środa, 19 grudnia 2012

10. SynySter! You're a part of the vessel!

   Dla osóbek, które jeszcze czytają! ;D Hope! Joanno! Wasp! Bromptoncoctail! Kocham <333               
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
       Melanie ciągnąc za rękaw swojego ukochanego rozmyślała nad tym co powiedziała Cassie... "Ta kurwa zdradzała go" po raz pierwszy usłyszała od swojej przyjaciółki tą nienawiść wypływającą z jej ust, jak stado rozwścieczonych, dzikich zwierząt zmierzających do punktu, w którym znajdowało się ognisko problemów. Jimmy jest lub był najlepszym przyjacielem pod słońcem. Dogadywali się bez słów... znali się aż tak dobrze, że jedno wiedziało co drugie chciało. W niektórych sytuacjach wydawało się to dość podejrzane, tak jakby byli razem. Tak... tak to wyglądało. Oni są stworzeni dla siebie, dwa wybuchowe ładunki połączone razem tworzą bombę atomową. "Łykałam tabletki! [...], Odratowali 3 razy"... 
-Dość! Nie można myśleć teraz o tym, bo sama popadnę w depresję!. -powtórzyła sobie dobitnie w myślach
-O czym tak myślisz słonko?. - zapytał Christ swoim uwodzicielskim głosem mocnej ściskając dłoń Melanie
-O Cassie... Martwię się o nią. -odparła wpatrując się w Brian'a, który ukrył twarz w dłoniach, przy klubie.
-Piękna, nie smuć się, proszę. -powiedział przytulając jej roztrzęsione ciałko do siebie, czuł jej niepokój, strach wydarzeniami, które nią wstrząsnęły w samochodzie.
-Jeśli jej się coś stało...-z jej oczu polał się potok łez. -... poważnego? -wybuchła płaczem wtulając się w silne ramiona Johnny'ego
-Cii...- kołysał nią w kojący sposób. -Wszystko będzie dobrze... Melanie, hej piękna -podniósł jej podbródek tak, aby mógł spojrzeć w jej błękitne oczy, w których zakochał się od pierwszego wejrzenia.
-To moja wina... -odparła przymykając powieki.
-Hej... Melanie. -powiedział czule. -To nie twoje wina, Cassie wybuchła emocjami, nie mogłaś nic na to poradzić. -odparł z przekonaniem
-Ale... Johnny... ja. -mówiła urywki słów, roztrzęsionym, pełnym strachu głosem.
-Cii. -ułożył swój wskazujący palec na jej jędrnych ustach w geście uciszenia cudownego, melodyjnego głosiku. 
-To nie twoje wina maleńka, nie denerwuj się. -odparł i pocałował namiętnie Melanie jednocześnie głaszcząc jej zaokrąglony lekko brzuszek. -Nasze maleństwo. -spojrzał jej głęboko w oczy, zatkało ją i wpatrywała  się w niego zaciekawionymi pełnymi tajemnicy oczami. -Nie możesz się smucić ani denerwować. -pomachał jej palcem przed twarzą. -To może zaszkodzić naszemu maluchowi, i żadnych "ale". -uśmiechnął się i pocałował Mel jak najczulej potrafił, przywarł do niej, głaskając jednocześnie brzuszek swojej ukochanej kobiety, którą będzie bronił przed całym złem tego skażonego świata... -To dla dobra naszego dziecka, śliczna. -odparł odrywając się od ust cudownej istotki. -Kocham Ciebie! -powiedział to z takim entuzjazmem i wznowił wspaniały, pełen uczuć pocałunek.
      Melanie poddała się całkowicie pokusie, rozkoszy, którą zapoczątkował jej jedyny mężczyzna na świecie, który jest ojcem malucha w jej ciele. Po raz pierwszy poczuła się kochana przez mężczyznę. Przeważnie skakała z kwiatka na kwiatek, szukając tego cholernego ideału. Całkiem przypadkiem wpadła w ramiona Christa i tam już została, może nie był ideałem, umięśnionym, wysokim, mężczyzną. Jej gnom jest spełnieniem jej najskrytszych marzeń, opiekuńczy, uczciwy, odważny, wrażliwy... Mogłaby wymieniać w nieskończoność, to nie znaczy, że nie miał wad, miał, ale nie przeszkadzały jej, ani troszeczkę. Kochała Go, nie jego Pieniądze. Czuła się bardzo bezpiecznie w  silnych, wytatuowanych ramionach, i to uczucie... nie umiała go opisać. Miłość. To pewnie uczucie, którym darzyła Johnny'ego.
-Johhny Christ jesteś moim całym światem. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ciebie nie było przy mnie. Kocham Cię i to cholernie mocno! -powiedziała wieszając się na szyję ukochanemu i ponownie wpiła się w usta wybranka.
-Ja bardziej, misiu. -odparł, na te słowa poczuł, że jego Melanie uśmiechnęła się, przylgnął do niej i cały świat zawirował wokół nich.
      


      Zdruzgotani mężczyźni stali przed klubem Blue Road. Rozmyślali w ciszy. Co się stało? Dlaczego to akurat Cassie? Akurat dzisiaj? Kiedy mieliśmy schlać się!? Z całą ekipą Potępionych?! Pytania wędrowały w ich głowach, jak głupia piosenka usłyszana w radiu i akurat musiała umieścić się głęboko w mózgu i nie chce wyleźć. Efektem końcowym jest nucenie... Okropność. Piękna noc, która zapowiadała się wielką imprezą z przyjaciółmi stała się koszmarem, nieoczekiwanym. 
-Chodźcie chłopaki do środka. -odparł smutny Sanders
          Gates i Zacky ruszyli do środka klubu z pustym wyrazem twarzy. Kiwnęli jedynie głowami, zgadzając się udać do klubu BR.



          -Johnny... -powiedziała Melanie
-Co się stało kotku? Coś cię boli. -zapytał, pieszczotliwie głaszcząc policzek Mel
-Ja... 
-Co? -zapytał po raz kolejny, tym razem zaniepokojony ponieważ Melanie nabrała kolorów tęczy na twarzy.
-Ja... Bhfgahd -wymamrotała zakrywając usta swoją kruchą dłonią.
       Melanie pobiegła w szpilkach do pobliskich krzaków. Na szczęście nie przechodziła przez ulicę, nie odważyła by się. Stąpając na miękkich nogach stanęła nad roślinami, które nie miały końca przy płocie, jakiegoś boiska do koszykówki. Opróżniła swój żołądek zginając się w pół.
-Melanie! -wołał Christ
     Podbiegł i spojrzał na już kremową twarz kobiety w czerwonej sukience. Stała i wycierała twarz chusteczką higieniczną. Wyraźnie zniesmaczona całą sytuacją, która zobaczył na swoje oczy.
-To mdłości, cholerne...! -powiedziała zawstydzona.
-Ja już myślałem, że coś strasznego dzieje się z moim koteczkiem. -odparł czule, jednocześnie poprawiając upadający kosmyk włosów na twarz Mel.  
-Już dobrze, tak już jest z kobietą w ciąży. -powiedziała. -A ty mój drogi jesteś ojcem naszego dziecka. -odparła dumnie wskazując na brzuch.
-Mmmmm, jesteś taka słodziutka, chętnie bym cię teraz schrupał. -podgryzł dolną wargę. -Nawet na środku ulicy.
-Hahaha, wariat! -zarechotała. -Chodźmy do Blue Road, chłopaki na nas czekają. -powiedziała mijając męża.
-A ty gdzie się wybierasz? -zapytał z rozbawieniem zagradzając ręką przejście 
-Do Blue Road, a gdzie niby? -odparła zdziwiona zadanym pytaniem.
-Nie, nie...- powiedział stanowczo. -Jedziemy do domu.
-Nie. Idziemy do chłopaków! Musimy się wzajemnie wspierać! -prawie krzyczała.
-Tak wiem kochanie. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś mnie znowu tak przestraszyła. -powiedział spokojnie chwytając się za serce, taki żarcik.
-Ale... Johnnnnny!!! -próbowała przekonać Christa robiąc na dodatek slodkie oczka kotka.
-Twoje oczka w tej sytuacji nic nie dadzą.
-Ale...
 Żadne ale, jedziemy. -powiedział stanowczo i otulił ją swoim lewym ramieniem
-Christ. Zaczekaj -uśmiechnęła się
-Co? -stanął zdziwiony i wpatrywał się w Mel wielkimi oczami.
-Skąd weźmiesz samochód? -zapytała, zakładając ręce na biodra.
-Ehm, no... -dukał, drapiąc się po głowie.
-Może się przejdziemy? -zapytała z wielkim uśmiechem
-Dobrze.
-Będziesz miał mnie stale na oczach. -posłała uwodzicielski uśmieszek i puściła oczko.
-Arrrrr. -klepnął Melanie w tyłeczek. -Ruszajmy.
-Wariat -odparła szczęśliwa łapiąc za ręke Christa.
       Przechodzili uliczką. Rozświetloną różnorakimi światłami, reflektory samochodów, latarnie, światło dochodzące z okien mieszkań ludzi mieszkających w pobliżu. Trzymali się za ręce rozmyślając nad przyszłością malucha. "Chcesz wiedzieć to teraz słuchaj do cholery! Chciałaś to masz! Więc nasz przyjaciel zakochał się w tym pustaku. Z dnia na dzień ta laska grała słodką idiotkę. Więc nasz Rev'uś zakochał się w Wypindrzonej Alice! Od dnia, gdy nasz James pokochał Bird..." mówiąc to spuściła wzrok i przytkała oczy powiekami. Wyglądała tak słabo, chciała dotknąć Cassie czarodziejską różczkom i zniszczyć ten ból siedzący w jej ciałku.. "-Ta kurwa go zdradzała, zawsze jak bywałam w klubach siedziała i wychodziła z innym kolesiem, rozumiesz Melanie .? Jimmy ją kochał z całej siły a ona dawała dupy wszędzie!!! I to właśnie dwa miesiące temu zapukałam po raz ostatni do Rev'a i powiedziałam co widziałam. Ja płakałam Mel jak to mówiłam! Bolało mnie to, że Jimmy mi nie uwierzył. Wiesz jak się czułam? Chciałam dla niego jak najlepiej... A ten dupek co zrobił? Hahaha!. Zatrzasnął drzwi przed moim nosem i powiedział, że nie chce mnie już widzieć!!! I dlatego nie otwierałam wam drzwi, bo miałam depresję! Łykałam tabletki! popijałam alkoholem! Byłam w szpitalu, ci pierdoleni lekarze mnie odratowali! 3 razy!! Temu wam nie otwierałam ponieważ nie chciałam zaburzać wam tego jebanego szczęścia!!! Jesteś teraz z siebie zadowolona doskonała Melanie? Wszystko już wiesz do cholery? Tego chciałaś? Zobaczyć moje łzy, mój ból! Mam tego dosyć!" Nie wiedziała, że  swoim szczęściem i wyprowadzką się do Christa, tak cholernie pogrąży, jeszcze bardziej Cassie w depresji. Gdyby mogła, cofnęła by czas do momentu przyjazdu pod Blue Road. Powiedziała by coś śmiesznego i od razu, natychmiast wręcz zabrała Cassie z samochodu i pognały do klubu. Bawiąc się, pijąc alkoholu do stanu "zombie"...  Poczuła na swoich policzkach łzy kapiące na czerwony materiał.
-Hej co jest piękna? -zapytał 
-Muszę ci coś powiedzieć Johnny. -pociągnęła nosem.
-Hej Melanie, co jest? -wtulił ją do swojego ciała.
-Wejdźmy do domu, nie chcę żebyś się przeziębił -uśmiechnęła się lekko.
      Odpowiedziała jej cisza ze strony Christa. Po przekroczeniu progu drzwi wejściowych ruszyła wprost do kuchni. Zaparzyła aromatyczną kawę i postawiła na blacie stołu kuchennego. Usiadła na przeciwko męża i upiła łyk kawy.
-Co się stało Melanie? Martwię się o Ciebie słonko. -uścisnął dłoń Mel
-Ja...
-Słucham.
-Dobra kawa. -próbowała ukoić nerwy pijąc kawę, ale to nie dawało skutku jaki chciała osiągnąć.
-Hej piękna. -spojrzał jej prosto w oczy. -Co się stało?
-Ymmm
-Jestem przy tobie. Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, ufam Tobie Melanie. -powiedział
-Christ... -wstała i usiadła na kolanach ukochanego,wtulając swoją głowę w ramię mężczyzny.
-Słucham piękna. -odparł przytulając mocniej żonę.
-Johnny, to ja spowodowałam ten wypadek! -rozpłakała się

  


       Oziębłe Blue Road zaczynało budzić się do życia. Rozgrzani, pełni pokładów energii ludzie zaczynali tłoczyć swoje gorące, miękkie ciała, do pomieszczenia. Tańczyli do rock'owej i metal'owej muzyki mając wielkie uśmiechy na twarzach, które wypełniały i wzbogacały wystrój klubu. Czerwone kanapy przesiąknięte dymem papierosowym, alkoholem, łzami... Siedzenia przy barze były wolne. 

        Mężczyźni przemieszczali się powolnym bez uczuć krokiem w stronę baru bez Johnny'ego i Melanie. 
-Poproszę Jack'a Daniels'a. -powiedział Brian do wysokiego barmana w granatowej koszulce.
-Proszę. -odparł podając butelkę i szklankę z logiem trunku. -Co panowie sobie życzą? -zapytał wycierając śnieżnobiałą, bez skazy ściereczką ze złotą literką ,,P".
-To samo co kolega. -powiedział Matt pokazując na swoich przyjaciół, że mają ochotę na to samo.
-Proszę. -podał butelki, trzy szklaneczki i podszedł do innego klienta
        Upijali małe łyczki rozkosznego pełnego wspomnień, bursztynowego trunku. Nie mieli ochoty rozmawiać na temat tego, co zdarzyło się dwadzieścia minut temu. 
-Cassie zawsze piła w tej knajpie Whiskey... -uśmiechnął się Bri
-Powtarzała, że to napój bogów. -zaśmiał się Zacky bez jakiekolwiek uczucia.
-Grała w bilarda lepiej od nas chłopaki.- odparł Mat
-O tak. -przyznał Haner bawiąc się szklanką z małą ilością płynu
-Od tego klubu wszystko się zaczęło... -powiedział Shadow
-....I może zakończyć -mruknął Gates w myślach.
-To nie może się tak skończyć. -powiedział Baker, jakby czytał w myślach Haner'owi. -Cassie jest taka utalentowana, piękna, to nie może się zmarnować. Tak dużo przed nią. -odparł Zacky wpatrując w wiszący biało-czarny zegar z niebieskimi wskazówkami, przypominającymi kredki świecowe. Wskazywał godzinę 20;37.
-Jimmy od razu poleciał do niej. -powiedział Matt.
      Na wypowiedziane słowa przyjaciela Brian wypełnił całą szklankę trunkiem i jednym haustem wlał w swój organizm ogromną ilość alkoholu, który koił jego wszystkie uczucia, jakich nie mógł opanować w obecnej sytuacji.
-Chłopie... -odparł Matt. -Whisky jest pod dostatkiem... -mruknął  
-Co się dzieje? -zapytał Baker
-Nic...
-Jak to nic? Brian powiedz co cię trapi. -powiedział Matt spokojnym głosem
          Podniósł butelkę na wysokości swojej głowy, trunek połyskiwał w świetle reflektorów ukazując czar whisky, napoju bogów. Jack Daniels i Black Tooth Grin to były ulubione napoje Cassie. Zawsze piła do upadłego, ale i tak nic ją nie powalało na podłogę. 
-Za cholernie mocną głowę Cassie! -ryknął Gates
-Za wariatkę spod ciemnej gwiazdy! -odparł Baker
-Za osóbkę wartą grzechu! -powiedział Sanders.
         Stuknęli się wielkimi szklanymi butelkami whiskey i upili połowę trunku. W głowach wytatuowanych mężczyzn narodził się pomysł nie do osiągnięcia.
-To może wskrzesssszymy jaaaaa? -bełkotał bez sensu Brian
-Co ty pierdolllynszzzz Syny-Sterrr?
-Paczz w słowięeę Synysterr jest Sterrrr! -ryknął Baker -Jesteś częścią statku, może cięeę okiełznam? -zapytał ruszając wymownie brewkami napalony Zacky
-Nein! Nein jutro! Nein dziś! Nevvver madafaka! buahhaha. -gadał SynySter
-Pierdolisz bez senzzzu! Bri! -stwierdził Matt. -A co tyczy się ciebie Vengege -wskazał na przyjaciela palcem. -To Brianek -wskazał na schlanego -Jest mój! -odparł 
-To prawda Brian'ku?
-Przepraszzzzam, ale Yes. Kochałęm się w Sannnndersięę od długooo, wybocz! przyjacielu! -powiedział wtulając się w ramiona Matt'a, jak kobieta.
-Nikt mnie nie kocha! -odparł zrozpaczony płakając niewidzialnymi łzami. -SynySterrr Gejjjts mnie zdradził -wskazał na przyjaciela. -Nie wypacze ciii. Nigdy. Never! -powiedział i wstał zataczając się w stronę wyjścia.
-Czeeeekaj!!! -Haner wstał z kolan Matt'a i razem podbiegli, jeśli to był bieg... do Baker'a
-No weźźź- przytulił się Bri
-Zostaw mnnnie! -bełkotał
-No weźźź- zawtórował 
-Zdradziłeś mnie z nim -wskazał na Sanders'a
-No weźźź -zaciął się 
-Może to coś pomoże. -stwierdził i pocałował Bakera w policzek, Matt.
-Dość! -ryknął
-ŁooooooOOO. -Shadow's upadł na Baker'a i Brian'a.
      Sytuacja wyglądała dwu znacznie. Mężczyźni pod wysokim łysym postawnym, umięśnionym osobnikiem płci męskiej jęczeli. Albo orgia, albo geje, albo... czarna msza!!!
-No weźźź. -ciągnął Haner.
-Zamknij się freśće z ym "No weźźź", wybaczam ci, tyko nie mów "No weźźź"
-Kocham cię! -ryknął Bri i przytulił się do Zack'a
-Może tak zbiooooooorowy uciskk? -zapytał Sanders
-Nieeeeee -ryknął przygnieciony Baker dwoma cielskami ociekającymi potem i zapachem whiskey.
-Kochamy Ciebie Zackiiii -pocałował Haner, Zacky'ego w policzek
-A ty naszzz kochać? -zapytał Shads
-No nie maAam innego wyjściaaAA -odparł wtulając się w przyjaciół na brudnej podłodze.
-A jak bardzo nasz kochaćć? -dopytywał się wstawiony Matt
-Cholernieee mocnyo. -powiedział
-Ej! Chłopaki! Zróbcie tak. -Brian turlał się po podłodze i patrzał w sufit pełny w kolorowe reflektory nadający piękny nastrój klubowi Blue Road.
-Dobra! -ryknęli jednakowo
-Łiiiiiii, ale zajebiścieee!!! 
-Hahahahhahah- brechtał się Sanders
-O kurwa! -jęknął Bri    
-Co yest? -zapytał Baker
-Jebłem się w ten pierdolony, kurewski, czarny, jak dupa szatana kant. Kurwa! -prawie ryczał
-Hahahhaha! - śmiał się Vengeance z Sandersem
-To nie jest śmieszne! -ryknął -Ale wiecie co... -przyglądał się czarnemu kantowi od kanapy. -To bardzo epicki kant, w dodatku zrobił ze mnie idiotę... -zaczął szperać w kieszeni, wyciągnął telefon. -Choźźź! Zrobimy se słit focie!! Maderfakersaker!!!. -ułoży się przy kancie, całkowicie rozwalony na podłodze. -Uśmiiich!!! -wyszczerzył się jak zebra Gates. 
-HAhahahahah! Nie mogeeee! On se zroibł.... hahah -śmiał się, jak opentany Baker
-Nooooo! pompka!!!!z niebgo mom!- brechtał się Mat
-Paczcie -pokazał ekran telefonu zalanym w trupa przyjaciołom. -Ja mam. -wskazał na siebie. -Wy neie mocie!! Buahhahah- ryknął pokazując palcem na nich, jednocześnie upadając na plecy
-A was tu nie ma! Wynocha do cholery pijaki! Już was nie ma! -ryknął ochroniarz z różowym wąsem
-On ma różowego wąsa!!! -krzyczał Gates -No, ale jaki epicki, może zrobimy sobie słit fotcieee?-zapytał zalany bri do ochroniarza.
-Dosyć tego! Wypierdalać!
-Ty gościuuu, nie drzyj ryja. -bąknął Shads -Już idziemy panie władzo...
-To jest Pan mister pink wąs!
-Pink is a new black!!! -ryknął Gates tańczą opa gangman style, psów.
-Wychodziiimy! -zabrał za szmaty Haner'a, Sanders'a i Baker'a -Już was tu nie chcę widzieć, dzisiaj! -ryknął i jak z jakiegoś filmu o dzieciakach, które wkręciły się na imprezę dla dorosłych zostały wyrzucone z klubu na bruk ulicy, wyrzucił Sevenfoldów na zimny beton przed klubem.
-Ty ch....
-Skur....
-Cip....
-Coś jeszcze macie mi do powiedzenia? Rozumiem was chłopaki, ale taka jest moja praca. Zapraszam jutro do Blue Road. -uśmiechnął się, pomachał i zamknął drzwi.
-Dziwak. -stwierdził Gates
-Dokładnie!!! -ryknął Sanders, doprowadzając do orgazmu Baker'a
-Może by tak dzika orgia? -zapytał Gates wymownie ruszając brewkami.
-Może jutro. Trzeba sie zbieroć! -odparł Matt, stawiając do pionu swoje ciało.
        Ogarnęli się i ruszyli w stronę domu Gates'a ponieważ był najbliżej klubu BR. Trzymali się blisko siebie, żeby nie upaść na szaro-czerwony chodnik.
-Ej pamiętaciieee tą piosenkę....
-Jaka?- zapytał
-Mój. -wskazał na siebie -Kask... -zrobił niewidzialny kask na głowie - Ma 4...-wskazał cztery palce -Rogi!- ukazał różki nad głową.
-Nooo!!!
         Śmiali się do łez w swoim towarzystwie zapominając o przykrej sytuacji, która zdarzyła się przed klubem. Zalani w trzy dupy uśmiechali się wspominając dawne czasy liceum, podstawówki i "takie tam"...
-Hahahahaha. -wybuchnął śmiechem Baker
-Z czego rżysz? -zapytał Mat
-On miał różowego wąsa...!!! -upadł na ziemie Zack'y ze śmiechu i turlał się po trawie.
-Noooooooooooo. -zaryczał Shadow's
-Nie chciał ze mną zrobić zdjęcia. -Haner'a usta ustawiły się w podkówkę. -Nie lubić gooooo...
-Ale Bri... -poklepał go Sanders po ramieniu. -Masz focie z epickim kant'em -uśmiechnął się
-No racja. -zaśmiał się jak psychopata.  -Kocham Was. -przytulił do siebie przyjaciół. -Gdybym Was stracił...-pokręcił głową. -Nie myślmy o tym. Kocham Was. -powiedział trzeźwo Haner
-My też Ciebie kochamy Brianku. -uścisnęli przyjaciela z całej siły.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

wtorek, 4 grudnia 2012

09. You don't fall, I'm promise.

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
     Rozmyślał nad tym jak poznał Alice Bird. Na początku wydawała się zabawna, radosna, piękna... Nie to już nie było piękno tylko skrzywdzenie swojego ciała, cały czas chodząc na to cholerne solarium. Dopiero teraz sobie uzmysłowił, że ta kobieta owinęła go wokół palca. Tylko cycki w niej się mu podobały. Dlaczego? Może temu, że nie miał kobiety od dawien dawna? Pragnął miłości, czułości, szczęścia, osoby z którą mógłby pójść na koniec świata i z powrotem. Pani Bird nie była tym czego szukał. Zaspokajał tylko swoje seksualne zachcianki, zachował się jak skończony dupek. Wstydził się w pewien sposób swojego postępowania, ale ludzie się zmieniają. Był pijany, gdy poznał ją w klubie. Rozkochała go w sobie. Nie mógł teraz uwierzyć, że "Plastik" owładnął jego serce, czułe, kruche w pewien sposób. Jak to możliwe? On woli naturalne piękności! Rockmenki, Melatówy! Zniżył się do jej poziomu. Okropieństwo. Zrobił z siebie jakiegoś "Ken'a". Wyszedł z łazienki i polazł do sypialni, spojrzał na kobietę w łóżku. Poduszka była cała uwalona jej podkładem i pudrem, tusz cały rozmazany na jej twarzy. Na szczęście wiedział, że musi to skończyć. Popełnił błąd i to cholernie duży. Przyłapał ją w kawiarni z jakimś facetem, powiedziała, że to jest jej brat. Puścił to mino uszu. Zabierała jego pieniądze, okłamywała go bezczelnie na każdym kroku. Zachowywała się wobec niego jak ostatnia świnia chodząca po tej planecie. Zamiast czułości i miłości dostał kłamstwo, ohydę, smutek, żal.
    On, przystojny, wysoki mężczyzna o nie przeciętnym talencie, uśmiechu tak promiennym, że każda kobieta na którą spojrzał, była jego. Śmiechu tak histerycznym jak poczucie humoru, czyli niewyobrażalne. Jest znany z tego, że robi imprezę z niczego...
"Piękna, noc. Gwiazdy mrugały na czarnym niebie, było ich setki nawet miliony. Ludzie marzyli, aby marzenie które wypowiedzieli w myślach spełniło się, gdy upada gwiazda. Przemierzali ulice HB, ludzi było dość sporo, przecież jest piąty dzień tygodnia! Trzeba to oblać!
-Jooooohnyyy!. -zawołała Melanie, która została przerzucona przez ramie Christa
-Uwielbiam, gdy tak wołasz moje imię, jak uprawiamy dziki seks! -odparł szczyrząc ząbki w moją stronę.
-Co tak się patrzysz Christ? -zapytałam zdezoriętowana. -Ten alkohol ci we łbie już po przewracał klepki.
-Powinnaś przestać być dziewicą. Jesteś jedyną piękną, zdolną, utalentowaną moją znajomą, która nie uprawiała przenigdy seksu!. Jak to możliwe do cholery? Odpowiedz mi proszę. -powiedział robiąc oczka jak kot, który chcę zjeść coś smakowitego.
-Jeszcze nie ma takiego faceta, który by ze mną wytrzymał Johnny.
-A my? -zapytali równo Brian i Jimmy wyrastając przedemną 
-No racja! -jękłam i uciekłam jak najdalej od tej dwójki, wiedziałam, że coś się święci i schowałam się za pijanym w trzy dupy Shadowsem
-Kryj mnie!
-Ej, co ty? -powiedział zataczając się
-Cassie! Nie ukryjesz się przed tymi erotomanami! -powiedziała Melanie w przerwie przy namiętnym pocałunku z Johnny'm
-Gdzie ta nasza mała wariatka -powtarzał Brian zacierając ręce jak jakiś obłąkany doktorek
-A może tu. -ryknął James podnosząc kamień. 
-Tam jej nie ma! Cycki by się nie zmieściły pod ten kamień Rev'uś!
-No racja!. To może tu! -wskazał na Zacky'ego
-Ja nic nie zrobiłem! -ryknął podnosząc ręce i upadł na ziemie
-Trzeba go przeszukać- odparł z powagą Brian
-Weźcie mnie nie dotykajcie! 
-Sprawdź kieszenie Haner, ja zobacze pod koszulką.
-Pomocy! Zboczeńcy!!!
-Nie histeryzuj Baker. Jesteś po prostu podejrzany! Więc trzeba Ciebie sprawdzić -powiedział Matt pokazując palcem na pół nagiego przyjaciela.
-Cholera nie ma jej!. -powedział zrezygnowany Gates
-To może tu! -powiedział James pokazując na zataczającego Matt'a
-Kurwa Mat, stój tu ja uciekam!
-Cassie, a tu jesteś -zaśmiał się Matt
-Ale masz orient! Siedź cicho. -jękłam
      Wychyliłam się żeby zbadać teren i napotkałam spojrzenie Jimmy'ego.
-Tam jest, Synyster!!!- ryknął James i ruszył w moją stronę
-Cholera! Zostawcie mnie! Świry! -biegłam na przeciwko siebie, przez pusty chodnik.
-Nigdy!. -zawołali tak głośno, że babka z bloku się wychyliła
-Wy parszywe dzieciaki!!! Spać a nie balować!!! -odparła siwowłosa, machając rękoma
-Niech pani tak nie macha rękami, bo zaraz pani poszybuję jak samolot! -ryknął James
-Jesteś nam potrzebna w czarnej mszy!
-Sataniści!!! -krzyknęła i zamknęła okno przy czym przeżegnała się.
      Stanęłam i spojrzałam na chłopaków. Dyszeli i śmiali się ogarnięci alkoholem, byli nieźle wstawieni.
-Nie uciekniesz nam Cassie! -ryknął Brian
-Dziś nie będziesz już dziewicą! Buahahahhahha. -zarechotał Jimbo
-Chłopaki kupie Daniel'sa i zrobimy ostrą impreze i będzie git? -próbowałam ich przekupić
-Nie! 
-Dlaczego? -zapytałam
-Bo impreza już trwa a ty jesteś naszym Jack'iem Daniels'em! Musimy cię otworzyć i spróbować! -odparł Jimmy
-Ej! Ty to zawsze robisz impreze z niczego, Nawet z przyszłej orgi! -rechotał Johnny"
  Miał wspaniałych przyjaciół, tak Miał. Od dnia ,gdy poznał Alice przybywał tylko i wyłącznie z nią czas w łóżku. 
-Jimmy...-wymruczała. -Już nie śpisz kochanienki. -odparła powoli układając swoje ciało w pionie, okrywając się krwistą kołdrą.
     Od dawna czuł, że to jest toksyczny związek. Zabierała jego pieniądze i spełniała swoje zachcianki, nie pozwalała brać się za ręce przy jego znajomych. Tylko przy Cassie...
     Podszedł do szafy z ubraniami, wyciągnął z niej czarne spodnie i biało-czarną koszulkę z Slayer'em. Założył do tego trampki i spojrzał na zegarek, 20;30. 
-Gdzie się wybierasz? -powiedziała
      Ubrał się i wyszedł z sypialni, nie miał ochoty z nią rozmawiać, brało go na wymioty. Wyszedł z domu i ruszył do samochodu. Dużo ludzi chodziło teraz ulicami HB, latarnie powoli ukazywały światło i koło nich kobiety. Jedna z nich pomachała mu, lecz on pokazał tylko środkowy palec. Jeszcze dwie minuty i będzie przy Blue Road. Mat zadzwonił do niego, żeby przyjechać i napić się w towarzystwie, po wspominać dawne czasy. Nie był zdecydowany czy jechać, ale było tylko jedno wyjście, dla niego sensowne. Od tygodnia rozważał słowa swojej przyjaciółki, chciał porozmawiać na spokojnie. Zaparkował na tyłach klubu. Wyskoczył z samochodu i ruszył ulicą wprost na przód. Ujrzał swoich przyjaciół, widział niepokój na twarzach. Co się stało? Spojrzał na Brian'a a ten na niego. Coś się stało, Gates miał zawsze taki wyraz twarzy, gdy...Kurwa!!! Podbiegł.
-Co się stało?
-Cassie!!! -płakała Melanie i wskazała na samochód.
    Wymienił spojrzenia z chłopakami i ruszył w skazane miejsce przez przyjaciółkę. Ujrzał swoją Cassie, nie poznał jej z wyglądu. Sukienka nad kolano ukazujące jej piękne długie nogi zakończone drapieżnymi czarnymi szpilkami. Zaskoczył go ten widok, lecz dobił widząc okół niej krew. Widział Melanie, jej łzy nie miały końca.
-Co się stało?! -zapytał zdenerwowany. -Cassie!!!! Cassie, moja słodka Cassie. -powiedział James podnosząc i wtulając ciało przyjaciółki w swoje, czuł słabe tętno. Jego łzy opadały na jej policzek. -Powinienem tu być wcześniej! Nic by się nie stało! -powiedział płakając jak małe dziecko dziewczynę.
     Cały jego świat legł w gruzach. Ta mała osóbka od pierwszego spojrzenia napawała go nieznanym uczuciem. Tajemniczość w małym ciałku kusiła go jak pyszne czekoladowe ciastko, w którym kryje się coś niespodziewanego i szalonego. Za wszelką cenę chciał odkryć co to jest, zaznać satysfakcji z odkrycia nieznanego. Od bardzo dawna nie poznał takiej osóbki jak ona, ba! nigdy jeszcze takiej nie widział na własne oczy!. Szalona, uśmiechnięta, oddana przyjaciołom...
-Przepraszam... moja... Cassie. Proszę nie odchodź!... Nie teraz... Proszę. -mówił wpatrując się z troską w jej zamknięte powieki. -Dam Ci wszystko... nawet te babeczki, które mi podkradasz. Oddam je... Proszę tylko otwórz swe piękne zielone wielkie oczy... cudowne oczy... Uśmiechnij się i pokaż te swoje białe zęby.  -odparł wtulając swój policzek w policzek Cass, był już prawie zimny. -Zaciśnij swoją dłoń na mojej a będzie wszystko dobrze -wyszeptał jej do ucha tak, aby nikt nie słyszał tego intymnego wyznania.
     Nie zauważył jak przyjechała karetka. Wyszli z karetki dwóch funkcjonariuszy odzianych w czerwone spodnie i kurtki z białym napisem ze złotą obwódką California. Stąpali po betonie bardzo odważnie, nie patrzyli na ludzi wokół samochodu. To znaczy na brak gapiów, po prostu pustka otaczała scenę, w którym grał drugoplanową rolę. Chciał mieć teraz w ręce jakiś eliksir, jak z tych wszystkich bajek, które kończą się Happy End'em. Pragnął powrócić do życia tą małą kochaną wariatkę. 
     Przypomniał sobie jak puszczali latawiec nad jeziorem. Pękali ze śmiechu, gdy maszyna miała właśnie wpaść w mokrą ciecz, Cassie wskoczyła mu na barana i przejęła inicjatywę nad samolotem. Nie wiedział jakim cudem Cass uratowała przed upadkiem maszyny do wody. Za to ją uwielbiał, za tą chęć walki, gdy wszystko jest na straconej pozycji. Ratowała sytuację, aż do utraty tchu, walczyła. Chciał dokonać tego samego, być przy niej żeby nie upadła do odchłani, skąd nie będzie mógł ją wyciągnąć własnymi cielesnymi bladymi rękoma.
-Nie pozwolę Tobie upaść Cassie, nie pozwolę na to, obiecuję. -odparł muskając jej policzek swymi rozgrzanymi i ponętnymi ustami. -Nie upadniesz, dopóki jeszcze żyję, przyrzekam. -powiedział  biorąc w swe łapki jej zimną twarz.
-Kiedy zdarzył się wypadek? -zapytał jeden, który rozkładał nosze i wyrwał z zamyśleń James'a
-15 minut temu... -odparła zdruzgotana Melanie w objęciach Christ'a
-Cholera! Chłopaki bierzemy ją szybko! -ryknął mężczyzna, który badał tętno Cassie w objęciach James'a
-Proszę ją puścić, proszę pana- powiedział stanowczo mężczyzna. -Nie chcemy, aby ta kobieta umarła na pańskich rękach.
-Zaniosę ją do karetki. -lekko podniósł ciało przyjaciółki i powędrował w stronę cholernie głośniej i kolorowej karetki.
-Halo, proszę pana! -odarł mężczyzna upominając Jimmy'ego, który podniósł swój cały świat.
   James nie słyszał osobnika, który go upominał. Ważne było teraz życie Cassie, nie dopuści, żeby stało się coś strasznego w tym miejscu i czasie. Nie upadnie. Zrezygnowany funkcjonariusz przełożył noszę do wnętrza karetki.
-Proszę położyć...
-Cassie Manson
-Właśnie Pannę Manson na noszę.
-Dobrzę. -odparł grzecznie Jimbo i ułożył Cassie delikatnie na zimnych i twardych noszach, gdy spoglądał na nią, cały świat, jakby przestał się ruszać wokół niego, czas stawał na jego życzenie przy Cass. 
-Jeśli pan chcę może jechać.
-Dziękuję... Naprawdę dziękuję. -odparł i usiadł jak najbliżej ciała przyjaciółki i ujął ją dłoń w swoją, pocałował i głaskał rozgrzewając jej lodowate dłonie. -Trzymaj się Cassie, proszę. -powiedział przytulając się do tej małej bezbronnej osóbki.
-No chłopaki zbieramy się! Szybko!
-Dobra! Jak jej tętno?
-Słabe!!!
-Wolniej się nie da jechać -zapytał rozwścieczony James, prawie wstając.
-Proszę pana, teraz jest piątek i wszyscy ludzie wyszli z domów, imprezując. A co w tym idzie? W cholerę samochodów tłoczących się na drogach. Więc niech pan się nie denerwuję, bo My tak jak Pan chcemy ją Uratować.
-Przepraszam. -spuścił głowę. -Jeszcze nigdy nie byłem w sytuacji gdzie mógłbym stracić najbliższą osobę. -odparł wpatrując się w zamknięte powieki Cassie.
 Sanitariusz przysiadł i zawołał, aby kolega za kierownicą pędził jak błyskawica, jak najszybciej do najbliższego szpitala.
-Czy to pańska dziewczyna? narzeczona? żona?. -dopytywał się mężczyzna około trzydziestki.
-Nie. -zacisnął dłoń cudownej osóbki.
-Od kiedy Pan zna Pannę Manson?
-2 lata. -powiedział. -Ale czuję się jakbym znał ją całe życie. -odparł uśmiechając się lekko. -Tylko mogę ją teraz stracić.
-Niech Pan się nie martwi, uratujemy ją. -poklepał Jimbo po ramieniu i wstał.



    -To moja wina, gdybym nie naciskała nic by się nie stało Johnny. -powiedziała Melanie oddalając swoje roztrzęsione ciało od rozgrzanego męża.
-Nie gadaj głupstw, to przypadek. -próbował złagodzić sytuację.
-To moja wina!!!
-Nie piękna, nie twoja. Cassie to sama powiedziała z własnej woli. -odparł biorąc dziewczynę za rękę i złożył na nich pocałunek.
-Jestem po prostu smutna, że to zdarzył się przy mnie. -odparła ocierając łzy. -Cass jest dla mnie jak siostra, przez ostatnie miesiące byłam okropna.
-Mel, kobiety w twoim stanie mogą mieć humory. -pocałował ją. -Tylko nie możesz robić głupstw maleńka, zrozumiano?. -pocałował ją czule i namiętnie
-Mmmmm. -wymruczała zadowolona
-Teraz idziemy do  domu i pójdziemy do Cassie mieszkania. Pewnie potrzebuje ciuchów.
-Johnny! Jak ty możesz?
-Co???
-Być taki bezduszny! Cassie teraz jedzie do szpitala potrącona przez samochód. A ty nic?! -powiedziała rozwścieczona.
-Posłuchaj Mel. Dlatego jestem taki spokojny, ponieważ nie pomożemy w żaden sposób tej wariatce. Jak tak bardzo pragniesz pojechać do szpitala to dopiero jutro. Nie marudź mi tu piękna. -pogroził jej palcem
-No racja... Chodźmy do chłopaków. -pociągła go za rękaw a ten jak posłuszny piesek polazł za swoją żoną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Podobało się?