stronę baru bez Johnny'ego i Melanie. 
-Poproszę Jack'a Daniels'a. -powiedział Brian do wysokiego barmana w granatowej koszulce.
-Proszę. -odparł podając butelkę i szklankę z logiem trunku. -Co panowie sobie życzą? -zapytał wycierając śnieżnobiałą, bez skazy ściereczką ze złotą literką ,,P".
-To samo co kolega. -powiedział Matt pokazując na swoich przyjaciół, że mają ochotę na to samo.
-Proszę. -podał butelki, trzy szklaneczki i podszedł do innego klienta
        Upijali małe łyczki rozkosznego pełnego wspomnień, bursztynowego trunku. Nie mieli ochoty rozmawiać na temat tego, co zdarzyło się dwadzieścia minut temu. 
-Cassie zawsze piła w tej knajpie Whiskey... -uśmiechnął się Bri
-Powtarzała, że to napój bogów. -zaśmiał się Zacky bez jakiekolwiek uczucia.
-Grała w bilarda lepiej od nas chłopaki.- odparł Mat
-O tak. -przyznał Haner bawiąc się szklanką z małą ilością płynu
-Od tego klubu wszystko się zaczęło... -powiedział Shadow
-....I może zakończyć -mruknął Gates w myślach.
-To nie może się tak skończyć. -powiedział Baker, jakby czytał w myślach Haner'owi. -Cassie jest taka utalentowana, piękna, to nie może się zmarnować. Tak dużo przed nią. -odparł Zacky wpatrując w wiszący biało-czarny zegar z niebieskimi wskazówkami, przypominającymi kredki świecowe. Wskazywał godzinę 20;37.
-Jimmy od razu poleciał do niej. -powiedział Matt.
      Na wypowiedziane słowa przyjaciela Brian wypełnił całą szklankę trunkiem i jednym haustem wlał w swój organizm ogromną ilość alkoholu, który koił jego wszystkie uczucia, jakich nie mógł opanować w obecnej sytuacji.
-Chłopie... -odparł Matt. -Whisky jest pod dostatkiem... -mruknął  
-Co się dzieje? -zapytał Baker
-Nic...
-Jak to nic? Brian powiedz co cię trapi. -powiedział Matt spokojnym głosem
          Podniósł butelkę na wysokości swojej głowy, trunek połyskiwał w świetle reflektorów ukazując czar whisky, napoju bogów. Jack Daniels i Black Tooth Grin to były ulubione napoje Cassie. Zawsze piła do upadłego, ale i tak nic ją nie powalało na podłogę. 
-Za cholernie mocną głowę Cassie! -ryknął Gates
-Za wariatkę spod ciemnej gwiazdy! -odparł Baker
-Za osóbkę wartą grzechu! -powiedział Sanders.
         Stuknęli się wielkimi szklanymi butelkami whiskey i upili połowę trunku. W głowach wytatuowanych mężczyzn narodził się pomysł nie do osiągnięcia.
-To może wskrzesssszymy jaaaaa? -bełkotał bez sensu Brian
-Co ty pierdolllynszzzz Syny-Sterrr?
-Paczz w słowięeę Synysterr jest Sterrrr! -ryknął Baker -Jesteś częścią statku, może cięeę okiełznam? -zapytał ruszając wymownie brewkami napalony Zacky
-Nein! Nein jutro! Nein dziś! Nevvver madafaka! buahhaha. -gadał SynySter
-Pierdolisz bez senzzzu! Bri! -stwierdził Matt. -A co tyczy się ciebie Vengege -wskazał na przyjaciela palcem. -To Brianek -wskazał na schlanego -Jest mój! -odparł 
-To prawda Brian'ku?
-Przepraszzzzam, ale Yes. Kochałęm się w Sannnndersięę od długooo, wybocz! przyjacielu! -powiedział wtulając się w ramiona Matt'a, jak kobieta.
-Nikt mnie nie kocha! -odparł zrozpaczony płakając niewidzialnymi łzami. -SynySterrr Gejjjts mnie zdradził -wskazał na przyjaciela. -Nie wypacze ciii. Nigdy. Never! -powiedział i wstał zataczając się w stronę wyjścia.
-Czeeeekaj!!! -Haner wstał z kolan Matt'a i razem podbiegli, jeśli to był bieg... do Baker'a
-No weźźź- przytulił się Bri
-Zostaw mnnnie! -bełkotał
-No weźźź- zawtórował 
-Zdradziłeś mnie z nim -wskazał na Sanders'a
-No weźźź -zaciął się 
-Może to coś pomoże. -stwierdził i pocałował Bakera w policzek, Matt.
-Dość! -ryknął
-ŁooooooOOO. -Shadow's upadł na Baker'a i Brian'a.
      Sytuacja wyglądała dwu znacznie. Mężczyźni pod wysokim łysym postawnym, umięśnionym osobnikiem płci męskiej jęczeli. Albo orgia, albo geje, albo... czarna msza!!!
-No weźźź. -ciągnął Haner.
-Zamknij się freśće z ym "No weźźź", wybaczam ci, tyko nie mów "No weźźź"
-Kocham cię! -ryknął Bri i przytulił się do Zack'a
-Może tak zbiooooooorowy uciskk? -zapytał Sanders
-Nieeeeee -ryknął przygnieciony Baker dwoma cielskami ociekającymi potem i zapachem whiskey.
-Kochamy Ciebie Zackiiii -pocałował Haner, Zacky'ego w policzek
-A ty naszzz kochać? -zapytał Shads
-No nie maAam innego wyjściaaAA -odparł wtulając się w przyjaciół na brudnej podłodze.
-A jak bardzo nasz kochaćć? -dopytywał się wstawiony Matt
-Cholernieee mocnyo. -powiedział
-Ej! Chłopaki! Zróbcie tak. -Brian turlał się po podłodze i patrzał w sufit pełny w kolorowe reflektory nadający piękny nastrój klubowi Blue Road.
-Dobra! -ryknęli jednakowo
-Łiiiiiii, ale zajebiścieee!!! 
-Hahahahhahah- brechtał się Sanders
-O kurwa! -jęknął Bri    
-Co yest? -zapytał Baker
-Jebłem się w ten pierdolony, kurewski, czarny, jak dupa szatana kant. Kurwa! -prawie ryczał
-Hahahhaha! - śmiał się Vengeance z Sandersem
-To nie jest śmieszne! -ryknął -Ale wiecie co... -przyglądał się czarnemu kantowi od kanapy. -To bardzo epicki kant, w dodatku zrobił ze mnie idiotę... -zaczął szperać w kieszeni, wyciągnął telefon. -Choźźź! Zrobimy se słit focie!! Maderfakersaker!!!. -ułoży się przy kancie, całkowicie rozwalony na podłodze. -Uśmiiich!!! -wyszczerzył się jak zebra Gates. 
-HAhahahahah! Nie mogeeee! On se zroibł.... hahah -śmiał się, jak opentany Baker
-Nooooo! pompka!!!!z niebgo mom!- brechtał się Mat
-Paczcie -pokazał ekran telefonu zalanym w trupa przyjaciołom. -Ja mam. -wskazał na siebie. -Wy neie mocie!! Buahhahah- ryknął pokazując palcem na nich, jednocześnie upadając na plecy
-A was tu nie ma! Wynocha do cholery pijaki! Już was nie ma! -ryknął ochroniarz z różowym wąsem
-On ma różowego wąsa!!! -krzyczał Gates -No, ale jaki epicki, może zrobimy sobie słit fotcieee?-zapytał zalany bri do ochroniarza.
-Dosyć tego! Wypierdalać!
-Ty gościuuu, nie drzyj ryja. -bąknął Shads -Już idziemy panie władzo...
-To jest Pan mister pink wąs!
-Pink is a new black!!! -ryknął Gates tańczą opa gangman style, psów.
-Wychodziiimy! -zabrał za szmaty Haner'a, Sanders'a i Baker'a -Już was tu nie chcę widzieć, dzisiaj! -ryknął i jak z jakiegoś filmu o dzieciakach, które wkręciły się na imprezę dla dorosłych zostały wyrzucone z klubu na bruk ulicy, wyrzucił Sevenfoldów na zimny beton przed klubem.
-Ty ch....
-Skur....
-Cip....
-Coś jeszcze macie mi do powiedzenia? Rozumiem was chłopaki, ale taka jest moja praca. Zapraszam jutro do Blue Road. -uśmiechnął się, pomachał i zamknął drzwi.
-Dziwak. -stwierdził Gates
-Dokładnie!!! -ryknął Sanders, doprowadzając do orgazmu Baker'a
-Może by tak dzika orgia? -zapytał Gates wymownie ruszając brewkami.
-Może jutro. Trzeba sie zbieroć! -odparł Matt, stawiając do pionu swoje ciało.
        Ogarnęli się i ruszyli w stronę domu Gates'a ponieważ był najbliżej klubu BR. Trzymali się blisko siebie, żeby nie upaść na szaro-czerwony chodnik.
-Ej pamiętaciieee tą piosenkę....
-Jaka?- zapytał
-Mój. -wskazał na siebie -Kask... -zrobił niewidzialny kask na głowie - Ma 4...-wskazał cztery palce -Rogi!- ukazał różki nad głową.
-Nooo!!!
         Śmiali się do łez w swoim towarzystwie zapominając o przykrej sytuacji, która zdarzyła się przed klubem. Zalani w trzy dupy uśmiechali się wspominając dawne czasy liceum, podstawówki i "takie tam"...
-Hahahahaha. -wybuchnął śmiechem Baker
-Z czego rżysz? -zapytał Mat
-On miał różowego wąsa...!!! -upadł na ziemie Zack'y ze śmiechu i turlał się po trawie.
-Noooooooooooo. -zaryczał Shadow's
-Nie chciał ze mną zrobić zdjęcia. -Haner'a usta ustawiły się w podkówkę. -Nie lubić gooooo...
-Ale Bri... -poklepał go Sanders po ramieniu. -Masz focie z epickim kant'em -uśmiechnął się
-No racja. -zaśmiał się jak psychopata.  -Kocham Was. -przytulił do siebie przyjaciół. -Gdybym Was stracił...-pokręcił głową. -Nie myślmy o tym. Kocham Was. -powiedział trzeźwo Haner
-My też Ciebie kochamy Brianku. -uścisnęli przyjaciela z całej siły.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

wtorek, 4 grudnia 2012

09. You don't fall, I'm promise.

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
     Rozmyślał nad tym jak poznał Alice Bird. Na początku wydawała się zabawna, radosna, piękna... Nie to już nie było piękno tylko skrzywdzenie swojego ciała, cały czas chodząc na to cholerne solarium. Dopiero teraz sobie uzmysłowił, że ta kobieta owinęła go wokół palca. Tylko cycki w niej się mu podobały. Dlaczego? Może temu, że nie miał kobiety od dawien dawna? Pragnął miłości, czułości, szczęścia, osoby z którą mógłby pójść na koniec świata i z powrotem. Pani Bird nie była tym czego szukał. Zaspokajał tylko swoje seksualne zachcianki, zachował się jak skończony dupek. Wstydził się w pewien sposób swojego postępowania, ale ludzie się zmieniają. Był pijany, gdy poznał ją w klubie. Rozkochała go w sobie. Nie mógł teraz uwierzyć, że "Plastik" owładnął jego serce, czułe, kruche w pewien sposób. Jak to możliwe? On woli naturalne piękności! Rockmenki, Melatówy! Zniżył się do jej poziomu. Okropieństwo. Zrobił z siebie jakiegoś "Ken'a". Wyszedł z łazienki i polazł do sypialni, spojrzał na kobietę w łóżku. Poduszka była cała uwalona jej podkładem i pudrem, tusz cały rozmazany na jej twarzy. Na szczęście wiedział, że musi to skończyć. Popełnił błąd i to cholernie duży. Przyłapał ją w kawiarni z jakimś facetem, powiedziała, że to jest jej brat. Puścił to mino uszu. Zabierała jego pieniądze, okłamywała go bezczelnie na każdym kroku. Zachowywała się wobec niego jak ostatnia świnia chodząca po tej planecie. Zamiast czułości i miłości dostał kłamstwo, ohydę, smutek, żal.
    On, przystojny, wysoki mężczyzna o nie przeciętnym talencie, uśmiechu tak promiennym, że każda kobieta na którą spojrzał, była jego. Śmiechu tak histerycznym jak poczucie humoru, czyli niewyobrażalne. Jest znany z tego, że robi imprezę z niczego...
"Piękna, noc. Gwiazdy mrugały na czarnym niebie, było ich setki nawet miliony. Ludzie marzyli, aby marzenie które wypowiedzieli w myślach spełniło się, gdy upada gwiazda. Przemierzali ulice HB, ludzi było dość sporo, przecież jest piąty dzień tygodnia! Trzeba to oblać!
-Jooooohnyyy!. -zawołała Melanie, która została przerzucona przez ramie Christa
-Uwielbiam, gdy tak wołasz moje imię, jak uprawiamy dziki seks! -odparł szczyrząc ząbki w moją stronę.
-Co tak się patrzysz Christ? -zapytałam zdezoriętowana. -Ten alkohol ci we łbie już po przewracał klepki.
-Powinnaś przestać być dziewicą. Jesteś jedyną piękną, zdolną, utalentowaną moją znajomą, która nie uprawiała przenigdy seksu!. Jak to możliwe do cholery? Odpowiedz mi proszę. -powiedział robiąc oczka jak kot, który chcę zjeść coś smakowitego.
-Jeszcze nie ma takiego faceta, który by ze mną wytrzymał Johnny.
-A my? -zapytali równo Brian i Jimmy wyrastając przedemną 
-No racja! -jękłam i uciekłam jak najdalej od tej dwójki, wiedziałam, że coś się święci i schowałam się za pijanym w trzy dupy Shadowsem
-Kryj mnie!
-Ej, co ty? -powiedział zataczając się
-Cassie! Nie ukryjesz się przed tymi erotomanami! -powiedziała Melanie w przerwie przy namiętnym pocałunku z Johnny'm
-Gdzie ta nasza mała wariatka -powtarzał Brian zacierając ręce jak jakiś obłąkany doktorek
-A może tu. -ryknął James podnosząc kamień. 
-Tam jej nie ma! Cycki by się nie zmieściły pod ten kamień Rev'uś!
-No racja!. To może tu! -wskazał na Zacky'ego
-Ja nic nie zrobiłem! -ryknął podnosząc ręce i upadł na ziemie
-Trzeba go przeszukać- odparł z powagą Brian
-Weźcie mnie nie dotykajcie! 
-Sprawdź kieszenie Haner, ja zobacze pod koszulką.
-Pomocy! Zboczeńcy!!!
-Nie histeryzuj Baker. Jesteś po prostu podejrzany! Więc trzeba Ciebie sprawdzić -powiedział Matt pokazując palcem na pół nagiego przyjaciela.
-Cholera nie ma jej!. -powedział zrezygnowany Gates
-To może tu! -powiedział James pokazując na zataczającego Matt'a
-Kurwa Mat, stój tu ja uciekam!
-Cassie, a tu jesteś -zaśmiał się Matt
-Ale masz orient! Siedź cicho. -jękłam
      Wychyliłam się żeby zbadać teren i napotkałam spojrzenie Jimmy'ego.
-Tam jest, Synyster!!!- ryknął James i ruszył w moją stronę
-Cholera! Zostawcie mnie! Świry! -biegłam na przeciwko siebie, przez pusty chodnik.
-Nigdy!. -zawołali tak głośno, że babka z bloku się wychyliła
-Wy parszywe dzieciaki!!! Spać a nie balować!!! -odparła siwowłosa, machając rękoma
-Niech pani tak nie macha rękami, bo zaraz pani poszybuję jak samolot! -ryknął James
-Jesteś nam potrzebna w czarnej mszy!
-Sataniści!!! -krzyknęła i zamknęła okno przy czym przeżegnała się.
      Stanęłam i spojrzałam na chłopaków. Dyszeli i śmiali się ogarnięci alkoholem, byli nieźle wstawieni.
-Nie uciekniesz nam Cassie! -ryknął Brian
-Dziś nie będziesz już dziewicą! Buahahahhahha. -zarechotał Jimbo
-Chłopaki kupie Daniel'sa i zrobimy ostrą impreze i będzie git? -próbowałam ich przekupić
-Nie! 
-Dlaczego? -zapytałam
-Bo impreza już trwa a ty jesteś naszym Jack'iem Daniels'em! Musimy cię otworzyć i spróbować! -odparł Jimmy
-Ej! Ty to zawsze robisz impreze z niczego, Nawet z przyszłej orgi! -rechotał Johnny"
  Miał wspaniałych przyjaciół, tak Miał. Od dnia ,gdy poznał Alice przybywał tylko i wyłącznie z nią czas w łóżku. 
-Jimmy...-wymruczała. -Już nie śpisz kochanienki. -odparła powoli układając swoje ciało w pionie, okrywając się krwistą kołdrą.
     Od dawna czuł, że to jest toksyczny związek. Zabierała jego pieniądze i spełniała swoje zachcianki, nie pozwalała brać się za ręce przy jego znajomych. Tylko przy Cassie...
     Podszedł do szafy z ubraniami, wyciągnął z niej czarne spodnie i biało-czarną koszulkę z Slayer'em. Założył do tego trampki i spojrzał na zegarek, 20;30. 
-Gdzie się wybierasz? -powiedziała
      Ubrał się i wyszedł z sypialni, nie miał ochoty z nią rozmawiać, brało go na wymioty. Wyszedł z domu i ruszył do samochodu. Dużo ludzi chodziło teraz ulicami HB, latarnie powoli ukazywały światło i koło nich kobiety. Jedna z nich pomachała mu, lecz on pokazał tylko środkowy palec. Jeszcze dwie minuty i będzie przy Blue Road. Mat zadzwonił do niego, żeby przyjechać i napić się w towarzystwie, po wspominać dawne czasy. Nie był zdecydowany czy jechać, ale było tylko jedno wyjście, dla niego sensowne. Od tygodnia rozważał słowa swojej przyjaciółki, chciał porozmawiać na spokojnie. Zaparkował na tyłach klubu. Wyskoczył z samochodu i ruszył ulicą wprost na przód. Ujrzał swoich przyjaciół, widział niepokój na twarzach. Co się stało? Spojrzał na Brian'a a ten na niego. Coś się stało, Gates miał zawsze taki wyraz twarzy, gdy...Kurwa!!! Podbiegł.
-Co się stało?
-Cassie!!! -płakała Melanie i wskazała na samochód.
    Wymienił spojrzenia z chłopakami i ruszył w skazane miejsce przez przyjaciółkę. Ujrzał swoją Cassie, nie poznał jej z wyglądu. Sukienka nad kolano ukazujące jej piękne długie nogi zakończone drapieżnymi czarnymi szpilkami. Zaskoczył go ten widok, lecz dobił widząc okół niej krew. Widział Melanie, jej łzy nie miały końca.
-Co się stało?! -zapytał zdenerwowany. -Cassie!!!! Cassie, moja słodka Cassie. -powiedział James podnosząc i wtulając ciało przyjaciółki w swoje, czuł słabe tętno. Jego łzy opadały na jej policzek. -Powinienem tu być wcześniej! Nic by się nie stało! -powiedział płakając jak małe dziecko dziewczynę.
     Cały jego świat legł w gruzach. Ta mała osóbka od pierwszego spojrzenia napawała go nieznanym uczuciem. Tajemniczość w małym ciałku kusiła go jak pyszne czekoladowe ciastko, w którym kryje się coś niespodziewanego i szalonego. Za wszelką cenę chciał odkryć co to jest, zaznać satysfakcji z odkrycia nieznanego. Od bardzo dawna nie poznał takiej osóbki jak ona, ba! nigdy jeszcze takiej nie widział na własne oczy!. Szalona, uśmiechnięta, oddana przyjaciołom...
-Przepraszam... moja... Cassie. Proszę nie odchodź!... Nie teraz... Proszę. -mówił wpatrując się z troską w jej zamknięte powieki. -Dam Ci wszystko... nawet te babeczki, które mi podkradasz. Oddam je... Proszę tylko otwórz swe piękne zielone wielkie oczy... cudowne oczy... Uśmiechnij się i pokaż te swoje białe zęby.  -odparł wtulając swój policzek w policzek Cass, był już prawie zimny. -Zaciśnij swoją dłoń na mojej a będzie wszystko dobrze -wyszeptał jej do ucha tak, aby nikt nie słyszał tego intymnego wyznania.
     Nie zauważył jak przyjechała karetka. Wyszli z karetki dwóch funkcjonariuszy odzianych w czerwone spodnie i kurtki z białym napisem ze złotą obwódką California. Stąpali po betonie bardzo odważnie, nie patrzyli na ludzi wokół samochodu. To znaczy na brak gapiów, po prostu pustka otaczała scenę, w którym grał drugoplanową rolę. Chciał mieć teraz w ręce jakiś eliksir, jak z tych wszystkich bajek, które kończą się Happy End'em. Pragnął powrócić do życia tą małą kochaną wariatkę. 
     Przypomniał sobie jak puszczali latawiec nad jeziorem. Pękali ze śmiechu, gdy maszyna miała właśnie wpaść w mokrą ciecz, Cassie wskoczyła mu na barana i przejęła inicjatywę nad samolotem. Nie wiedział jakim cudem Cass uratowała przed upadkiem maszyny do wody. Za to ją uwielbiał, za tą chęć walki, gdy wszystko jest na straconej pozycji. Ratowała sytuację, aż do utraty tchu, walczyła. Chciał dokonać tego samego, być przy niej żeby nie upadła do odchłani, skąd nie będzie mógł ją wyciągnąć własnymi cielesnymi bladymi rękoma.
-Nie pozwolę Tobie upaść Cassie, nie pozwolę na to, obiecuję. -odparł muskając jej policzek swymi rozgrzanymi i ponętnymi ustami. -Nie upadniesz, dopóki jeszcze żyję, przyrzekam. -powiedział  biorąc w swe łapki jej zimną twarz.
-Kiedy zdarzył się wypadek? -zapytał jeden, który rozkładał nosze i wyrwał z zamyśleń James'a
-15 minut temu... -odparła zdruzgotana Melanie w objęciach Christ'a
-Cholera! Chłopaki bierzemy ją szybko! -ryknął mężczyzna, który badał tętno Cassie w objęciach James'a
-Proszę ją puścić, proszę pana- powiedział stanowczo mężczyzna. -Nie chcemy, aby ta kobieta umarła na pańskich rękach.
-Zaniosę ją do karetki. -lekko podniósł ciało przyjaciółki i powędrował w stronę cholernie głośniej i kolorowej karetki.
-Halo, proszę pana! -odarł mężczyzna upominając Jimmy'ego, który podniósł swój cały świat.
   James nie słyszał osobnika, który go upominał. Ważne było teraz życie Cassie, nie dopuści, żeby stało się coś strasznego w tym miejscu i czasie. Nie upadnie. Zrezygnowany funkcjonariusz przełożył noszę do wnętrza karetki.
-Proszę położyć...
-Cassie Manson
-Właśnie Pannę Manson na noszę.
-Dobrzę. -odparł grzecznie Jimbo i ułożył Cassie delikatnie na zimnych i twardych noszach, gdy spoglądał na nią, cały świat, jakby przestał się ruszać wokół niego, czas stawał na jego życzenie przy Cass. 
-Jeśli pan chcę może jechać.
-Dziękuję... Naprawdę dziękuję. -odparł i usiadł jak najbliżej ciała przyjaciółki i ujął ją dłoń w swoją, pocałował i głaskał rozgrzewając jej lodowate dłonie. -Trzymaj się Cassie, proszę. -powiedział przytulając się do tej małej bezbronnej osóbki.
-No chłopaki zbieramy się! Szybko!
-Dobra! Jak jej tętno?
-Słabe!!!
-Wolniej się nie da jechać -zapytał rozwścieczony James, prawie wstając.
-Proszę pana, teraz jest piątek i wszyscy ludzie wyszli z domów, imprezując. A co w tym idzie? W cholerę samochodów tłoczących się na drogach. Więc niech pan się nie denerwuję, bo My tak jak Pan chcemy ją Uratować.
-Przepraszam. -spuścił głowę. -Jeszcze nigdy nie byłem w sytuacji gdzie mógłbym stracić najbliższą osobę. -odparł wpatrując się w zamknięte powieki Cassie.
 Sanitariusz przysiadł i zawołał, aby kolega za kierownicą pędził jak błyskawica, jak najszybciej do najbliższego szpitala.
-Czy to pańska dziewczyna? narzeczona? żona?. -dopytywał się mężczyzna około trzydziestki.
-Nie. -zacisnął dłoń cudownej osóbki.
-Od kiedy Pan zna Pannę Manson?
-2 lata. -powiedział. -Ale czuję się jakbym znał ją całe życie. -odparł uśmiechając się lekko. -Tylko mogę ją teraz stracić.
-Niech Pan się nie martwi, uratujemy ją. -poklepał Jimbo po ramieniu i wstał.



    -To moja wina, gdybym nie naciskała nic by się nie stało Johnny. -powiedziała Melanie oddalając swoje roztrzęsione ciało od rozgrzanego męża.
-Nie gadaj głupstw, to przypadek. -próbował złagodzić sytuację.
-To moja wina!!!
-Nie piękna, nie twoja. Cassie to sama powiedziała z własnej woli. -odparł biorąc dziewczynę za rękę i złożył na nich pocałunek.
-Jestem po prostu smutna, że to zdarzył się przy mnie. -odparła ocierając łzy. -Cass jest dla mnie jak siostra, przez ostatnie miesiące byłam okropna.
-Mel, kobiety w twoim stanie mogą mieć humory. -pocałował ją. -Tylko nie możesz robić głupstw maleńka, zrozumiano?. -pocałował ją czule i namiętnie
-Mmmmm. -wymruczała zadowolona
-Teraz idziemy do  domu i pójdziemy do Cassie mieszkania. Pewnie potrzebuje ciuchów.
-Johnny! Jak ty możesz?
-Co???
-Być taki bezduszny! Cassie teraz jedzie do szpitala potrącona przez samochód. A ty nic?! -powiedziała rozwścieczona.
-Posłuchaj Mel. Dlatego jestem taki spokojny, ponieważ nie pomożemy w żaden sposób tej wariatce. Jak tak bardzo pragniesz pojechać do szpitala to dopiero jutro. Nie marudź mi tu piękna. -pogroził jej palcem
-No racja... Chodźmy do chłopaków. -pociągła go za rękaw a ten jak posłuszny piesek polazł za swoją żoną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Podobało się?

wtorek, 27 listopada 2012

08. True



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Każda uliczka była umalowana zachodzącym już słońcem. Ludzie uciekali do swych ciepłych domów przed okrutną pustoszącą ulicę, nocą... Całe towarzystwo ucichło. Tę ciszę rozrywały dźwięki mojego ukochanego zespołu Pantera.  Dźwięki zmysłowych gitar prawie mnie u spały...

No one knows what's done id done
it's as if he were dead

He ass hollow as i alone
a shed of my friend just flesh bones
there's no sul he sees no love
i shake my fists at skies above
mad at god 

 Poczułam na moim zimnym jak lód policzku pojedynczą łzę, która przemierzała beztrosko zmierzając na drogą sukienkę. Wspomnienia wróciły. Każdy cholerny uśmiech, śmiech, zdarzenie! Ratując sytuację rozbrzmiał teraz Slayer! Raining Blood. Kocham i ubóstwiam ten zespół! Pamiętam jak byłam na ich koncercie i akurat zostałam wybrana, żeby zagrać na jakimś instrumencie przez zwykły przypadek...
     ,,-No to kto z was chciałby zagrać z nami? -wydarł się Tom.
Rozbrzmiał teraz dziki krzyk całego tłumu wiernych fanów strych i młodych, frajerów i cwaniaków. Pogo nadal rozbrzmiewało na środku sali, nawet bez dźwięku, melodyjnych i ostrych riffów, stopy perkusji, ważne było to co jest "tu i teraz, reszta nie ma sensu" ulubiony zespół dawał tą satysfakcję i nietykalność. Zaszczyt, że można być w tej samej sali co wspaniali ludzie, ich nie można porównywać do ludzi -bóstwo- to najlepsze określenie. 
 Rozglądałam się dookoła przyglądając się małolatą. Jedna z nich troszkę grubsza. No nie czarujmy się, była gruba jak słoń, sadło rozlewało się jak cholera na wszystkie strony. Ściągała teraz koszulkę i rzuciła stanik. Do teraz mam uraz. Haha nie trafiła w żadnego z członków zespołów. Stanik upadł dwa lub trzy metry przed nią, miałam taką pompę z tego wyczynu. Nie mam nic do otyłych ludzi, lecz jak wypiło się "troszkę" w samotności... Chciałam się urwać od tej rzeczywistości. Pieprzony Książkę Dupków Jimmy! Znalazł sobie pannę Barbie i się lansuję. Ta suka rozkochała go w sobie i zdradza! Widziałam to, ale Sullivan mi nie wierzy, powiedział mi: "Cassie, przestań! Mam tego dosyć! Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, ale się myliłem. Alice jest dla mnie wszystkim. Kocham ją! Nic nie mów Cassie proszę wyjdź... nie wracaj, proszę" Zamknął mi przed nosem drzwi, świnia! Po cholerę o nim myślę? Jestem teraz na koncercie Slayer'a! Jak jeszcze mieszkałam w Polsce, darłam gardło "Slayer Kurwa!!!" Kolega z dawnych lat zrobił mi kiedyś zdjęcie jak się drę. Piękne czasy. Ze wspomnień wyrwał mnie głos dochodzący ze sceny.
-To kto by chciał zagrać z Nami? -powiedział Araya rozglądając się wokół sali, patrząc na las rąk, jak z jakiegoś horroru o zombie. -Chłopaki kogo wybrać? Jest w cholerę chętnych! -odparł i spojrzał do tyłu.
Pod wpływem nacisku pogo barierki nie wytrzymały i upadłam pod samiutką sceną. 
-No to może ta urocza piękność nam coś zagra?
   Nie mogłam zaprotestować, dwa "Koksy" złapali mnie za ramiona i przerzucili na scenę. Czułam się jak jakiś Batman! Spiderman! Superbohater, który leci w przestworzach z taką lekkością, nieuchwytnością. To było piękne uczucie. Podniosłam wzrok, napotkałam oczy wokalisty Tom'a. 
-Jak masz na imię? -zapytał przystawiając mikrofon do mych ust.
-Cassie. -odparłam
-Na czym chciałabyś zagrać?
-Perkusja
Fala okrzyków, Zazdrosne głosy oderwały się rykiem. 
-To idź do Dave'a on tam cię poinformuję co i jak. -powiedział wskazując mi jego przyjaciela
-Okej.
Przywitałam się z każdym. Podawali ręce z takim wielkim malowniczym uśmiechem, pewnie wyćwiczony. Dave podał mi pałki. Pokazywał mi perkusję mówiąc gdzie jest stopa, co to jest werbel...
-Stop Dave. -powiedziałam a on spojrzał na mnie jak na świra. -Umiem grać na perkusji, wiem co to werbel. -powiedziałam lekko zdenerwowana.
-Po prostu wiele osób nie wie co i jak. Pchają się jak jakieś pojebusy na scenę. Nie umieją grać, a moja cudna perkusja nie może tego znieść. -pogłaskał instrument z troską. 
-Rozumiem Dave, daj pałki. -powiedziałam zasiadając przy perkusji.
-Trzymaj
Zabrałam pałki i wypróbowałam perkusję. Wielki speed stopami, bębny, werble, czułam się w swoim żywiole.
-Widzę, że moja piękność jest w dobrych rękach.
-Zagramy dla was moi zajebiści fani "Raining Bloooooooooooooooooood!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!"
Rozbrzmiały wszystkie instrumenty. Gitary idealnie współgrały z głosem Tom'a i moją grą na perkusji czcigodnego Dave'a. Nie zauważyłam jak szybko minęła ta piosenka i partia perkusyja.
-Widzicie sami, że Cassie dobrze. Nawet cholernie zajebiście dobrze idzie. -powiedział Jeff 
-Może damy naszej nowej przyjaciółce zagrać kolejny utwór. -ryknął w mikrofon Dave
-Uwaga! Uwaga! Nasz Dave proponuję, aby nasza "nowa" przyjaciółka zagrała na jego nietykalnej perkusji!!! -ryknął Jeff
-Spadaj. -powiedział Lombardo pokazując środkowy palec. -Taka piękność a w dodatku cholernie utalentowana Zawsze może grać na mojej perkusji. -odparł wskazując palcem na mnie.
-Jeśli nasza Cassie nie ma nic przeciwko. -powiedział King
Cały zespół odwrócił się w moją stronę, cały tłum dzikich fanów zaczął wykrzykiwać "Cassie", "Cassie", "Cassie" Tom podszedł do mikrofon i razem z tłumem wykrzykiwał moje imię.
-Nie mam wyboru chłopaki.- ryknęłam
-No to zaczynamy!!!!!
-Sounth of Heaveeeeeeen. -krzyknęłam do mikrofonu na co chłopaki odwrócili się i uśmiechnęli.
   Pewnie nie spodziewali się, że znam kolejną piosenka, ich wzrok był pełen zdziwienia i podziwu. Ja tylko przeczytałam tytuł piosenki zmieszczonej na kartce Dave'a. Czułam się jak ryba w wodzie zasiadając za perkusją mając w swoich bladych łapkach drewniane pałki. Uderzając wprawiałam moją pikawę w zawrotne tempo. Cały organizm szalał jak dziki pies rozrywający koty na kawały. Końcowa solówka i ma perkusja dopełniły czarną msze. To jest mój najlepszy dzień w życiu! dzięki temu rozszalałemu pogo i rozwalonej barierce!  Odstawiłam pałki na miejsce i uśmiechnęłam się sama do siebie, na tą małą chwileczkę, byłam sobą..."                

-No to jesteśmy już na miejscu.- powiedział Johnny parkując sto metrów przed klubem Blue Road.
-Czas zacząć imprezę!. -ryknął szczęśliwy Zacky wychodząc z auta.
-Cassie, chodź. -odparł Gates chwytając mnie za przegub
-Brian, co ci się tak śpieszy? -spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-Zaraz przyjdziemy chłopaki. -powiedziała Melanie całując między słowami namiętnie swojego gnoma.
-Trzymam za słowo piękna.  
Przyjaciółka przesiadła się do tyłu usiadła koło mnie. Położyła swoją dłoń na mojej i spojrzała na mnie z wielką troską malującą się w jej niebieskich ciekawskich oczach.
-To co zdarzyło się kiedyś w tym klubie, już nie będzie miało miejsca Cassie.
-Skąd wiesz?
-Cass...- nie zdążyła dopowiedzieć, przerwałam jej.
-Mam teraz na sobie sukienkę i szpilki, nie czuję się dobrze. Boję się, że każdy będzie mnie wytykać palcami, że jak ja to nie chodzę... -spuściłam głowę
-Hej piękna. -powiedziała unosząc mój podbródek na wysokość jej oczu. -Uwierz w siebie Cassie, jesteś piękną kobietą z wielkimi atutami, które nie powinnaś skrywać pod tymi szmatami.
-To nie szmaty Melanie! -powiedziałam zdenerwowana
-No dobrze. Teraz pójdziesz do tego klubu i będziesz się dobrze bawić!
-W twoim cieniu. -mruknęłam
-Co ty opowiadasz?
-Nic, chodźmy już. Mam ochotę dzisiaj wlać w siebie tonę alkoholu i ty mi w tym pomożesz Melanie. -próbowałam wyjść, ale Mel nie chciała się ruszyć.
-Posuń się.-powiedziałam -Hej Mel, przesuń się troszkę. -odparłam 
-Usiądź, proszę. -powiedziała
-Ale... Impreza... Tak nalegałaś, żeby szybko... Dobrze, siadam. -odparłam zrezygnowana.
-Co się stało parę miesięcy temu Cassie?- zapytała 
-Nie rozumiem -powiedziałam zdziwiona
-Od dwóch miesięcy coś jest nie tak. Co stało się między tobą a Jimmy'm.  Powiedz Cassie. -nalegała.
   Siedziałam teraz na tylnym siedzeniu auta, skulona. Nie chciałam o tym wspominać a tym bardziej rozmawiać. Przez ponad pięć minut słyszałam głos Melanie. Pytała mnie o James'a o wszystko co z nim związane, czemu nie odbierałam telefonów. O wszystko. Byłam teraz w innym świecie, gdzie nikogo nie było, tylko ja.
-Cassie! Powiedz wreszcie! Martwię się! Nikt nic nie wie!
-I dobrze!
-O nareszcie królewna się obudziła i coś powiedziała. -klasnęła w dłonie
-Przestań!
-Nie! Chłopaki myślą, że dlatego nie wychodzisz z domu bo grasz na perkusji! A ja sądzę wręcz inaczej! Cassie. 
-Przestań! -powiedziałam
-Nie do cholery!
-Przestań!
-Powiedz co się dzieje!
-Chcesz do cholery wiedzieć co się stało? -powiedziałam wściekła
-Tak, Cassie.
-Trzy miesiące temu Jimmy zaczął spotykać się z tą laską Alice Bird. Tą suką! -ryknęłam i zaczęłam płakać.
-Cassie... -pogłaskała mnie po ramieniu
-Chcesz wiedzieć to teraz słuchaj do cholery! Chciałaś to masz! Więc nasz przyjaciel zakochał się w tym pustaku. Z dnia na dzień ta laska grała słodką idiotkę. Więc nasz Rev'uś zakochał się w Wypindrzonej Alice! Od dnia, gdy nasz James pokochał Bird... -powiedziałam spuszczając wzrok. -Ta kurwa go zdradzała, zawsze jak bywałam w klubach siedziała i wychodziła z innym kolesiem, rozumiesz Melanie? Jimmy ją kochał z całej siły a ona dawała dupy wszędzie!!! I to właśnie dwa miesiące temu zapukałam po raz ostatni do Rev'a i powiedziałam co widziałam. Ja płakałam Mel jak to mówiłam! Bolało mnie to, że Jimmy mi nie uwierzył. Wiesz jak się czułam? Chciałam dla niego jak najlepiej... A ten dupek co zrobił? Hahaha!. Zatrzasnął drzwi przed moim nosem i powiedział, że nie chce mnie już widzieć!!! I dlatego nie otwierałam wam drzwi, bo miałam depresję! Łykałam tabletki! popijałam alkoholem! Byłam w szpitalu, ci pierdoleni lekarze mnie odratowali! 3 razy!! Temu wam nie otwierałam ponieważ nie chciałam zaburzać wam tego jebanego szczęścia!!! Jesteś teraz z siebie zadowolona doskonała Melanie? Wszystko już wiesz do cholery? Tego chciałaś? Zobaczyć moje łzy, mój ból! Mam tego dosyć!
   Otworzyłam drzwi, łzy kapały jak oszalałe, byłam wściekła. Miałam ochotę uciec i nie wrócić. Otworzyłam drzwi i wybiegłam z samochodu, nie rozglądając się w prawą bądź lewo.
-Cassie!!!! Nie!!!!
 Poczułam tylko uderzenie z prawej strony, takie kojące...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


piątek, 23 listopada 2012

07. Why?

Odcinek w stylu zapchaj dziurę.

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czułam się cholernie nieswojo na wysokich obcasach. Stąpałam powoli, jak na razie po moim domu a co zacznie się, jak wyjdę? Już to widzę. Spektakularny upadek na betonowy bruk, cała twarz zdarta i ociekająca jeszcze świeżą czerwoną krwią. Super, po prostu zajebiście!. Spojrzałam na Melanie, wyglądała pięknie, jest bardzo kobieca. Zawsze wolałam zostać w cieniu Mel, było wtedy idealnie. Żadnych zmartwień, oprócz jednego -faceci, którzy byli przy mojej przyjaciółce. Jednym już dokopałam dwa lata temu. Wolę tego nie powtarzać, teraz ma Johnny'ego i jestem szczęśliwa, że to On jest przy Niej, a nie jakiś obcy facio. Przynajmniej mam pewność, że jest w dobrych łapkach. Kolejnym pozytywem bycia w cieniu było nie zwracanie na siebie uwagi. Nikt cię nie zaczepia, bo cię nie zna.  Prosta matematyka. Mogłam zostać w moim świecie dopóki nie wychylę się z cienia długonogiej blond piękności. Te słońce mnie parzyło... Zdzierało perfidnie skórę, która okrywała moją prawdziwą osobę, tego najbardziej się bałam. Ukazanie siebie i wykorzystanie moich uczuć, niszcząc je, grając w gierki sercowe. Nigdy więcej... Przyglądałam się teraz moim butą, pewnie kosztowały fortunę, ale po skończonej imprezie oddam je, wraz z sukienką. Ta ubrania są za drogie, pewnie wyrzuciła pieniądze w błoto, żeby tylko uprzykrzyć moje nic nie warte życie, marnuję powietrze... Czułam na sobie czyjeś spojrzenia.
-No to chodźmy. -powiedział Zacky otwierając drzwi.
-Czas zacząć imprezkę!. -ryknęła cała czwórka.
Zapatrzyłam się na zachodzące już słońce, powoli zapadał zmrok, taki piękny. Lekki powiew zimnego wiatru, który wdarł się do domu przez drzwi, musnął moje blade policzki.
-Cassie chodź. Nie będziesz całą noc stać w progu drzwi!, ludzie Ciebie nie zjedzą, obiecuję. -odparł Haner lekko popychając mnie w stronę świeżego powietrza. Każąc moim nogą na zrobienie małego kroczku w przód, w nieznane...
Wyszedł zgrabnie mnie omijając i dołączył do całej zgrai uśmiechniętych, pełnych energii osobników szykujących się do imprezy. Ruszyłam po schodach jako ostatnia, wszyscy jak na przekór oparli się o samochód i wiercili we mnie swe oczka. Patrzyli na mnie, jakby pierwszy raz widzieli jakiegoś wielkiego żelka! Oni są okropni jak oni mogą? Krok za krokiem, jednak nie upadłam i nie będzie tych pięknych nagłówków na pierwszych stronicach gazet; "Cassie Mason, wyszła z mieszkania, zabiła się chodząc na szpilkach! Haha! Komedia!", "Szpilki to zło, 666! Ingerował w to szatan",pewnie by tak napisała katolicka gazeta, "Czy kobiety nie wiedzą kiedy powiedzieć STOP? C.Masson jest tego ofiarą!". Zawiał wiatr mimowolnie odsuwając moje bezwładne włosy w bok. Rozejrzałam się dookoła, cisza i spokój. Jednak ta ulica jest piękna, na swój sposób. Uśmiechnęłam się w duchu. Podeszłam do przyjaciół, którzy zamilkli. Spojrzałam na wszystkich badawczo, każda osóbka miała "iskierki" w swoich kolorowych oczach. Otworzyłam drzwi, jakby nigdy nic i usiadłam po lewej stronie, za kierowcą nic nie mówiąc. Wszyscy, gdy rozsiedli się na fotelach zaczęli dyskutować co będą pić. 
-Będę dziś pić do upadłego!. -powiedziała Mel
-Przecież ty po 0,7 nie umiesz chodzić. -zaśmiałam się
-HaHaHa! Ale śmieszne, to nie moja wina, że mam słabą głowę.
-Oj, nic nie szkodzi, ważne, że przynajmniej ją masz. -uśmiechnęłam się i spoglądałam na omijające nas drzewa, chodnik i ludzi. Myślałam teraz o wszystkim i o niczym. Pustka panująca w mojej głowie wybrzmiewała tylko jedną melodie...
-Pójdę się jeszcze ogarnąć i zaraz wracam. -powiedział Gates otwierając drzwi i pobiegł do mieszkania przebrać się. 
O już jesteśmy tak daleko. Łał szybko zleciała mi ta podróż, spojrzałam na Melanie, jej blond loki leciuteńko upadały i wspinały się ku górze pod wpływem miarowego oddechu. Samochód stał przed dużym domem z ogromnym ogrodem, cudownie. Ostatnie padające dzisiejszego dnia promienie słońca rozświetlały tajemniczą scenerię. Kwiaty chyliły się ku ziemi kłaniając się widowni zapowiadając przepiękny spektakl. Krzaki szeleściły, grały melodie do której każdy musiał się przyporządkować. Obserwowałam Briana, który stąpał z taką gracją jak Valary. O czym ja myślę? Synyster chodzi z "gracją"? jak Valary? What the fuck? Cassie weź się w garść! Z moich, jakże ciekawych i tajemniczych zarazem rozmyśleń wytrącił znajome głosiki.
-My też idziemy bo mamy u Gates'a ubrania. -powiedzieli razem Zacky i Johnny wychodząc.
-Pewnie zajmie im to miesiąc lub dwa jak dobrze pójdzie. -mruknęłam i zamknęły się drzwi samochodu.
Zapadła cisza. Wybuchłyśmy śmiechem, którego nie mogłyśmy opanować.
-Skąd Christ ma tam swoje rzeczy?. -zaśmiała się Mel
-Jedynym wytłumaczeniem jest.... -trzymałam ją w niepewności i słodkiej tajemnicy.
-Co??? No powiedz!!! -szturchnęła mnie palcem. Wypowiedziała te słowa wpatrując się we mnie tymi wielkimi niebieskimi jak morze oczami.
Usiadłam na fotelu prostując mój kręgosłup kładąc ręce na kolanach, odkaszlałam i spojrzałam na przyjaciółkę. Zauważyłam w niej ten błysk w oku, ta chęć poznania tajemnicy. Uwielbiałam trzymać ją w tej niepewności.
-Orgia. -odparłam z wielką powagą.
Patrzała na mnie jak na pacjenta z psychiatryka. Przekrzywiła głowę w bok, jej loki upadły w otchłań tlenu trzymając się jedynie skóry głowy. Przystawiła palec do swoich ponętnych ust i przewróciła tęczówkami.
-Pewnie masz rację. -rykła śmiechem.
-Wiesz Haner jest taki umięśniony. -porusza wymownie brewkami.
-Zacky ma troszkę ciałka, ale nie jest gruby!. -powiedziała.
-Na to wychodzi, że jesteś z biseksualistą. -odparłam odpinając pas i kładąc swoje blade ciało na tylnich siedziskach. Było tam tak wygodnie, materiał muskał mój policzek i nagie nogi.
-Nie za wygodnie Ci Cassie?
-Brakuję jeszcze schłodzonego w szklanej butelce heineken'a i żelków. Może spełnisz mą zachciankę Melanie?. -zapytałam wpatrując się w swoje dłonie.
-Oczywiście, już lecę!. -powiedziała rozsiadając się na fotelu. 
Po dłuższej chwili usiadłam i spojrzałam w stronę pięknego budynku należącego do Brian'a. Nie uwierzyłam w to co zobaczyłam w tej chwili.  Przetarłam swoje oczy, ale to nie był sen!, po dziesięciu minutach byli gotowi.
-Patrz Melanie, już się przebrali.
-Nie rób sobie ze mnie żartów. -spojrzała na mnie jak na idiotkę.
-Nie wierzysz to popatrz. -wspazałąm palcem troję mężczyzn podchodzących do auta.
-Nawet Gates! W dziesięć minut!. -dławiła się
-Muszę to zapisać!. -powiedziałam wyciągając telefon i stukając w klawisze napisałam notkę "Słynny Synyster Fucking Gates, w DZIESIĘĆ minut, tak Cassie w 10 minut. Przebrał się, umalował, UŁOŻYŁ włosy!!!. To jest rekord MadaFaka! BumCykCyk!! ;D
-Co ja piszę?... -wymruczałam
-No no no! Wyglądasz ślicznie Johnny. -powiedziała Mel całując jednocześnie męża.
-Dziękuję, teraz dopiero do ciebie pasuję, śliczna. -musnął jej wargi swoimi. Wskazał na sukienkę. -Nie wierze, że jesteś moją żoną Melanie. -wyszeptał jej do ucha. 
-Ja tak samo Christ. -wymruczała
Brian usiadł koło mnie, obok Zacky i tym razem Christ prowadził samochód. Ruszył na ulicę.
-Tylko nas nie zabij gnomie. -powiedział Baker
-Dosięgasz do pedałów? -zapytałam
Wszyscy wybuchnęli śmiechem i Melanie spojrzała na mnie, jakby chciała mnie zabić. Podniosłam ręce do góry w geście obrony i pokazałam język przekrzywiając głowę w bok. Brian i Zacky widząc to wpadli w jeszcze większą furię. 


Nie mógł znaleźć sobie miejsca tego dnia, szybki numerek nie jest taki zły. Zapadający już zmrok, który okryje jego sylwetkę w pięknej czerni, noc. Taka cicha, piękna i straszna zarazem. Mogła pochłonąć jego chore ambicję i zniszczyć od środka z taką nie wyobrażalną łatwością. Rozglądał się teraz po pokoju w samych bokserkach. Drewno umalowane na czarno, odziane jedynie czerwoną pościelą. Szare poduszki osadzone w wielkim nie ładzie, jedna leżała pod łóżkiem, kolejna zaś koło drzwi wejściowych do pięknie umalowanej na beżowo sypialni. Spojrzał na kobietę leżącą w jego łóżku, była naga. Jej miarowy oddech unosił jej silikonowe kształty, usta lekko rozchylone, ciało opalone, aż do pomarańczu. Zawiesił oko na tym obrazku, poczuł wszechobecne obrzydzenie widząc to. Dlaczego zniżył się do tego poziomu? Po jaką cholerę? Wyszedł z pokoju i poszedł do łazienki. Opłukał twarz lodowatą wodą, aby pobudzić swoje ciało do jakikolwiek działań. Widział w odbiciu lustra swoją twarz. Nie taką wesołą jak zawsze, wręcz odwrotnie, smutną. Wydawała się, jakby to nie była Jego twarz, żadnych oznak najmniejszego uśmiechu nie wspominając już śmiechu, stało się to dla niego zupełnie obce. Dotknął swoich policzków, zupełnie zimnych. 
-Co ta kobieta ze mną zrobiła?. -zapytał na głos samego siebie.


 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~