~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Piosenka...
Kilka godzin wcześniej...
Droga ustąpiła, jak morze w Biblii pod wezwaniem Mojżesza. Wszystko dookoła trwało w rytmie ryciu syreny, którą kierował funkcjonariusz z pokerową twarzą -godną podziwu. Każda sekunda mijała, jak jeden rok, która przemieszcza się jak ślimak. Zostaje przejechany i kończy swój żywot na rozgrzanym betonie przez przejeżdzające samochody bez jakiegokolwiek celu. Jechać by jechać. Byle by szybko i bez przeszkód dotrzeć do miejsca obiecanego z fałszywym uśmiechem u boku.
James wpatrywał się w zamknięte oczy Cassie, takie kruche, delikatne bez prawie żadnej skazy. Prawie. Krew, czerwona jak dorodne widno rozbryzgane na ciele przyjaciółki. Ciecz zastygła, tworząc czarne, krystalicze smugi na ciele, kreując, jakby nieokrzesany obraz na jej bladym policzku, dłoniach.... prawie wszędzie. Uśmiech, który tak dobrze znał, znikł. Pamiętał, jak byle jakim słowem rozśmieszał ją ,aż do łez szczęścia, oczy przybierały iskierki i jej twarz nabierała nieziemsko seksownych rumieńców, rozpalając zmysły Jimmy'ego. Potargane czarne włosy leżały bezwładnie na pomarańczowych noszach z logiem California. Defibrylator pikał. Pik, pik, pik. Kolorowe proste linie z każdym uderzeniem serca Cassie podskakiwała w górę, robiąc małą górkę.
-40 uderzeń na minutę. -wypowiedział stanowczo funkcjonariusz w brązowych włosach, ten, który rozmawiał z James'em
-Jest dobrze czy źle? -zapytał zatroskany Jimbo, wpatrujący się twarzyczkę Cass jednocześnie zaciskając dłoń. -Czy mam szykować się na najgorsze? -spuścił głowę i oparł czoło o piersi przyjaciółki przysłuchując się kolejnego bicia serca.
-Panie Sullivan. -przysiadł na przeciwko. -Nic Pannie Manson nie grozi. Z tego co wynika, ma słabe tętno z powodu wypłynięcia zbyt dużej ilości krwi. Uderzenie nie spowodowało większych obrażeń. Zemdlała z powodu szoku, organizm w ten sposób radzi sobie z sytuacją. W szpitalu zostanie podłączona pod kroplówkę, dostanie dodatkowo świeżą krew do swoich żył, aby uzupełnić niedobór i przeprowadzimy badania czy nic w środku organizmu nie ucierpiało na skutek zderzenia ciała z samochodem. Zrobimy dodatkowo badania krwi, taki standard. -odparł mężczyzna
-Dlaczego zdarzają się takie wypadki? -zapytał James wtulając swoją twarz w ciało Cass.
Funkcjonariusz miał właśnie odpowiedzieć na pytanie wytatuowanego mężczyzny, który wydawał się jakby nie był duchem w tym miejscu pozostawiając swoje ciało. Widział ból, czuł go. Chciał pomóc temu człowiekowi, podnieść go na duchu, próbował w myślach wydukać jakieś sensowne i mądre zdanie, które jednocześnie da wskazówkę i rozweseli dając tą małą iskierkę nadziei. Wysoki mężczyzna przerwał mu namysły nad doborem zdań.
-Dlaczego musiało spotkać to akurat ją? -powiedział James wpatrując się swoimi pełnymi smutku oczyma w funkcjonariusza. -Po cholerę? Powinienem być na jej miejscu. -podniósł się i spojrzał na twarz Cassie. -To ja miałem tu leżeć. To ja mam umierać, nie Ona. -wyznał Jimmy odwracając się w stronę szyby.
-Proszę, nie mów tak. Rozumiem jak się czujesz. -powiedział
-Gówno wiesz! -ryknął James jednocześnie odwracając się do mężczyzny. -Ona działa na mnie jak pieprzony narkotyk! - emocje nad James wzięły górę i rozpłakał się. -To jest jakieś chore! -trzymał się za głowę, a łzy zrobiły już małą kałuże przy butach Jimbo. -Co się ze mną dzieję?! Do diabła! Wszystko się pieprzy! -szlochał.
-Co się tam dzieje Dean? -zapytał mężczyzna za kierownicą.
-Kieruj a nie pytaj. Kiedy u licha dojedziemy do tego szpitala? Wleczesz się jak jakiś ślimak! -warknął
-Zluzuj lejce Dean, za pięć minut. -odparł.
-Proszę, pośpiesz się. -wydukał Rev
-Dziesięć lat temu wydarzył się wypadek samochodowy na szerokiej drodze w Wirginii. Asfalt został dopiero rozlany, więc wszyscy jak te mrówki do słodkiego prowadziły swe ciała, aby zbadać ten bardzo apetyczny i nieznany obiekt. -odparł z lekkim rozbawieniem i przekręcił się na krześle szukając wygodnej pozycji. -Moja siostra Anna poszła na przyjęcie z Lucas'em. -warknął wspominając chłopaka. -Był piękny wieczór, gwiazdy mrugały na ciemnym niebie, coś cudownego. Lucas towarzyszył mojej siostrze na imprezie, bo ja nie mogłem, akurat wtedy miałem drugą zmianę. Lucas'owi znudziło się na przyjęciu i zabrał Annę do samochodu. Chciał zaimponować mojej siostrze jeżdżąc o trzeciej w nocy z pasa na pasa...-zamilkł. -Uderzył w nich samochód, zderzenie czołowe. Zostałem przydzielony do uratowania mojej siostry i tego dupka u którego wykryto alkohol... Miałem jej krew na swoich dłoniach, ciało na swoich barkach, dusza już nie gościła w jej ciele. Wypowiedziała tylko "Kocham Cię Brat, i przepraszam, że Cię nie posłuchałam". -wypowiedział z łamiącym głosem. -Zmarła momentalnie po tych ostatnich słowach, Lucas przeżył i już nigdy nie pokazał mi się na oczy. -odparł przyciszonym głosem. -Wiem co czujesz, ale Panna Manson jest silna, jej organizm walczy -spojrzał na James'a oczami pełnymi zadumy.
-Dean, ja mieszkam z jakimś plastikiem. Całowałem ją, pieprzyłem, nie kochałem. Stałem się jakimś pieprzonym dupkiem. -wydukał przełykając łzy
-Nie mów tak...
-James Sullivan. -przewidział pytanie
-Nie mów tak James, pogubiłeś się. Jesteś jeszcze młody na stare lata będziesz się z tego śmiał, pijąc piwko przy kominku w świątecznym wieczorze, mając u boku gromadkę hałaśliwych dzieci i piękną żonę. -spojrzał wymownie w stronę kobiety.
-Ona od początku mówiła, że Alice Bird nie jest dla mnie, że nic z tego nie będzie i ucierpię na tym. Nie myliła się. A ja co?- zapytał teatralnym głosem. -Zachowałem się jak jakiś dupek, zamknąłem przed jej nosem drzwi i powiedziałem, że nie jest moją przyjaciółką, dupek, dupek, dupek! -szlochał jeszcze bardziej. -Okazałem się zwykłą świnią, chciałbym, aby otworzyła oczy i popatrzała na mnie tymi zielonymi pięknymi oczami. -wyznał i wziął za rękę Cassie. -Wybacz mi, proszę. -odparł muskając ustami jej dłoń.
-James, wszystko będzie dobrze. -poklepał go po ramieniu. -Nie obwiniaj się za to wszystko, rozumiesz? Masz starać się, troszczyć jak wyjdzie ze szpitala. -uśmiechnął się, a Rev odwzajemnij uśmiech. -Nie ma co płakać, uśmiechnij się i bądź przy niej, kobiety muszą czuć się bezpiecznie przy facecie, przytulać, całować, mieć oparcie w trudnych sytuacjach... resztę rzeczy poznasz z czasem. -powiedział Dean i przygotowywał sprzed, aby Cassie mogła wejść do szpitala gładko i szybko.
-Dzięki Dean, jesteś w porządku. Pierwszy raz wyznałem takie coś osobie, którą ledwo znam, dzięki, że mnie wysłuchałeś. -uśmiechnął się szczerze.
-Nie ma za co James -odwzajemnił uśmiech i poklepał po raz kolejny po ramieniu Jimbo. -Dobrze ci radzę, trzymaj się tej kobiety.
-Nie ma innej opcji, dzięki. -wyszczerzył się, wycierając oczy rękawem.
-Jesteśmy na miejscu Dean! -ryknął kierowca.
-Pomogę. -odparł zatroskany Jimmy.
Rev wiedział jak pomóc Dean'owi tak, aby mu nie przeszkadzać w pracy. Pamiętał to z filmów akcji, serialów medycznych, najróżniejszych źródeł, nawet, że szkoły. Otworzył drzwi rozszalałej karetki, której czerwona światło odbijało się o ściany szpitala i zobaczył kilku piętrowy budynek koloru szarego i chyba zielonego, późna pora robiła swoje. Przed budynkiem wielkie lampy rozświetlały podjazd dla karetek i samochodów ludzi, którzy odwiedzali chorych. Wokół ławeczki, ładnie ścięty trawnik a sam budynek oświetlony kilkoma lampkami, które znajdowały się na ścianach budynku. Wielkie i małe okienka z zasłonami, drzwi wejściowe, ogromne. Dean rozłożył noszę w taki pseudo wózek i ruszyli wprost do budynku. Jimmy miał za zadanie dopilnować, aby defibrylator nie upadł na ziemie, lecz priorytetem było sprawdzenie czy bicie serca Cassie nie ustało.
Po przekroczeniu progu szpitala każdy zdrowy na umyśle człowiek powiedziałby, że nie lubi przebywać w szpitalach, ponieważ czuję tam śmierć. James nie czuł śmierci, tylko przytłaczający smutek wylewający się z pomieszczeń chorych tonami, litrami wszystkimi najwyższymi miarami. Depresja doprowadzająca do rozszalałego amoku, desperacja co zrobić? ja umrę? -pytania chorych ciągnęły się w nieskończoność jak ilość mnożących się trumn dla ludzi którzy nie wytrzymali tego wszechogarniającego bólu. Pisane ostatnich listów pożegnalnych zaczynające się "Dear, whatever". Słowa które pogrążają ludzi w jeszcze większym smutku, uświadamiając sobie co działo się w umyśle samobójcy. Zrozumieli, że już nie zobaczą uśmiechu, głosu rozbrzmiewającego w pomieszczeniach, swojej bliskiej osoby. Wiele osób nie rozumie dlaczego ludzie popełniają samobójstwa. Zadają sobie pytania: Po co? Dlaczego? Przecież Bóg dał nam życie, abyśmy trwali na ziemi. Są też osoby które negatywnie myślą i mówią o osobach które zmarły: Idiota! Debil! Zamiast poprosić o pomoc to się #$%^&* zabił!. Rozumowanie niektórych ludzi dobija jednostki jeszcze racjonalnie myślących ludzi. Chcąc lub nie chcąc każdy myślał o samobójstwie, nawet Jimmy...
-Hej, James... -powiedział Dean budząc z rozmyśleń Jimbo
-Przepraszam, zamyśliłem się. -wydukał łapiąc łapczywie powietrze.
-Teraz jesteśmy na parterze, kierujemy się do sali numer 15, tam lekarz rozpatrzy natychmiastowo stan Panny Manson. -powtórzył stanowczo.
-Dobrze. -spuścił głowę pilnując tętna Cassie.
Cass, taka piękna krucha osóbka nie pasowała do tego całego towarzystwa w szpitalu. Wokół ludzie kulejący z kroplówką przy sobie, osoby w podeszłym wieku zmierzające prostą drogą na ścięcie. Ona była młoda, utalentowana, wspaniała, oddana przyjaciołom, życie zrobiło jej wielkie świństwo. Leżała na noszach, bez uśmiechu, bez cienia wątpliwości, że może stać się najgorsze.
Pomieszczenia które mijali były całe oblężone przez schorowane, pół żywe osoby. Korytarz cały biały prócz podłogi, błękitna posadzka kreowała jakby "niebo na ziemi". Wszystko pedantyczne, aż przeraźliwe. 50 metrów dalej znajdowały się drzwi z wyświetlonym na czerwono numerkiem "15".
-James zostań tutaj, tylko personel ma prawo przebywać w tej sali. -powiedział Dean układając defibrylator na kolanach Cassie.
-Rozumiem. -usiadł na krześle z obojętną miną wpatrując się w swoje buty. -Podobno nadzieja umiera ostatnia... -mruknął do siebie.
-Przestań gadać głupoty Melanie, to nie twoja wina i nie płacz bo to Ci nic nie da, maleńka. -przygarnął ją do siebie w łóżku.
-Johnny, myślisz, że nic jej nie będzie? -zapytała wtulając się do jego torsu.
-Wątpię, że coś się stanie słonko, dobranoc. -pocałował ją w czółko.
-Masz rację Christ, stało się, nawaliłam i teraz muszę przeczekać tą burzę bo nic nie zdziałam. Kocham Cię -musnęła jego usta i zasnęła.
-Dobranoc, maleńka.
Kolejny nieprzespany dzień...
Piosenka...
Kilka godzin wcześniej...
Droga ustąpiła, jak morze w Biblii pod wezwaniem Mojżesza. Wszystko dookoła trwało w rytmie ryciu syreny, którą kierował funkcjonariusz z pokerową twarzą -godną podziwu. Każda sekunda mijała, jak jeden rok, która przemieszcza się jak ślimak. Zostaje przejechany i kończy swój żywot na rozgrzanym betonie przez przejeżdzające samochody bez jakiegokolwiek celu. Jechać by jechać. Byle by szybko i bez przeszkód dotrzeć do miejsca obiecanego z fałszywym uśmiechem u boku.
James wpatrywał się w zamknięte oczy Cassie, takie kruche, delikatne bez prawie żadnej skazy. Prawie. Krew, czerwona jak dorodne widno rozbryzgane na ciele przyjaciółki. Ciecz zastygła, tworząc czarne, krystalicze smugi na ciele, kreując, jakby nieokrzesany obraz na jej bladym policzku, dłoniach.... prawie wszędzie. Uśmiech, który tak dobrze znał, znikł. Pamiętał, jak byle jakim słowem rozśmieszał ją ,aż do łez szczęścia, oczy przybierały iskierki i jej twarz nabierała nieziemsko seksownych rumieńców, rozpalając zmysły Jimmy'ego. Potargane czarne włosy leżały bezwładnie na pomarańczowych noszach z logiem California. Defibrylator pikał. Pik, pik, pik. Kolorowe proste linie z każdym uderzeniem serca Cassie podskakiwała w górę, robiąc małą górkę.
-40 uderzeń na minutę. -wypowiedział stanowczo funkcjonariusz w brązowych włosach, ten, który rozmawiał z James'em
-Jest dobrze czy źle? -zapytał zatroskany Jimbo, wpatrujący się twarzyczkę Cass jednocześnie zaciskając dłoń. -Czy mam szykować się na najgorsze? -spuścił głowę i oparł czoło o piersi przyjaciółki przysłuchując się kolejnego bicia serca.
-Panie Sullivan. -przysiadł na przeciwko. -Nic Pannie Manson nie grozi. Z tego co wynika, ma słabe tętno z powodu wypłynięcia zbyt dużej ilości krwi. Uderzenie nie spowodowało większych obrażeń. Zemdlała z powodu szoku, organizm w ten sposób radzi sobie z sytuacją. W szpitalu zostanie podłączona pod kroplówkę, dostanie dodatkowo świeżą krew do swoich żył, aby uzupełnić niedobór i przeprowadzimy badania czy nic w środku organizmu nie ucierpiało na skutek zderzenia ciała z samochodem. Zrobimy dodatkowo badania krwi, taki standard. -odparł mężczyzna
-Dlaczego zdarzają się takie wypadki? -zapytał James wtulając swoją twarz w ciało Cass.
Funkcjonariusz miał właśnie odpowiedzieć na pytanie wytatuowanego mężczyzny, który wydawał się jakby nie był duchem w tym miejscu pozostawiając swoje ciało. Widział ból, czuł go. Chciał pomóc temu człowiekowi, podnieść go na duchu, próbował w myślach wydukać jakieś sensowne i mądre zdanie, które jednocześnie da wskazówkę i rozweseli dając tą małą iskierkę nadziei. Wysoki mężczyzna przerwał mu namysły nad doborem zdań.
-Dlaczego musiało spotkać to akurat ją? -powiedział James wpatrując się swoimi pełnymi smutku oczyma w funkcjonariusza. -Po cholerę? Powinienem być na jej miejscu. -podniósł się i spojrzał na twarz Cassie. -To ja miałem tu leżeć. To ja mam umierać, nie Ona. -wyznał Jimmy odwracając się w stronę szyby.
-Proszę, nie mów tak. Rozumiem jak się czujesz. -powiedział
-Gówno wiesz! -ryknął James jednocześnie odwracając się do mężczyzny. -Ona działa na mnie jak pieprzony narkotyk! - emocje nad James wzięły górę i rozpłakał się. -To jest jakieś chore! -trzymał się za głowę, a łzy zrobiły już małą kałuże przy butach Jimbo. -Co się ze mną dzieję?! Do diabła! Wszystko się pieprzy! -szlochał.
-Co się tam dzieje Dean? -zapytał mężczyzna za kierownicą.
-Kieruj a nie pytaj. Kiedy u licha dojedziemy do tego szpitala? Wleczesz się jak jakiś ślimak! -warknął
-Zluzuj lejce Dean, za pięć minut. -odparł.
-Proszę, pośpiesz się. -wydukał Rev
-Dziesięć lat temu wydarzył się wypadek samochodowy na szerokiej drodze w Wirginii. Asfalt został dopiero rozlany, więc wszyscy jak te mrówki do słodkiego prowadziły swe ciała, aby zbadać ten bardzo apetyczny i nieznany obiekt. -odparł z lekkim rozbawieniem i przekręcił się na krześle szukając wygodnej pozycji. -Moja siostra Anna poszła na przyjęcie z Lucas'em. -warknął wspominając chłopaka. -Był piękny wieczór, gwiazdy mrugały na ciemnym niebie, coś cudownego. Lucas towarzyszył mojej siostrze na imprezie, bo ja nie mogłem, akurat wtedy miałem drugą zmianę. Lucas'owi znudziło się na przyjęciu i zabrał Annę do samochodu. Chciał zaimponować mojej siostrze jeżdżąc o trzeciej w nocy z pasa na pasa...-zamilkł. -Uderzył w nich samochód, zderzenie czołowe. Zostałem przydzielony do uratowania mojej siostry i tego dupka u którego wykryto alkohol... Miałem jej krew na swoich dłoniach, ciało na swoich barkach, dusza już nie gościła w jej ciele. Wypowiedziała tylko "Kocham Cię Brat, i przepraszam, że Cię nie posłuchałam". -wypowiedział z łamiącym głosem. -Zmarła momentalnie po tych ostatnich słowach, Lucas przeżył i już nigdy nie pokazał mi się na oczy. -odparł przyciszonym głosem. -Wiem co czujesz, ale Panna Manson jest silna, jej organizm walczy -spojrzał na James'a oczami pełnymi zadumy.
-Dean, ja mieszkam z jakimś plastikiem. Całowałem ją, pieprzyłem, nie kochałem. Stałem się jakimś pieprzonym dupkiem. -wydukał przełykając łzy
-Nie mów tak...
-James Sullivan. -przewidział pytanie
-Nie mów tak James, pogubiłeś się. Jesteś jeszcze młody na stare lata będziesz się z tego śmiał, pijąc piwko przy kominku w świątecznym wieczorze, mając u boku gromadkę hałaśliwych dzieci i piękną żonę. -spojrzał wymownie w stronę kobiety.
-Ona od początku mówiła, że Alice Bird nie jest dla mnie, że nic z tego nie będzie i ucierpię na tym. Nie myliła się. A ja co?- zapytał teatralnym głosem. -Zachowałem się jak jakiś dupek, zamknąłem przed jej nosem drzwi i powiedziałem, że nie jest moją przyjaciółką, dupek, dupek, dupek! -szlochał jeszcze bardziej. -Okazałem się zwykłą świnią, chciałbym, aby otworzyła oczy i popatrzała na mnie tymi zielonymi pięknymi oczami. -wyznał i wziął za rękę Cassie. -Wybacz mi, proszę. -odparł muskając ustami jej dłoń.
-James, wszystko będzie dobrze. -poklepał go po ramieniu. -Nie obwiniaj się za to wszystko, rozumiesz? Masz starać się, troszczyć jak wyjdzie ze szpitala. -uśmiechnął się, a Rev odwzajemnij uśmiech. -Nie ma co płakać, uśmiechnij się i bądź przy niej, kobiety muszą czuć się bezpiecznie przy facecie, przytulać, całować, mieć oparcie w trudnych sytuacjach... resztę rzeczy poznasz z czasem. -powiedział Dean i przygotowywał sprzed, aby Cassie mogła wejść do szpitala gładko i szybko.
-Dzięki Dean, jesteś w porządku. Pierwszy raz wyznałem takie coś osobie, którą ledwo znam, dzięki, że mnie wysłuchałeś. -uśmiechnął się szczerze.
-Nie ma za co James -odwzajemnił uśmiech i poklepał po raz kolejny po ramieniu Jimbo. -Dobrze ci radzę, trzymaj się tej kobiety.
-Nie ma innej opcji, dzięki. -wyszczerzył się, wycierając oczy rękawem.
-Jesteśmy na miejscu Dean! -ryknął kierowca.
-Pomogę. -odparł zatroskany Jimmy.
Rev wiedział jak pomóc Dean'owi tak, aby mu nie przeszkadzać w pracy. Pamiętał to z filmów akcji, serialów medycznych, najróżniejszych źródeł, nawet, że szkoły. Otworzył drzwi rozszalałej karetki, której czerwona światło odbijało się o ściany szpitala i zobaczył kilku piętrowy budynek koloru szarego i chyba zielonego, późna pora robiła swoje. Przed budynkiem wielkie lampy rozświetlały podjazd dla karetek i samochodów ludzi, którzy odwiedzali chorych. Wokół ławeczki, ładnie ścięty trawnik a sam budynek oświetlony kilkoma lampkami, które znajdowały się na ścianach budynku. Wielkie i małe okienka z zasłonami, drzwi wejściowe, ogromne. Dean rozłożył noszę w taki pseudo wózek i ruszyli wprost do budynku. Jimmy miał za zadanie dopilnować, aby defibrylator nie upadł na ziemie, lecz priorytetem było sprawdzenie czy bicie serca Cassie nie ustało.
Po przekroczeniu progu szpitala każdy zdrowy na umyśle człowiek powiedziałby, że nie lubi przebywać w szpitalach, ponieważ czuję tam śmierć. James nie czuł śmierci, tylko przytłaczający smutek wylewający się z pomieszczeń chorych tonami, litrami wszystkimi najwyższymi miarami. Depresja doprowadzająca do rozszalałego amoku, desperacja co zrobić? ja umrę? -pytania chorych ciągnęły się w nieskończoność jak ilość mnożących się trumn dla ludzi którzy nie wytrzymali tego wszechogarniającego bólu. Pisane ostatnich listów pożegnalnych zaczynające się "Dear, whatever". Słowa które pogrążają ludzi w jeszcze większym smutku, uświadamiając sobie co działo się w umyśle samobójcy. Zrozumieli, że już nie zobaczą uśmiechu, głosu rozbrzmiewającego w pomieszczeniach, swojej bliskiej osoby. Wiele osób nie rozumie dlaczego ludzie popełniają samobójstwa. Zadają sobie pytania: Po co? Dlaczego? Przecież Bóg dał nam życie, abyśmy trwali na ziemi. Są też osoby które negatywnie myślą i mówią o osobach które zmarły: Idiota! Debil! Zamiast poprosić o pomoc to się #$%^&* zabił!. Rozumowanie niektórych ludzi dobija jednostki jeszcze racjonalnie myślących ludzi. Chcąc lub nie chcąc każdy myślał o samobójstwie, nawet Jimmy...
-Hej, James... -powiedział Dean budząc z rozmyśleń Jimbo
-Przepraszam, zamyśliłem się. -wydukał łapiąc łapczywie powietrze.
-Teraz jesteśmy na parterze, kierujemy się do sali numer 15, tam lekarz rozpatrzy natychmiastowo stan Panny Manson. -powtórzył stanowczo.
-Dobrze. -spuścił głowę pilnując tętna Cassie.
Cass, taka piękna krucha osóbka nie pasowała do tego całego towarzystwa w szpitalu. Wokół ludzie kulejący z kroplówką przy sobie, osoby w podeszłym wieku zmierzające prostą drogą na ścięcie. Ona była młoda, utalentowana, wspaniała, oddana przyjaciołom, życie zrobiło jej wielkie świństwo. Leżała na noszach, bez uśmiechu, bez cienia wątpliwości, że może stać się najgorsze.
Pomieszczenia które mijali były całe oblężone przez schorowane, pół żywe osoby. Korytarz cały biały prócz podłogi, błękitna posadzka kreowała jakby "niebo na ziemi". Wszystko pedantyczne, aż przeraźliwe. 50 metrów dalej znajdowały się drzwi z wyświetlonym na czerwono numerkiem "15".
-James zostań tutaj, tylko personel ma prawo przebywać w tej sali. -powiedział Dean układając defibrylator na kolanach Cassie.
-Rozumiem. -usiadł na krześle z obojętną miną wpatrując się w swoje buty. -Podobno nadzieja umiera ostatnia... -mruknął do siebie.
-Przestań gadać głupoty Melanie, to nie twoja wina i nie płacz bo to Ci nic nie da, maleńka. -przygarnął ją do siebie w łóżku.
-Johnny, myślisz, że nic jej nie będzie? -zapytała wtulając się do jego torsu.
-Wątpię, że coś się stanie słonko, dobranoc. -pocałował ją w czółko.
-Masz rację Christ, stało się, nawaliłam i teraz muszę przeczekać tą burzę bo nic nie zdziałam. Kocham Cię -musnęła jego usta i zasnęła.
-Dobranoc, maleńka.
Kolejny nieprzespany dzień...
Leżała pod aparaturą podtrzymującą jej życie, pewnie wtedy czuła wieczne ukojenie. Nie musiała myśleć teraz nad tymi wszystkimi problemami, które były teraz wokół niej. Dlaczego ją to dopadło? Może dlatego, że tego pragnęła od dnia, gdy wszyscy byli tak cholernie szczęśliwi? Chciała... tego chodź drasnąć, musnąć, te nieznane uczucie. Kiedyś zakochała się w Max'ie, kawał dupka. Wszystko było jednym żartem dla Max'a, lecz dla Casie wręcz przeciwnie. Otworzyła się i dostała porządnego kopniaka w tyłek. Rozkochał ją w sobie...
5 lat wcześniej... 17 l.
-O Boże ja więcej nie wypiję. -zaśmiewała się do łez towarzysząca Cass, Melanie.
-Hahah! Ja pocisnę jeszcze trochę! -wlałam w siebie kolejną szklankę bursztynowego trunku.
Impreza trwałą w najlepsze. Stado znanych, miej znanych i w ogóle nie znanych ludzi bawiło się, piło, wygłupiało, szczęście rozniosło cały dom w której odbyła się impreza, oprócz jednego pomieszczenia...
-Jestem zmęczona, miałam dzisiaj ciężki dzień, miało mnie w ogóle nie być na tej imprezie, bajo. -pożegnałam się i na przekór przewróciłam się.
-Chodź maleńka, zaprowadzą Cię. -powiedział blond włosy chłopak, Max.
-Dzięki -wydukałam.
Położyłam się do wygodnego łóżeczka, które znajdowało się w małym pomieszczeniu. Szare ściany, sufit czerwony, łóżko mogłoby pomieścić z dziesięć osób na krzyż. Zamknął drzwi od środka kluczem i włożył je sobie do gatek. Zaczęło się od niewinnych pocałunków, nie prowokowałam go. Max zaczął błądzić po moim zmęczonym ciele, włożył ręce pod koszulkę. Odepchnęłam go delikatnie.
-Nie... Max... Przestań. -powiedziałam stanowczo.
Nie przestawał, wręcz nasilił swoje świńskie rzeczy. Odepchnęłam go, tym razem mocniej.
-Przestań!- krzyknęłam z całej siły, on stał się jeszcze bardziej natarczywy.
Uderzyłam go w twarz, oddał... Zdruzgotana podbiegłam do drzwi i nacisnęłam klamkę, okazały być się zamknięte. Max popchnął mnie na łóżko i zaczął rozbierać. Pod wpływem alkoholu miałam zwolnioną reakcję, na dodatek byłam zmęczona po pracy w studiu tatuażu. Rozerwał bluzkę i wpił się w moje piersi. Uderzyłam go z całej siły w gębę. Nic to nie dało, więc zaczęłam krzyczeć, szarpać się. Wybuchłam płaczem.
-Teraz jesteś tylko moja, będę Cię rżnął, aż umrzesz, rozumiesz Cassie? -wydukał obleśnie patrząc w moje załzawione oczy.
Po tych słowach uderzyłam go ponownie w twarz i w kroczę, nie zareagował. Nie dałam rady jego mięśniom, masy ciała, byłam na straconej pozycji... Na błogosławieństwo, ktoś zaczął dobijać się do drzwi, zaczęłam resztkami siły krzyczeć.
-Powinnaś krzyczeć Maaaaaaax! -ryknął i włożył swoje ręce do moich majtek. Nie zauważył jak drzwi rozstąpiły się. Stała w nich Melanie i Jack. Chłopak odepchnął Max'a i zaczął okładać go pięściami, Melanie podbiegła do mnie, otuliła kołdrą, przytuliła i zaczęła płakać...
5 lat wcześniej... 17 l.
-O Boże ja więcej nie wypiję. -zaśmiewała się do łez towarzysząca Cass, Melanie.
-Hahah! Ja pocisnę jeszcze trochę! -wlałam w siebie kolejną szklankę bursztynowego trunku.
Impreza trwałą w najlepsze. Stado znanych, miej znanych i w ogóle nie znanych ludzi bawiło się, piło, wygłupiało, szczęście rozniosło cały dom w której odbyła się impreza, oprócz jednego pomieszczenia...
-Jestem zmęczona, miałam dzisiaj ciężki dzień, miało mnie w ogóle nie być na tej imprezie, bajo. -pożegnałam się i na przekór przewróciłam się.
-Chodź maleńka, zaprowadzą Cię. -powiedział blond włosy chłopak, Max.
-Dzięki -wydukałam.
Położyłam się do wygodnego łóżeczka, które znajdowało się w małym pomieszczeniu. Szare ściany, sufit czerwony, łóżko mogłoby pomieścić z dziesięć osób na krzyż. Zamknął drzwi od środka kluczem i włożył je sobie do gatek. Zaczęło się od niewinnych pocałunków, nie prowokowałam go. Max zaczął błądzić po moim zmęczonym ciele, włożył ręce pod koszulkę. Odepchnęłam go delikatnie.
-Nie... Max... Przestań. -powiedziałam stanowczo.
Nie przestawał, wręcz nasilił swoje świńskie rzeczy. Odepchnęłam go, tym razem mocniej.
-Przestań!- krzyknęłam z całej siły, on stał się jeszcze bardziej natarczywy.
Uderzyłam go w twarz, oddał... Zdruzgotana podbiegłam do drzwi i nacisnęłam klamkę, okazały być się zamknięte. Max popchnął mnie na łóżko i zaczął rozbierać. Pod wpływem alkoholu miałam zwolnioną reakcję, na dodatek byłam zmęczona po pracy w studiu tatuażu. Rozerwał bluzkę i wpił się w moje piersi. Uderzyłam go z całej siły w gębę. Nic to nie dało, więc zaczęłam krzyczeć, szarpać się. Wybuchłam płaczem.
-Teraz jesteś tylko moja, będę Cię rżnął, aż umrzesz, rozumiesz Cassie? -wydukał obleśnie patrząc w moje załzawione oczy.
Po tych słowach uderzyłam go ponownie w twarz i w kroczę, nie zareagował. Nie dałam rady jego mięśniom, masy ciała, byłam na straconej pozycji... Na błogosławieństwo, ktoś zaczął dobijać się do drzwi, zaczęłam resztkami siły krzyczeć.
-Powinnaś krzyczeć Maaaaaaax! -ryknął i włożył swoje ręce do moich majtek. Nie zauważył jak drzwi rozstąpiły się. Stała w nich Melanie i Jack. Chłopak odepchnął Max'a i zaczął okładać go pięściami, Melanie podbiegła do mnie, otuliła kołdrą, przytuliła i zaczęła płakać...
Szpital, trzy dni później....
Wszyscy byli poddenerwowani, chodzili w kółko lub siedzieli na miejscach wtulając się nawzajem. Melanie otulona ramionami męża wyczekiwała chwili, gdy lekarz przyjdzie i powie "Moi Drodzy! Wasza przyjaciółka się przebudziła, jej stan poprawił się diametralnie! Za pół godziny możecie się z nią zobaczyć". To tylko cholerne marzenie na tę chwilę.
-Tak chciałabym zobaczyć buzie Cassie. -powiedziała Melanie wtulając swoją twarz w cieplutką kurtkę Johnny'ego
-Wszystko będzie dobrze, kochanie. -wzmocnił uścisk. -Na pewno będzie dobrze, piękna.
Brian siedział przy Jimmy'm i rozmawiali o tym co się działo przez ostatnie czasy. Nikt nie słyszał ich rozmowy, bardzo dobrze. Mat wraz z Valary i Zacky z Geną ,siedzieli w otaczającej ich ciszy. Wszystko by oddali, aby zobaczyć teraz Cassie w pokoju w którym się znajduję, ale stan jest na tyle poważny, że to tylko marzenie. Ze wszystkich przemyśleń przyjaciół wyczekujących na dobre wiadomości, na przekór zaczęła pikać aparatura, do której była przypięta Cass. Wszyscy momentalnie zaczęli zbierać się z krzeseł, ten głos był najgorszym sygnałem w szpitalu. Śmierć właśnie rozbrzmiewa swą chorą melodię.
-Co się dzieję do cholery? Nikt z was, lekarzy, nie podał stanu Cassie!- zapytał Jimmy przechodzącego obok lekarza.
-Przepraszam, nie teraz. - odparł spokojnie lekarz z siwimy włosami.
James zabrał lekarza za szmaty i potrząsnął nim.
-Co się dzieje z moją... przyjaciółką? Nie dostałem żadnych wyników! Żadnych -odparł zdenerwowany -Chcę poznać jej stan, czy ma coś we krwi, czy ma uszkodzony organizm! Cokolwiek!. Do cholery Wy nic tu nie robicie! Nic! -krzyknął
-Stan Panny Manson pogorszył się, musicie szykować się na najgorsze. Zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby uratować waszą przyjaciółkę. Przepraszam, ale muszę jej pomóc. Proszę mnie puścić.
-Przepraszam -powiedział James zostawiając w spokoju lekarza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Odcinek pisany od samego powstania blogu, dziś przeprowadziłam kosmetyczne poprawki