wtorek, 27 listopada 2012

08. True



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Każda uliczka była umalowana zachodzącym już słońcem. Ludzie uciekali do swych ciepłych domów przed okrutną pustoszącą ulicę, nocą... Całe towarzystwo ucichło. Tę ciszę rozrywały dźwięki mojego ukochanego zespołu Pantera.  Dźwięki zmysłowych gitar prawie mnie u spały...

No one knows what's done id done
it's as if he were dead

He ass hollow as i alone
a shed of my friend just flesh bones
there's no sul he sees no love
i shake my fists at skies above
mad at god 

 Poczułam na moim zimnym jak lód policzku pojedynczą łzę, która przemierzała beztrosko zmierzając na drogą sukienkę. Wspomnienia wróciły. Każdy cholerny uśmiech, śmiech, zdarzenie! Ratując sytuację rozbrzmiał teraz Slayer! Raining Blood. Kocham i ubóstwiam ten zespół! Pamiętam jak byłam na ich koncercie i akurat zostałam wybrana, żeby zagrać na jakimś instrumencie przez zwykły przypadek...
     ,,-No to kto z was chciałby zagrać z nami? -wydarł się Tom.
Rozbrzmiał teraz dziki krzyk całego tłumu wiernych fanów strych i młodych, frajerów i cwaniaków. Pogo nadal rozbrzmiewało na środku sali, nawet bez dźwięku, melodyjnych i ostrych riffów, stopy perkusji, ważne było to co jest "tu i teraz, reszta nie ma sensu" ulubiony zespół dawał tą satysfakcję i nietykalność. Zaszczyt, że można być w tej samej sali co wspaniali ludzie, ich nie można porównywać do ludzi -bóstwo- to najlepsze określenie. 
 Rozglądałam się dookoła przyglądając się małolatą. Jedna z nich troszkę grubsza. No nie czarujmy się, była gruba jak słoń, sadło rozlewało się jak cholera na wszystkie strony. Ściągała teraz koszulkę i rzuciła stanik. Do teraz mam uraz. Haha nie trafiła w żadnego z członków zespołów. Stanik upadł dwa lub trzy metry przed nią, miałam taką pompę z tego wyczynu. Nie mam nic do otyłych ludzi, lecz jak wypiło się "troszkę" w samotności... Chciałam się urwać od tej rzeczywistości. Pieprzony Książkę Dupków Jimmy! Znalazł sobie pannę Barbie i się lansuję. Ta suka rozkochała go w sobie i zdradza! Widziałam to, ale Sullivan mi nie wierzy, powiedział mi: "Cassie, przestań! Mam tego dosyć! Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, ale się myliłem. Alice jest dla mnie wszystkim. Kocham ją! Nic nie mów Cassie proszę wyjdź... nie wracaj, proszę" Zamknął mi przed nosem drzwi, świnia! Po cholerę o nim myślę? Jestem teraz na koncercie Slayer'a! Jak jeszcze mieszkałam w Polsce, darłam gardło "Slayer Kurwa!!!" Kolega z dawnych lat zrobił mi kiedyś zdjęcie jak się drę. Piękne czasy. Ze wspomnień wyrwał mnie głos dochodzący ze sceny.
-To kto by chciał zagrać z Nami? -powiedział Araya rozglądając się wokół sali, patrząc na las rąk, jak z jakiegoś horroru o zombie. -Chłopaki kogo wybrać? Jest w cholerę chętnych! -odparł i spojrzał do tyłu.
Pod wpływem nacisku pogo barierki nie wytrzymały i upadłam pod samiutką sceną. 
-No to może ta urocza piękność nam coś zagra?
   Nie mogłam zaprotestować, dwa "Koksy" złapali mnie za ramiona i przerzucili na scenę. Czułam się jak jakiś Batman! Spiderman! Superbohater, który leci w przestworzach z taką lekkością, nieuchwytnością. To było piękne uczucie. Podniosłam wzrok, napotkałam oczy wokalisty Tom'a. 
-Jak masz na imię? -zapytał przystawiając mikrofon do mych ust.
-Cassie. -odparłam
-Na czym chciałabyś zagrać?
-Perkusja
Fala okrzyków, Zazdrosne głosy oderwały się rykiem. 
-To idź do Dave'a on tam cię poinformuję co i jak. -powiedział wskazując mi jego przyjaciela
-Okej.
Przywitałam się z każdym. Podawali ręce z takim wielkim malowniczym uśmiechem, pewnie wyćwiczony. Dave podał mi pałki. Pokazywał mi perkusję mówiąc gdzie jest stopa, co to jest werbel...
-Stop Dave. -powiedziałam a on spojrzał na mnie jak na świra. -Umiem grać na perkusji, wiem co to werbel. -powiedziałam lekko zdenerwowana.
-Po prostu wiele osób nie wie co i jak. Pchają się jak jakieś pojebusy na scenę. Nie umieją grać, a moja cudna perkusja nie może tego znieść. -pogłaskał instrument z troską. 
-Rozumiem Dave, daj pałki. -powiedziałam zasiadając przy perkusji.
-Trzymaj
Zabrałam pałki i wypróbowałam perkusję. Wielki speed stopami, bębny, werble, czułam się w swoim żywiole.
-Widzę, że moja piękność jest w dobrych rękach.
-Zagramy dla was moi zajebiści fani "Raining Bloooooooooooooooooood!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!"
Rozbrzmiały wszystkie instrumenty. Gitary idealnie współgrały z głosem Tom'a i moją grą na perkusji czcigodnego Dave'a. Nie zauważyłam jak szybko minęła ta piosenka i partia perkusyja.
-Widzicie sami, że Cassie dobrze. Nawet cholernie zajebiście dobrze idzie. -powiedział Jeff 
-Może damy naszej nowej przyjaciółce zagrać kolejny utwór. -ryknął w mikrofon Dave
-Uwaga! Uwaga! Nasz Dave proponuję, aby nasza "nowa" przyjaciółka zagrała na jego nietykalnej perkusji!!! -ryknął Jeff
-Spadaj. -powiedział Lombardo pokazując środkowy palec. -Taka piękność a w dodatku cholernie utalentowana Zawsze może grać na mojej perkusji. -odparł wskazując palcem na mnie.
-Jeśli nasza Cassie nie ma nic przeciwko. -powiedział King
Cały zespół odwrócił się w moją stronę, cały tłum dzikich fanów zaczął wykrzykiwać "Cassie", "Cassie", "Cassie" Tom podszedł do mikrofon i razem z tłumem wykrzykiwał moje imię.
-Nie mam wyboru chłopaki.- ryknęłam
-No to zaczynamy!!!!!
-Sounth of Heaveeeeeeen. -krzyknęłam do mikrofonu na co chłopaki odwrócili się i uśmiechnęli.
   Pewnie nie spodziewali się, że znam kolejną piosenka, ich wzrok był pełen zdziwienia i podziwu. Ja tylko przeczytałam tytuł piosenki zmieszczonej na kartce Dave'a. Czułam się jak ryba w wodzie zasiadając za perkusją mając w swoich bladych łapkach drewniane pałki. Uderzając wprawiałam moją pikawę w zawrotne tempo. Cały organizm szalał jak dziki pies rozrywający koty na kawały. Końcowa solówka i ma perkusja dopełniły czarną msze. To jest mój najlepszy dzień w życiu! dzięki temu rozszalałemu pogo i rozwalonej barierce!  Odstawiłam pałki na miejsce i uśmiechnęłam się sama do siebie, na tą małą chwileczkę, byłam sobą..."                

-No to jesteśmy już na miejscu.- powiedział Johnny parkując sto metrów przed klubem Blue Road.
-Czas zacząć imprezę!. -ryknął szczęśliwy Zacky wychodząc z auta.
-Cassie, chodź. -odparł Gates chwytając mnie za przegub
-Brian, co ci się tak śpieszy? -spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-Zaraz przyjdziemy chłopaki. -powiedziała Melanie całując między słowami namiętnie swojego gnoma.
-Trzymam za słowo piękna.  
Przyjaciółka przesiadła się do tyłu usiadła koło mnie. Położyła swoją dłoń na mojej i spojrzała na mnie z wielką troską malującą się w jej niebieskich ciekawskich oczach.
-To co zdarzyło się kiedyś w tym klubie, już nie będzie miało miejsca Cassie.
-Skąd wiesz?
-Cass...- nie zdążyła dopowiedzieć, przerwałam jej.
-Mam teraz na sobie sukienkę i szpilki, nie czuję się dobrze. Boję się, że każdy będzie mnie wytykać palcami, że jak ja to nie chodzę... -spuściłam głowę
-Hej piękna. -powiedziała unosząc mój podbródek na wysokość jej oczu. -Uwierz w siebie Cassie, jesteś piękną kobietą z wielkimi atutami, które nie powinnaś skrywać pod tymi szmatami.
-To nie szmaty Melanie! -powiedziałam zdenerwowana
-No dobrze. Teraz pójdziesz do tego klubu i będziesz się dobrze bawić!
-W twoim cieniu. -mruknęłam
-Co ty opowiadasz?
-Nic, chodźmy już. Mam ochotę dzisiaj wlać w siebie tonę alkoholu i ty mi w tym pomożesz Melanie. -próbowałam wyjść, ale Mel nie chciała się ruszyć.
-Posuń się.-powiedziałam -Hej Mel, przesuń się troszkę. -odparłam 
-Usiądź, proszę. -powiedziała
-Ale... Impreza... Tak nalegałaś, żeby szybko... Dobrze, siadam. -odparłam zrezygnowana.
-Co się stało parę miesięcy temu Cassie?- zapytała 
-Nie rozumiem -powiedziałam zdziwiona
-Od dwóch miesięcy coś jest nie tak. Co stało się między tobą a Jimmy'm.  Powiedz Cassie. -nalegała.
   Siedziałam teraz na tylnym siedzeniu auta, skulona. Nie chciałam o tym wspominać a tym bardziej rozmawiać. Przez ponad pięć minut słyszałam głos Melanie. Pytała mnie o James'a o wszystko co z nim związane, czemu nie odbierałam telefonów. O wszystko. Byłam teraz w innym świecie, gdzie nikogo nie było, tylko ja.
-Cassie! Powiedz wreszcie! Martwię się! Nikt nic nie wie!
-I dobrze!
-O nareszcie królewna się obudziła i coś powiedziała. -klasnęła w dłonie
-Przestań!
-Nie! Chłopaki myślą, że dlatego nie wychodzisz z domu bo grasz na perkusji! A ja sądzę wręcz inaczej! Cassie. 
-Przestań! -powiedziałam
-Nie do cholery!
-Przestań!
-Powiedz co się dzieje!
-Chcesz do cholery wiedzieć co się stało? -powiedziałam wściekła
-Tak, Cassie.
-Trzy miesiące temu Jimmy zaczął spotykać się z tą laską Alice Bird. Tą suką! -ryknęłam i zaczęłam płakać.
-Cassie... -pogłaskała mnie po ramieniu
-Chcesz wiedzieć to teraz słuchaj do cholery! Chciałaś to masz! Więc nasz przyjaciel zakochał się w tym pustaku. Z dnia na dzień ta laska grała słodką idiotkę. Więc nasz Rev'uś zakochał się w Wypindrzonej Alice! Od dnia, gdy nasz James pokochał Bird... -powiedziałam spuszczając wzrok. -Ta kurwa go zdradzała, zawsze jak bywałam w klubach siedziała i wychodziła z innym kolesiem, rozumiesz Melanie? Jimmy ją kochał z całej siły a ona dawała dupy wszędzie!!! I to właśnie dwa miesiące temu zapukałam po raz ostatni do Rev'a i powiedziałam co widziałam. Ja płakałam Mel jak to mówiłam! Bolało mnie to, że Jimmy mi nie uwierzył. Wiesz jak się czułam? Chciałam dla niego jak najlepiej... A ten dupek co zrobił? Hahaha!. Zatrzasnął drzwi przed moim nosem i powiedział, że nie chce mnie już widzieć!!! I dlatego nie otwierałam wam drzwi, bo miałam depresję! Łykałam tabletki! popijałam alkoholem! Byłam w szpitalu, ci pierdoleni lekarze mnie odratowali! 3 razy!! Temu wam nie otwierałam ponieważ nie chciałam zaburzać wam tego jebanego szczęścia!!! Jesteś teraz z siebie zadowolona doskonała Melanie? Wszystko już wiesz do cholery? Tego chciałaś? Zobaczyć moje łzy, mój ból! Mam tego dosyć!
   Otworzyłam drzwi, łzy kapały jak oszalałe, byłam wściekła. Miałam ochotę uciec i nie wrócić. Otworzyłam drzwi i wybiegłam z samochodu, nie rozglądając się w prawą bądź lewo.
-Cassie!!!! Nie!!!!
 Poczułam tylko uderzenie z prawej strony, takie kojące...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


piątek, 23 listopada 2012

07. Why?

Odcinek w stylu zapchaj dziurę.

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czułam się cholernie nieswojo na wysokich obcasach. Stąpałam powoli, jak na razie po moim domu a co zacznie się, jak wyjdę? Już to widzę. Spektakularny upadek na betonowy bruk, cała twarz zdarta i ociekająca jeszcze świeżą czerwoną krwią. Super, po prostu zajebiście!. Spojrzałam na Melanie, wyglądała pięknie, jest bardzo kobieca. Zawsze wolałam zostać w cieniu Mel, było wtedy idealnie. Żadnych zmartwień, oprócz jednego -faceci, którzy byli przy mojej przyjaciółce. Jednym już dokopałam dwa lata temu. Wolę tego nie powtarzać, teraz ma Johnny'ego i jestem szczęśliwa, że to On jest przy Niej, a nie jakiś obcy facio. Przynajmniej mam pewność, że jest w dobrych łapkach. Kolejnym pozytywem bycia w cieniu było nie zwracanie na siebie uwagi. Nikt cię nie zaczepia, bo cię nie zna.  Prosta matematyka. Mogłam zostać w moim świecie dopóki nie wychylę się z cienia długonogiej blond piękności. Te słońce mnie parzyło... Zdzierało perfidnie skórę, która okrywała moją prawdziwą osobę, tego najbardziej się bałam. Ukazanie siebie i wykorzystanie moich uczuć, niszcząc je, grając w gierki sercowe. Nigdy więcej... Przyglądałam się teraz moim butą, pewnie kosztowały fortunę, ale po skończonej imprezie oddam je, wraz z sukienką. Ta ubrania są za drogie, pewnie wyrzuciła pieniądze w błoto, żeby tylko uprzykrzyć moje nic nie warte życie, marnuję powietrze... Czułam na sobie czyjeś spojrzenia.
-No to chodźmy. -powiedział Zacky otwierając drzwi.
-Czas zacząć imprezkę!. -ryknęła cała czwórka.
Zapatrzyłam się na zachodzące już słońce, powoli zapadał zmrok, taki piękny. Lekki powiew zimnego wiatru, który wdarł się do domu przez drzwi, musnął moje blade policzki.
-Cassie chodź. Nie będziesz całą noc stać w progu drzwi!, ludzie Ciebie nie zjedzą, obiecuję. -odparł Haner lekko popychając mnie w stronę świeżego powietrza. Każąc moim nogą na zrobienie małego kroczku w przód, w nieznane...
Wyszedł zgrabnie mnie omijając i dołączył do całej zgrai uśmiechniętych, pełnych energii osobników szykujących się do imprezy. Ruszyłam po schodach jako ostatnia, wszyscy jak na przekór oparli się o samochód i wiercili we mnie swe oczka. Patrzyli na mnie, jakby pierwszy raz widzieli jakiegoś wielkiego żelka! Oni są okropni jak oni mogą? Krok za krokiem, jednak nie upadłam i nie będzie tych pięknych nagłówków na pierwszych stronicach gazet; "Cassie Mason, wyszła z mieszkania, zabiła się chodząc na szpilkach! Haha! Komedia!", "Szpilki to zło, 666! Ingerował w to szatan",pewnie by tak napisała katolicka gazeta, "Czy kobiety nie wiedzą kiedy powiedzieć STOP? C.Masson jest tego ofiarą!". Zawiał wiatr mimowolnie odsuwając moje bezwładne włosy w bok. Rozejrzałam się dookoła, cisza i spokój. Jednak ta ulica jest piękna, na swój sposób. Uśmiechnęłam się w duchu. Podeszłam do przyjaciół, którzy zamilkli. Spojrzałam na wszystkich badawczo, każda osóbka miała "iskierki" w swoich kolorowych oczach. Otworzyłam drzwi, jakby nigdy nic i usiadłam po lewej stronie, za kierowcą nic nie mówiąc. Wszyscy, gdy rozsiedli się na fotelach zaczęli dyskutować co będą pić. 
-Będę dziś pić do upadłego!. -powiedziała Mel
-Przecież ty po 0,7 nie umiesz chodzić. -zaśmiałam się
-HaHaHa! Ale śmieszne, to nie moja wina, że mam słabą głowę.
-Oj, nic nie szkodzi, ważne, że przynajmniej ją masz. -uśmiechnęłam się i spoglądałam na omijające nas drzewa, chodnik i ludzi. Myślałam teraz o wszystkim i o niczym. Pustka panująca w mojej głowie wybrzmiewała tylko jedną melodie...
-Pójdę się jeszcze ogarnąć i zaraz wracam. -powiedział Gates otwierając drzwi i pobiegł do mieszkania przebrać się. 
O już jesteśmy tak daleko. Łał szybko zleciała mi ta podróż, spojrzałam na Melanie, jej blond loki leciuteńko upadały i wspinały się ku górze pod wpływem miarowego oddechu. Samochód stał przed dużym domem z ogromnym ogrodem, cudownie. Ostatnie padające dzisiejszego dnia promienie słońca rozświetlały tajemniczą scenerię. Kwiaty chyliły się ku ziemi kłaniając się widowni zapowiadając przepiękny spektakl. Krzaki szeleściły, grały melodie do której każdy musiał się przyporządkować. Obserwowałam Briana, który stąpał z taką gracją jak Valary. O czym ja myślę? Synyster chodzi z "gracją"? jak Valary? What the fuck? Cassie weź się w garść! Z moich, jakże ciekawych i tajemniczych zarazem rozmyśleń wytrącił znajome głosiki.
-My też idziemy bo mamy u Gates'a ubrania. -powiedzieli razem Zacky i Johnny wychodząc.
-Pewnie zajmie im to miesiąc lub dwa jak dobrze pójdzie. -mruknęłam i zamknęły się drzwi samochodu.
Zapadła cisza. Wybuchłyśmy śmiechem, którego nie mogłyśmy opanować.
-Skąd Christ ma tam swoje rzeczy?. -zaśmiała się Mel
-Jedynym wytłumaczeniem jest.... -trzymałam ją w niepewności i słodkiej tajemnicy.
-Co??? No powiedz!!! -szturchnęła mnie palcem. Wypowiedziała te słowa wpatrując się we mnie tymi wielkimi niebieskimi jak morze oczami.
Usiadłam na fotelu prostując mój kręgosłup kładąc ręce na kolanach, odkaszlałam i spojrzałam na przyjaciółkę. Zauważyłam w niej ten błysk w oku, ta chęć poznania tajemnicy. Uwielbiałam trzymać ją w tej niepewności.
-Orgia. -odparłam z wielką powagą.
Patrzała na mnie jak na pacjenta z psychiatryka. Przekrzywiła głowę w bok, jej loki upadły w otchłań tlenu trzymając się jedynie skóry głowy. Przystawiła palec do swoich ponętnych ust i przewróciła tęczówkami.
-Pewnie masz rację. -rykła śmiechem.
-Wiesz Haner jest taki umięśniony. -porusza wymownie brewkami.
-Zacky ma troszkę ciałka, ale nie jest gruby!. -powiedziała.
-Na to wychodzi, że jesteś z biseksualistą. -odparłam odpinając pas i kładąc swoje blade ciało na tylnich siedziskach. Było tam tak wygodnie, materiał muskał mój policzek i nagie nogi.
-Nie za wygodnie Ci Cassie?
-Brakuję jeszcze schłodzonego w szklanej butelce heineken'a i żelków. Może spełnisz mą zachciankę Melanie?. -zapytałam wpatrując się w swoje dłonie.
-Oczywiście, już lecę!. -powiedziała rozsiadając się na fotelu. 
Po dłuższej chwili usiadłam i spojrzałam w stronę pięknego budynku należącego do Brian'a. Nie uwierzyłam w to co zobaczyłam w tej chwili.  Przetarłam swoje oczy, ale to nie był sen!, po dziesięciu minutach byli gotowi.
-Patrz Melanie, już się przebrali.
-Nie rób sobie ze mnie żartów. -spojrzała na mnie jak na idiotkę.
-Nie wierzysz to popatrz. -wspazałąm palcem troję mężczyzn podchodzących do auta.
-Nawet Gates! W dziesięć minut!. -dławiła się
-Muszę to zapisać!. -powiedziałam wyciągając telefon i stukając w klawisze napisałam notkę "Słynny Synyster Fucking Gates, w DZIESIĘĆ minut, tak Cassie w 10 minut. Przebrał się, umalował, UŁOŻYŁ włosy!!!. To jest rekord MadaFaka! BumCykCyk!! ;D
-Co ja piszę?... -wymruczałam
-No no no! Wyglądasz ślicznie Johnny. -powiedziała Mel całując jednocześnie męża.
-Dziękuję, teraz dopiero do ciebie pasuję, śliczna. -musnął jej wargi swoimi. Wskazał na sukienkę. -Nie wierze, że jesteś moją żoną Melanie. -wyszeptał jej do ucha. 
-Ja tak samo Christ. -wymruczała
Brian usiadł koło mnie, obok Zacky i tym razem Christ prowadził samochód. Ruszył na ulicę.
-Tylko nas nie zabij gnomie. -powiedział Baker
-Dosięgasz do pedałów? -zapytałam
Wszyscy wybuchnęli śmiechem i Melanie spojrzała na mnie, jakby chciała mnie zabić. Podniosłam ręce do góry w geście obrony i pokazałam język przekrzywiając głowę w bok. Brian i Zacky widząc to wpadli w jeszcze większą furię. 


Nie mógł znaleźć sobie miejsca tego dnia, szybki numerek nie jest taki zły. Zapadający już zmrok, który okryje jego sylwetkę w pięknej czerni, noc. Taka cicha, piękna i straszna zarazem. Mogła pochłonąć jego chore ambicję i zniszczyć od środka z taką nie wyobrażalną łatwością. Rozglądał się teraz po pokoju w samych bokserkach. Drewno umalowane na czarno, odziane jedynie czerwoną pościelą. Szare poduszki osadzone w wielkim nie ładzie, jedna leżała pod łóżkiem, kolejna zaś koło drzwi wejściowych do pięknie umalowanej na beżowo sypialni. Spojrzał na kobietę leżącą w jego łóżku, była naga. Jej miarowy oddech unosił jej silikonowe kształty, usta lekko rozchylone, ciało opalone, aż do pomarańczu. Zawiesił oko na tym obrazku, poczuł wszechobecne obrzydzenie widząc to. Dlaczego zniżył się do tego poziomu? Po jaką cholerę? Wyszedł z pokoju i poszedł do łazienki. Opłukał twarz lodowatą wodą, aby pobudzić swoje ciało do jakikolwiek działań. Widział w odbiciu lustra swoją twarz. Nie taką wesołą jak zawsze, wręcz odwrotnie, smutną. Wydawała się, jakby to nie była Jego twarz, żadnych oznak najmniejszego uśmiechu nie wspominając już śmiechu, stało się to dla niego zupełnie obce. Dotknął swoich policzków, zupełnie zimnych. 
-Co ta kobieta ze mną zrobiła?. -zapytał na głos samego siebie.


 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

wtorek, 13 listopada 2012

06. This is you Cassie?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
    Z daleka dom wydawał się gigantyczny. Był umalowany na szaro, weranda połyskiwała w świetle ogromnego słońca. Remont się na prawdę udał. Wszystko wyglądało tak świeżo, pięknie i uroczo. Spojrzałam w lewo i prawo, ulica ucichła. Tylko drzewa lekko ruszały swoimi gałązkami  ,jakby grały na niewidzialnym fortepianie, wystukując tajemniczą melodię płynącą z ich głębi. Postawiłam wpierw prawą stopę na ciemnym brudnym betonie ulicznym, potem lewą. Nie zdążyłam postawić kolejnego kroku... Samochód przejechał mi przed nosem. Serce zabiło jeszcze szybciej niż zazwyczaj to robiło. Krew pulsowała w mych skroni jak wezbrana rzeka w czasie powodzi. Byłam wściekła, jak można być tak nie uważnym człowiekiem?
-Co ty u licha wyprawiasz?! Kretyn! Jeździsz gorzej niż baba! -ryknęłam i pokazałam środkowy palec w stronę samochodu, lecz nawet nie zwrócił uwagi na moją osobę, nie zatrzymał się, żadnego słowa "przepraszam" Ruszyłam do domu. Otaczający krajobraz był zadziwiający, po tych trzech miesiącach nie ruszania się z domu nie zauważyłam posadzonego drzewa, który rodził kwiaty wiśni co roku. W jesieni zmienia się w różowe kwiaty, piękne. Doszłam do swojego cudownego domku. Wokół sąsiedzi mieli idealnie ścięty trawnik a u mnie trawa rosła własnym życiem, wariactwo. Wparowałam do mieszkania, poczułam wszechobecny głód. Pośpiesznie ułożyłam zakupy do szafek.  Przygotowałam naczynie żaroodporne, najróżniejsze przyprawy, ostry nóż i parę innych rzeczy. Spojrzałam przez okno, cudownie. Już nie chciałam płakać i smucić się bo jakiś "ktoś"chodzi po tej planecie. A niech nawet sobie przefarbuję włosy na blond!. Mam do w czterech literach. Chciałam jak najlepiej dla niego, nie to nie, Łaski bez. Ta Rev'a lala go zdradza, widziałam to i dostałam po ryju przez to...
-Mam to gdzieś, koniec. Od dziś ogarniam się! Muszę się Teraz zająć sobą do cholery!. -powiedziałam stanowczo do samej siebie.
Kurczaka przyprawiłam i włożyłam plasterki cytryny pod skórę. Włączyłam Slayer'a i zaczęłam pichcić. W domu było czuć wszystko, dosłownie i w przenośni. Uwielbiałam gotować, teraz mi tego trzeba. Zabrzmiało Show no Mercy, kocham. Moją egzystencję przerwał dzwonek do drzwi. Wzięłam szmatkę w kwiatki i wycierałam ręce, otworzyłam drzwi. Nie spodziewałam się.
-Cześć Cassie -ryknęła blondynka przytulając mnie
-Czuję coś pysznego. -odparł Gates całując mnie w policzek i ruszył do kuchni.
-Jeszcze nie gotowe! Nie ruszaj niczego! Hanerrrr!!! 
-Cześć Cass. -powiedzieli Zacky i Johhny razem zaśmiewając się.
-No co? Moje pyszne danie jest zagrożone -odparłam w uśmiechem i pobiegłam do kuchni.
Brian otworzył piekarnik i lustrował stworzenie, które jest w środku. Widziałam jak mu ślinka leci a oczy błyszczą.
-Mogę???. -zapytał i popatrzał na mnie jak kot ze Shrek'a, tylko brakowało kapelusza.
-Nasz Synysterek nic dzisiaj nie jadł. -odparł Zacky
-A piwo wypił. -poskarżyła się Melanie
Założyłam ręce na biodra i znacząco spojrzałam na stworzenie dobierające się do mojego kurczaka. On popatrzał na mnie.
-Eh... -pacnęłam się otwartą dłonią w czoło. -Brian! Przecież nie piję się na pusty żołądek!
Zaśmiał się.
-To mogę??? Proszę Cassie!
Pacłam go szmatką i przywołałam wszystkich do kuchni. Byłam ubrudzona i dobrze mi z tym. Było bardzo cicho, spojrzałam po wszystkich.
-Cassie organizujemy imprezę i ty musisz na niej być. -powiedziała Melanie wskazując oskarżycielsko na mnie palcem.
Też wskazałam na nią palcem i zrobiłam pokerową twarz.
-Dobrze. 
To była wojna na wzrok. Moje zielone oczka kontra sprytne błękitne tęczówki. Czułam się jak na dzikim zachodzie. Tylko brakowało pistoletów. Ciszę przerwał opętańczy śmiech chłopaków i Mel.
-Brakowało mi Ciebie Cassie. -powiedziała przytulając się do mnie. -Co się z Tobą działo? 
-Może zjemy?. -wymigałam się
Haner kwiknął, wszyscy wpadli w szał i zaczęli się śmiać. Rozłożyłam każdemu po kolei porcję. Zabraliśmy się do jedzenia, wyszło mi.
-Widzę Brian, że ci smakuję. -powiedziała Mel
-To. -wskazał na swój talerz. -To jest pyszne!!! Poproszę dokładkę Cassie. -powiedział wznosząc swój pusty talerz.
-Jeśli chcesz to sobie weź. -wskazałam żaroodporne naczynie. -Jest ostatnia porcja, więc bierz puki tam jest. -uśmiechnęłam się szczerze od bardzo dawna.
Haner rzucił, każdemu z osobna ostrzegawcze spojrzenie mówiące "Jeśli chodź spróbujesz to zabrać to się nie pokazuj na moje zajebiste oczy! Czaisz?". Wszystkich zamurowało i po pięciu sekundach pękliśmy, zaczęliśmy się śmiać. Gates nic sobie nie robiąc zabrał kurczaka i z wielkim bananem na ustach usiadł i zajadał mojego kurczaka, był to miły widok, że komuś smakuję, gdy coś przygotuję. Johnny, Zacky, Melanie i Gates szeptali coś między sobą a ja myłam naczynia. Po zakończeniu wytarłam ręce i spojrzałam na grupkę.
-Przy towarzystwie się nie szepce, moi drodzy. -powiedziałam
Melanie spojrzała na mnie.
-Cass... Wyglądasz okropnie, musiałam to powiedzieć, przepraszam. -powiedziała
-Wiem Melanie. -uśmiechnęłam się. -Przed waszym przyjściem chciałam zrobić ze sobą porządek. -odparłam wycierając stół.
-Nie o to chodzi Cassie. Po prostu jesteś bladsza niż zwykle, wyglądasz jakbyś była chora widzę jak poruszasz się bez sił. -podeszła do mnie i mnie przytuliła. -Marwie się o Ciebie wariatko. -odparła
-Mel to bardzo miłe, że ktoś się o mnie pamięta, ale ze mną wszystko ok.-wtuliłam się w przyjaciółkę.
Odsunęła mnie od siebie na metr.
-Zrobię dziś z ciebie bóstwo!
-Ej, ej zaczekaj. To ma być impreza nic więcej. Czy ja o czymś nie wiem?. -zapytałam wpatrując się w chłopaków.
-No...Cass. Niech Johnny powie. -wymigał się Zacky
-Nie! Haner -ryknął
-To ma być impreza na twoją cześć, jesteś głównym obiektem na imprezie. Powinnaś pięknie wyglądać. -odparł wpatrując mi się w oczy.
-Ymmmm. Nie ubiorę szpilek bo nawet ich nie mam, nawet sukienki. -pokazałam język
-To dlatego nie ubrałaś się jak kobieta na moim ślubie i Zacky'rgo -odparła Mel. -Johnny, zabieram dziś naszą szarą myszkę przyjdziemy prosto na imprezę, pa. -pocałowała Johnny'ego i porwała mój rękaw razem ze mną.
-Widzę, Mel w swoim żywiole, stary. -zarechotał Haner
-Współczuję Cassie, ona ją dobiję. -odparł Johnny
-Ona jest piękną kobietą a ukrywa takie kształty pod tymi ubraniami...-westchnął Zacky
Popijali herbatę i gadali o bzdetach.





-Gdzie mnie ciągniesz?. -otworzyła drzwi.
-Do auta! Siadać już!
-Okej, okej sierżancie. -odparłam
Wyjechaliśmy spod domu i ruszyłyśmy drogą prowadzącą do centrum handlowego. Domyślałam co mnie tam czeka, ale nie miałam pieniędzy przy sobie. Wyszłyśmy z samochodu i weszłyśmy do pierwszej galerii.
-Siadaj tutaj. -wskazała miejsce siedzące koło wielkiego kwiatka
-To ja nie idę z tobą?. -zapytałam zdezorientowana.
-Nie, i ty gustujesz w ciemnych rzeczach i masz numer buta 38?
-Tak, ale...
-Żadne ale, masz tu siedzieć. Albo wiesz, pochodź sobie po centrum, widzimy się za 30 minut przed centrum handlowym przy samochodzie, kochana. -pocałowała mnie w policzek i ruszyła do sklepu z butami.
-To po co mnie tu zabrałaś?. -zapytałam.
Melanie odwróciła się w moją stronę.
-Musisz wreszcie wyjść z domu do ludzi Cassie i pewnie znowu kupisz samej sobie "worki".
-Dziękuję Mel. -odparłam
Tylko się uśmiechnęła i ruszyła na podbój kosmosu. Gwiezdna Mel kontra ciuchy z centrum handlowego. Już widzę te nagłówki w gazetach. Haha! Na reszcie Mel będzie w swoim żywiole. Czas szybko zleciał, stałam przy samochodzie. Zauważyłam Melanie niosącą dwie torby. Podeszła i otworzyła drzwi układając torby na tylnych siedzeniach, chciałam zerknąć co jest w środku, lecz Mel mi pogroziła palcem. Dojechałyśmy do domu, była już godzina 18;00, czas strasznie szybko zleciał. Chłopaki nadal byli w domu.
-Cassie idź do łazienki i się ogarnij, cało-kształtnie.
-Dobrze Mamusiu.
Ryknęli śmiechem grupka w kuchni pijąca herbatkę z cytryną. Podreptałam do łazienki napuściłam sobie gorącej wody i otuliłam się zapachem olejku  lawendowego. Czułam, że ożywam.
-Ej co jej kupiłaś, kochanie. -Johnny próbował zerknąć do środka.
-Będę za 30 minut, pójdę się przygotować na imprezę. -poruszała wymownie brewkami.
Wróciła w mgnieniu oka, wyglądał olśniewająco. Czerwona dopasowana sukienka bez ramiączek, czarne szpilki i oszałamiające dodatki, miała polokowane włosy.
-Wyglądasz cudownie, piękna. -przyciągnął ją do siebie mąż.
-Mmmm. -wymruczała zadowolona. -Muszę ogarnąć naszą szarą myszkę. -powiedziała i zabrała torby z zakupami na piętro.  
Ktoś zapukał do łazienki i wszedł. Dobrze, że byłam w bieliźnie i szlafroku. 
-Cassie, ubierz to. -podała mi torby. -Buty też kochanienka. -zarechotała zamykając drzwi.
Wyciągnęłam fioletowo-brązową sukienkę. Z dołu miała falbanki. Z góry był gorset i kwiat. Nie wyglądało to tandetnie tylko uroczo. Założyłam sukienkę, prawie zakrywała mi dupę. Masakra. A w dodatku te czarne szpilę. Założyłam bo co mam innego zrobić?. Uczesałam włosy i wyszłam z łazienki. Gdy Melanie mnie zobaczyła, zamarła.
-Ta sukienka. -wskazałam na materiał. -Prawie nie zakrywa tyłka.
-Zdaje ci się wyglądasz przepięknie, wreszcie stałaś się pięknym łabędziem!. Chodź idziemy do chłopaków. Padną!!! -odparła i ruszyła na parter. Usłyszałam z dołu tylko:
-Oto Nowa Cassie! -ryknęła.
Stąpałam ostrożnie po schodach. Spojrzałam na chłopaków. Patrzyli na mnie, jakby zobaczyli ducha.
-Ej, powiedzcie coś, boję się, że nic nie mówicie. -powiedziałam zaniepokojona. -Melanie, zabiję cię, nie czuję się komfortowo w tej sukience i te szpilki. -jęknęłam nie zadowolona.
-Popatrz zatkało ich. -zachichotała
-To jest zaraźliwe, cała trójka stanęła się posągami. -pokazałam palcem troję mężczyzn.
-Czy mnie oczy nie mylą? -zapytał Zacky
-Uszczypnij mnie Johnny. -odparł Haner, Johnny uszczypnął. -To nie sen, chłopaki. 
Zaczęłam się rumienić. Mel to zauważyła
-Przestańcie Cassie zawstydzać. -powiedziała Melanie. -Jedziemy?. -zapytała. -Hej!!! ziemia do Hanera!!! Woooaahhu! 
-Co?. -wypadł z zamyślenia
-Jedziemy?
-Tak. -uśmiechnął się.
No to zacznie się impreza, jeszcze nie wyszliśmy z domu a ja mam już dość. Te ubrania! Od dzisiaj Melanie jest moim celem do dokonania mordu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Krótki odcinek, ale zrozumcie piszę teraz próbne testy gimnazjalne. Więc docencie, że piszę specjalnie dla Was! ;)

Sukienka Cassie:  http://imageshack.us/photo/my-images/7/sukienkacassie.jpg/
Sukienka Melanie:  http://imageshack.us/photo/my-images/560/sukienkamelanie.jpg/

sobota, 10 listopada 2012

05. Little Cass


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
   Łzy kapały jak opętane, chciały jak najszybciej wydostać się z moich przekrwionych oczu. Jedna po drugiej rysowały na moich policzkach coraz to szerszy wodospad. Upadały na moją koszulkę. Ziemia, także dostała porządną dawkę soli. Krok za krokiem, zbliżałam się do domu. Wiatr ucichł, już nie wiał, liście drzew już nie szeleściły na wąskich brązowych, niewinnych gałązkach. Ludzie dobijali mnie, szczerząc swe zęby, jakby chcieli oderwać kawałek mojego ciała z dziką satysfakcją rysującą się na ich ustach. Widziałam już dom, był po drugiej stronie ulicy...


-Maaaaaat! Obiad!.- zawołała Valary z kuchni.
Sanders skradł się na paluszkach do kuchni. Uwielbiał oglądać swoją żonę jak gotuję. Wywijała wtedy swoimi blond lokami w lewo, w prawo, wszędzie. Ręce przy pichceniu jej się dwoiły, nie milioniły jak to zawsze uparcie mówił. Na samą myśl, że taka wspaniała kobieta, która od małego była przy nim o każdej porze. Jest jego żoną, od razu chciał ją przyciągnąć do siebie, pocałować, przytulić, kochać dniami i nocami, bez wytchnienia. Świata po za nią nie widział. Uważał się za cholernego szczęściarza spotykając Valary, jego słodką, piękną Valary. Wszedł do kuchni. Wszechstronna, na przeciwko wejścia były umieszczone trzy duże okna, obok zwisały śnieżnobiałe zasłony z koronką. Na parapecie stały czerwone róże, Val lubi te kwiaty, więc Mat wpadł kiedyś na pomysł. Urządził romantyczną kolację w domu przy świetle świec, i dał ukochanej różę prosząc o jej rękę. Od tego czasu róże były jej ulubionymi kwiatami. Ściany z góry na dół były umalowane na beżowo, lodówka była upiększona kolorowymi karteczkami "Jestem na próbie z chłopakami w 'Street', Kocham Mat","Obiad masz w lodówce, poszłam załatwić kilka spraw na mieście, Valary ;*". Wszystkie sprzęty, lśniły, jakby dziś były kupione. Cały wystrój dopełniał piękny żyrandol. Jego ukochana istotka już układała talerze z jedzeniem na stół. Chodziła z taką gracją. Mat podszedł do Valary i oplótł ją swoimi umięśnionymi ramionami w talii i pocałował w szyję.
-Mat... -wymruczała zadowolona. -Teraz jest obiad, specjalnie zrobiłam spaghetti.
Położyła posiłek na drewnianym stolę, układając jednocześnie sztućce.
 -Mam ochotę na ciebie Val -odparł Mat znowu całując ją w szyję, wspiął się docierając do jej ust, złożył namiętny pełen uczuć pocałunek.
Oderwała się od niego z wielką niechęcią. Spojrzała mu w oczy.
-Teraz jemy, może jak zjesz cały talerz to dostaniesz nagrodę. -powiedziała uwodzicielsko.
-Już zabieram się do jedzenia, kochana. -pocałował ją po raz kolejny i przysiadł do stołu wpierw odsuwając krzesło Val.
Zabrali się wspólnie do spożycia posiłku, przy czym zaśmiewali się do łez. Wspominając czasy szkolne, after party i inne akcje zakończone niezłą popijawą, zakazami a nawet karami. Valary przełknęła kolejny kęs dania i spojrzała na męża.
-Mat, co się stało z Cassie?
-Sam nie wiem, od dwóch miesięcy nie widziałem tej wariatki -uśmiechnął się
-Od zawszę ją lubiłam. Taka zakręcona, przeważnie uśmiechnięta a w dodatku uzdolniona. 

-O tak. -odparł rozmarzonym tonem. -Kiedyś słyszałem całkiem przypadkiem jak śpiewała. Ona ukrywa taki wielki talent w sobie. 
-Głos jak dzwon?. -zapytała
-Dzwon to mało powiedziane! Valary, tego nie da się opisać. Jej głos hipnotyzuje. -uśmiechnął się promiennie.
-Gdzie ją słyszałeś?
-To było... z jakiś rok temu. Właśnie przechodziłem koło pokoju Cassie i usłyszałem jak śpiewała Cementery Gates, Pantery. Kierowałem się do wyjścia, a tu nagle taka niespodzianka.
Val spojrzała badawczo na Mat'a.
-Cass nie wiedziała, że jestem w domu ponieważ przyszedłem do Melanie po pompkę do roweru, bo moja się zgubiła. -z jego ust uformowała się podkówka, czym roześmiał kobietę.

-Ciekawi mnie dlaczego zamknęła się w sobie i do teraz kryję się w swojej skorupie. Przecież jest piękną kobietą.
-Martwię się o nią. Od dwóch miesięcy się nie spotkaliśmy, nawet nie usłyszałem głupiego "Cześć". -uderzył w stół, zakrywając jednocześnie twarz w dłoniach.
-Hej Mat. Nie załamuj się, mam pomysł.

Spojrzał na nią swoimi zielonymi oczami, skrywające ból i smutek. Nienawidziła tego wzroku, za wszelką cenę zawsze wprowadzała w jego oczy radość, a teraz nic nie mogła zrobić. 
-Zróbmy małą imprezę. Chłopaki i jego dziewczyny plus nasza szara myszka Cassie.
Ręce ułożył na stole, jego twarz zradośniała, ukazał się wielki uśmiech, który tak kochała.
-Jesteś wspaniała Val, zawsze wiesz co zrobić, żeby poprawić mój humorek. -uśmiechnął się.
Val posprzątała i podeszła do swojego męża. Popatrzała na niego z troską, ominęła go i ruszyła na piętro.
-No wiedzę, że nie chcesz nagrody Mat, szkoda. -powiedziała prowokująco.
-Ja nie chcę?. -zapytał i ruszył do ukochanej.
Złapał ją na ręce i pognał do sypialni.

-Waaaaariat!. -wrzasneła
-Też Cię kocham słonko!
Kochali się tego dnia jak nigdy do tond, każdy ruch, pocałunek upiększał ich wielką miłość. Wytrwałość, nadzieja, burza uczuć rodziła miłość, aż po grób. 




Haner przemierzał park rozmyślając co się stało. Czy zrobił coś nie tak? Przecież zawsze zatrzymała się, rozmawiali i zaśmiewali się do łez, zawsze tak było. A dzisiaj? Wyglądała źle. To mało powiedziane, okropnie wyglądała. Przekrwione oczy, rozczuchrana i smutna na dodatek. Nigdy jej jeszcze nie widział w tym stanie.  Zobaczył w tych dużych zielonych oczach ból. Zacisnął dłoń w pięść... szedł prosto nie patrzeć przed siebie. Uderzył w coś masywnego.

-Gates uważaj jak chodzisz. -odparł Zacky kładąc ręce na ramiona przyjaciela, żeby mu się przyjrzeć. 
-Sorry, zamyśliłem się stary.
-O czym tak rozmyślałeś?
-Spotkałem Cassie.
-Naszą Cassie?, od dwóch miesięcy jej nie widziałem. Dzwoniłem do niej na telefon, nawet nie odebrała. Pukałem też do domu, ale zawsze drzwi były zamknięte. Martwię się o nią, co u niej? -zapytał
-Powiedziała tylko "Cześć Brian, spieszę się, pa", niosła torby z zakupami. Pewnie była u Sadie. -spojrzał w horyzont
-Na to wygląda. -zaciągnął się Zacky papierosem.
Nastała dość długa chwila ciszy, obaj bali się poruszyć temat 'Cassie'. Oddaliła się od nich nie wiadomo z jakich powodów. Nawet nie odzywała się do Melanie, nie pokłóciły się. Stało się to tak nagle jak opowiadała Mel. Pewnego dnia przyszła odwiedzić siostrę, a ta chodziła jak żywy trup po domu nie ukazując żadnych uczuć. Nic nie mówiła, jakby odjęło jej mowę na wieki. Wtedy ratując sytuację zadzwonił telefon Hanera. Zacky spojrzał na przyjaciela usłyszał tylko, "Hej", "No pewnie! To świetny pomysł", "On jest ze mną, ale nie ma nic przeciwko temu", "yhym", "no", "gdzie?", "spoko", "to jak coś to dzwoń", "3 maj się". Rozłączył się.
-Przed chwilą zadzwonił do mnie Shadow's.
-Co mówił? Widzę jak się podniecasz tym co usłyszałeś. -zarechotał
-Ha-ha-ha. Nie chcesz wiedzieć to nie -zrobił obrażoną minkę.
-Proszę powiedz Czcigodny!
-No jak tak ładnie prosisz to powiem -uśmiechnął się. -Valary wymyśliła, żeby zrobić imprezę i głównym obiektem ma być nasza Cassie.
-To świetny pomysł!
-Tylko jest jeden ważny szczególik mój drogi Zacky. 
-Cassie?
-Bingo. Nie odbiera telefonów i w ogóle kompletne odosobnienie, stary. -powiedział Haner.
-Cholera, trzeba coś wymyśleć. Przecież nie będzie siedzieć w domu cały czas.
-Depresja robi swoje...
Vengeance spojrzał na osobę stojącą obok niego. Nie mógł uwierzyć co teraz usłyszał od przyjaciela. Depresja? Cassie? Nie...
-Stary nie gadaj bzdur, wypluj to -powiedział zdruzgotany Zacky
-Ja po prostu...
Haner objął przyjaciela serdecznie ramieniem, ruszyli przed siebie, martwili się o tą małą wariatkę. 
Zawróciła ich życiem, zmieniła wszystko. Od kiedy Cass pojawiła się w ich życiu wszystko nabrało sensu, przyjaźń, miłość, szczęście. Nigdy nie czuli się tak dobrze, gdy odizolowała się zmieniło się  trochę. Już nie było tak wesoło jak kiedyś, wszystko straciło sens. Ta mała osóbka w oczach Sevenfoldów i ich kobiet była wielką tajemnicą, ufali jej bezgranicznie. Kochali ją jak siostrę. Wiatr lekko muskał ich wytatuowane ciała, słońce grzało ich nagie twarze. Zmierzali teraz do monopolowego po zimne piwko, które uspokoi nerwy i smutki. Zatopią się w gorzkim napoju, odrzucając wszystko co zepsuję ich nieszczęsną przyszłość. Przysiedli ze swoimi piwkami na ławce w parku obrośniętym żywopłotem. Spoglądali w głąb, dzieci bawią się z rodzicami, psy latają dookoła. Uśmiechali, śmiali się. Oboje lubili patrzeć na wesołych ludzi, takie ciepło napływało wtedy do ich serc. Zauważyli nadchodzącą Melanie i Johnny'ego. Oboje pomachali im serdecznie i podeszli się przywitać.
-Cześć chłopaki. -powiedziała Mel, całując chłopaków w policzki.
-Cześć.- podali sobie dłonie faceci.
-Coś nie wyraźnie wyglądacie. Coś się stało?. -zapytała z troską długonoga blondynka.
Ubrana była w niebieskie szorty, białą koszulkę z narysowanym koniem. Buty miała na platformach, lecz i tak była niższa od swojego męża. Jej blond włosy były nieskazitelne, proste. Rysował na jej ustach, wielki serdeczny uśmiech. Wypiękniała.
-Spotkałem dziś Cassie. -odparł Haner.
-Co u mojej siostrzyczki słychać Brian?. -wpatrywała się z wielką troską w oczach.
-Nie wiem. -wbił wzrok w ziemię.
-Valary wymyśliła, żeby zrobić imprezę na której głównym gościem będzie nasza mała Cassie. -powiedział Vengeance upijając kolejny solidny łyk napoju. 
-Tylko jest jeden drobny szczegół moim drodzy.
-Cassie?. -stwierdził Christ, przyciągając do siebie swoją wybrankę, która teraz westchnęła. 
-Ahh, ta moja Cassie. Trzeba ją wyciągnąć z tego domu, musi troszkę zaszaleć.
-Dokładnie zawsze ona i Jimmy rwali się do rozpętania imprezy z niczego. -przyznał Johnny.
-A co z Rev'em?. -zapytał Zacky
-Teraz buja się z jakimś pustakiem. -westchnęła Mel. -Widziałam ich, Jimmy kompletnie się zmienił.
-Dziś mija kolejny miesiąc od tej męczącej trasy Europejskiej. Od dwóch miesięcy nie byliśmy się napić całą paczką. Tu ktoś nie mógł bo wakacje, a tu ktoś tamto, a tu ,że nie mógł. Przepadło nam tyle czasu. -odparł Haner wpatrując się w całą gromadkę.
-Jak za dawnych czasów! Ta impreza musi wypalić! -ryknął Zacky.
-Dużo alkoholu, dobre domowe jedzenie, porządna muzyka. -powiedziała Mel.
-Dokładnie, słoneczko.- ucałował Mel w purpurowe usta.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Podobało się? 
Może mniej drastyczny a w dodatku troszkę dłuższy ;)

piątek, 9 listopada 2012

04. Sweet dream or Nightmare.


Nastrój piszę słowa.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krzyk był zmysłowy, melodyjny. Uwielbiałam zatapiać się w jego głos, odpływać daleko od tego, co dzieje się wokół mnie -nicość - to było coś czego teraz potrzebowałam. Wyrwać się z tego świata, nie zwracając na siebie uwagę. Wymknąć się po cichu jak mysz skradając się po domu w poszukiwaniu jedzenia, znikając nie ukazując oznaki ,że kiedykolwiek przebywało się w tym miejscu i czasie. Czułam złość, miałam ochotę rozerwać wszystko. Zniszczyć, spalić. Nie chciałam wybudzać się z mojego snu, który podtrzymywał mnie przy życiu, raniąc w dodatku. Śniłam o moim pierwszym spotkaniu z Jimbo i chłopakami, byłam szczęśliwa. Każda chwila spędzona z nimi nie poszła na marne... Otworzyłam leniwie powieki. Spojrzałam na czarny sufit, przekręciłam się na drugi bok, szare ściany, które pragną zmienić się w drewniane deski, już niedługo... Na stoliku nocnym nadal stoi butelka mojej ulubionej wódki na, której oparta jest paczka fajek, już została opróżniona do ostatniej drobiny tytoniu. Tylko filtry są w środku pudełka, które dźwięcznie trzeszą, gdy pudełkiem się porusza. Głos nie ustępował, jako jedyny był moim przyjacielem. Nie obwiniał mnie za nic. Odkryłam się. Moje ręce badały miękki krwisty materiał, piękny kolor, który okrywał moje ciało blade ciało. Usiadłam na skraju łóżka, bezczynnie wpatrując się w podłogę. Wstałam, zrobiłam parę bolesnych kroków i zakręciło mi się w głowie. Prawie upadłam. Krzyki ucichły. Otworzyłam moje sosnowe drzwi, przekroczyłam próg. Weszłam do łazienki, nie spojrzałam w lustro. Nie miałam odwagi... Uczesałam tylko włosy. Ruszyłam na parter, materiał, który pokrywał schody lekko łaskotał moje stopy. Zawędrowałam do kuchni, słońce niemiłosiernie raziło mnie w oczy. Instynktownie podniosłam ręce, dojąc moim zielonym tęczówką  troszkę cienia. Podeszłam do kuchenki, nalałam do czajnika wody na świeżą kawę. Wyciągnęłam biały kubek z wzorkiem myszki miki, z szafki. Odmierzyłam dwie łyżeczki kawy i cukier, wszystko wpadło na dno naczynia. Spojrzałam przekrwionymi oczami na lodówkę, była pusta, nie licząc kartonu mleka, już nie świeżego. Westchnęłam, czajnik nie miłosiernie głośno gwizdał, lecz przerwałam swe męki wlewając zawartość do kubka. Zabrałam kawę i ruszyłam na sofę przed telewizor. Łyk napoju napawał mnie ciepłem i przypływem energii, opróżniłam aż do dna. Było cicho... Mój wzrok na ścianie napotkał zielony zegar, który odróżniał się na brzoskwiniowej ścianie. Właśnie wybiła 14;00, każda sekunda zabijała mnie tik-tak, tik-tak... Wstałam i odstawiłam kubek na swoje miejsce, jestem głodna. Ubrałam czarne rurki, czarną koszulkę z logiem Slayer'a i trampki. Zabrałam kluczę od domu, pieniądze i zamknęłam drzwi mieszkania. Przemierzałam teraz ulicę HB. Słońce jak na tę porę dopiero się rozgrzewało, maj nienawidzę tego miesiąca. Kopnęłam pobliski kosz na śmieci. "Co ty robisz? Podnieś to" jakaś stara baba wydyszała. A spierdalaj!, nie miałam ochoty dyskutować z nią, doprowadzała mnie do szału swoim piskliwym głosem. Wszyscy byli tacy uśmiechnięci, szczęśliwi, tak jak pierwszy raz ,gdy przyjechałam do HB z Mel. Brakowało mi jej. Wyprowadziła się i zamieszkała z Christem, kto by pomyślał ,że od incydentu z Blue Road coś między nimi zaiskrzy. Została jego żoną w lipcu rok temu, a spotkali się dwa lata temu. Co ten czas robi z ludźmi? Postarza i rozdziela na kawałki. Mat poślubił Valary. Zacky poślubił Gene. Boski Synyster Gates nadal pieprzy co noc innego plastika , a Revuś jest z Alice Bird. Weszłam do sklepu i kupiłam to co mi było potrzebne. W mgnieniu oka wyszłam ze sklepu Sadie. Zieleń raziła mnie w oczy. Spojrzałam na przeciwko, zauważyłam Gates'a, pomachał mi, kurwa. Zignorowałam jego gest i ruszyłam w przeciwną stronę, skręciłam w prawo. Nie spuszczałam wzroku z ziemi i asfaltu... Poczułam jak ktoś zaciska na moim ramieniu ręce i próbuję mnie zatrzymać w miejscu.
-Hej Cassie, dawno się nie widzieliśmy. -Haner spojrzał mi w oczy.
-Cześć Brian, spieszę się, pa -powiedziałam, uwalniając się z jego uścisku.

Pognałam przed siebie, nie odwracałam się do tyłu. Pewnie teraz Haner jest zdziwiony dlaczego nie zamieniłam z nim kilku zdań. Przez park, który przechodziłam był ciekawy. Drzewa zwisały nad ścieżką, jakby opadały z sił. Zieleń niemiłosiernie raziła mnie w oczy, neonowy kolor tej rośliny mnie denerwował. Nawet matka natura jest przeciwko mnie. Niebo było błękitne, bez skazy, tylko ozdobione ptakami, które latały z gniazda do gniazda. Wiatr lekko muskał moje blade policzki jak płatki śniegu. Z każdym krokiem, oddechem, uderzeniem serca kończył się mój żywot. Wszyscy byli tak odrażająco zakochani w sobie, każda para przechodząca koło mnie wtulała się w siebie, jakby to była ostatnia deska ratunku. Zauważyłam w oddali mały mostek, który kierował na drugi brzeg. To stary mostek, wiąże się z nim tyle odległych wspomnień... tych dobrych wspomnień.  Zdobyłam się na uśmiech. Przechodziła właśnie przez niego platynowa blondynka, w czerwonej mini sukience i białych szpilkach. Obok niej był wyskoki mężczyzna ubrany w żółtą koszulę flanelową i czerwone spodnie i chyba miał sandały... Stanęli na środku mostu, przytulali się w siebie i całowali namiętnie. Od razu rozpoznałam kto tam jest. Z każdym pocałunkiem kroiło mi się serce, ból narastał z prędkością światła. Z każdym krokiem zbliżałam się do pary. Nie mogłam patrzeć na to co się tam dzieję, chciałam przejść koło nich i nie patrzeń na tą parę... Moje oczy utkwiły w ścieżce, czułam każdy mały kamyczek wbijający się w moje podeszwy od tenisówek. Podniosłam wzrok, aby zobaczyć czy na nikogo nie wpadnę. Napotkałam oczy jej, perfidnie spojrzała na mnie z wyższością. Chłopak z tyłu odwrócił się w moją stronę. Przyciągnął kobietę i z burzą namiętnych uczuć pocałował ją. Łzy napłynęły mi do oczy, jak on mógł? Nie umiem przejść koło nich... nie miałam odwagi. Zacisnęłam wargi i przeszłam na inny tor ścieżki, przez zieleń skrótem do domu... Koszmar.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

wtorek, 6 listopada 2012

...

Nie widzę sensu w pisaniu kolejnego odcinka podtrzymującego mojego bloga...
Może kiedyś historia potoczy się dalej, ale to już na kartkach papieru...
W co wątpię...

czwartek, 1 listopada 2012

03. Drum stick


 Z dedykacją dla tych, którzy czytają moje opowiadanie ;)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Sevenfoldzi bawili się wspaniale. Chłopaki dosiedli się do Melanie i dyskutowali na temat jej życia osobistego. Gates kompletnie zalany opowiadał jakie "igraszki" stosuje w łóżku.
-I ja wtedy...-powiedział z butelką haineken'a w dłoni
-Nie chcę tego dłużej słuchać! Brian, koniec! -jękła Mel. Wiem już jakie lubisz pozycję, prezerwatywy... wszystko!
Popatrzał na nią wymownych wzrokiem. 
-To poweeeidź wreście, co tyy , no wyprawioosz w łóżkoou -powiedział
-Moje nie doczekanie!
-Powinnaaaaś się już przyzwyczaić do tej gatki naszego przyjaciela- Zacky poklepał ją  po ramieniu, serdecznie.
-Wszyscy którzy z nim pii do upadłego znają jego życie erotyczne na wylot -odparł Johnny
Melanie tylko przytakneła i wlała w siebie kolejny ml alkoholu. Wszyscy zaczeli się śmiać, humory im dopisywały. Gęsiego pognali na parkiet. Johnny zabajerował Mel i tańczyli razem w najlepsze, zaśmiewali się do łez rozmawiając o Haner'ze. Zacky wraz z Brianem trzymali się za ręcę, tańcząc przytulanego do skocznej muzyki. 





Łazienka była dość czysta jak na klub. Białe płytki na ścianach, na podłodze gumowa zielona wykładzina, umywalki gdzieniegdzie ubrudzone żygami... Fuj. Czułam teraz się dość dziwnie, od dawna  nie czułam się tak...-bezpieczna. Otworzyłam oczy spoglądając na mężczynę okrywający moje ciało silnymi wytatuowanymi rękoma. Moje dłonie spoczywały na jego torsie, także zapełnione w tatuażach. Spojrzałam w jego błękitne oczy, widziałam w nich czułość. Popatrzał na mnie, przeszły mnie dreszcze. 
-Chcę iść do domu, Jimmy -powiedziałam
-Nie dziwie Ci się -wyszeptał mi do ucha. 
Wstał i podał mi rękę, był naprawdę wysoki, ujęłam jego dłoń i wstałam na równe nogi. Wychodząc stałam i odwróciłam się do bydlaka ,który się do mnie dobierał. Jimmy ujął mnie ramieniem i wyprowadził mnie z toalety.
-To już minęło, przy mnie jesteś bezpieczna, Cassie -uśmiechnął się
Odwzajemniłam uśmiech.
-Chciałabym wrócić do domu, ale jest pewna osoba -wskazałam palcem na Melanie, która piła z chłopakami przy stoliku.
Ruszyliśmy do stoliku, nie zwrócili na nas uwagę.
-Mel, chodź wracamy do domu -powiedziałam ocierając oczy.
-Chłopaki zbierajcie dupy! -ryknął 
-Ej, ej, Rev nie jesteśmy głusi -powiedział Gates zakrywając uszy
-Dobra, dobra 
Zacky spróbował wstać, lecz z ,marnym skutkiem. Podeszłam do stolika obok i zabrałam moje pałeczki. Włożyłam je do kieszeni, ale wystawały.
-Melanie wstawaj.
-Ja się tu dobrze bawię -wybełkotała
Miałam zamiar podnieść przyjaciółkę ,ale wstąpił Jimmy.
-Pomogę Ci z twoją koleżanką -powiedział
-Już dość zrobiłeś -odparłam. A w dodatku masz trójkę przyjaciół na karku -wskazałam palcem.
Zaśmiał się.
-O to się nie martw, wyglądają na spitych ,ale dojdą do domu. Zobacz twoja przyjaciółka zaprzyjaźniła się z naszym gnomem -zarechotał.
-To się dobrali - odparłam.
Leżeli wtuleni w siebie jak dwa misie koala.
-Chyba zasęli
-Nie -jękłam. Jak ja ją dotaszczę do domu?. -przeklłam ten dzień w myślach.
Jimmy ruszył do barmana, wymienił parę słów i wrócił wraz z czteroma "koksami". 
-Cassie od lewej: Tom, Tim, Ted i Tif. Chłopaki przeniosą nasze 
gołąbeczki na piętro do pokoi. Mój przyjaciel jest tu kierownikiem i miał u mnie pewien dług, który teraz spłacił. -uśmiechnął się
Uslyszałam tylko drętwe "Cześć" od strony "koksów".
-Jimmy, ja...
-Ty też tutaj możesz spać. -odparł
Koksy ,gdy przenieśli pijaną kompanie do poki, w pierwszym wyglądowali wszyscy faceci, w drugim pijana Melanie. Jimmy zaprowadził mnie do pokoju w ,którym były dwa łóżka. Spojrzałam na dopiero poznanego chłopaka.
-Ja biorę te łóżko po lewej -rykłam i ruszyłam w miejsce obiecane.
-Wariatka -wyszeptał -To ja biorę te po prawej - uśmiechnął się i usiadł.- Łazienka jest na przeciwko pokoju. 
Wstałam i poszłam do łazienki wzięłam prysznic, czułam jak wszystkie smutki ze mnie spływają. Zakręciłam kurek, wytarłam swoje ciało w milusi, świeży krwiście czerwony ręcznik. Ubrałam koszulkę, i ruszyłam do pokoju w ,którym był Jimmy. Spojrzał na mnie, wyszedł i wrócił po dziesięciu minutach. Ułożyłam moje spodnie na szafce koło łóżka. Pokój był koloru pomarańczowego a wykładzina czarna. Jimmy wszedł 
do pokoju w bokserkach w ...renifery.
-To już gwiazdka? -zapytałam z rozbawieniem
Zaśmiał się i zaczął mnie gilgotać. Przysiadł się koło mnie, siedzieliśmy tak w ciszy bardzo długo.
-Dziękuję za to ,że przy mnie wtedy byłeś i pomogłeś w znalezieniu noclegu.- wtuliłam się w jego aksamitne ciało.
-Nie ma za co -uśmiechnął się.
-Gdzie...- nie mógł dokończyć.
Cassie zasnęła wtulona w jego tors. Nie miał serca obudzić tej wariatki, powoli się odsunął i okrył ją kołdrą. Coś spadło, pałki. Podnosząc je uśmiechnął się z zadowolenia. Kawałki drewna ułożył na szafce nocnej. 
Spojrzał na Cassie, wyglądała na kruchą, gdy śpi, lecz naprawdę to tylko pozory. 
-Zabawne -wyszeptał, i położył się do łóżka. Nie mógł zasnąć z myślą ,że taka osóbka leży trzy metry od jego ciała.
Ranek przyprawiał wszystkich o ból głowy, a najbardziej Melanie i Christa. Obudziłam się, odwróciłam się na drugi bok i zobaczyłam Jimmy'ego, znowu wszystko wróciło... Ubrałam pośpieszni spodnie, buty i ruszyłam w stronę pokoju w, którym spała Mel. Nadal smacznie spała, podeszłam do niej i lekko szturchnęłam.
-Mel wstawaj, idziemy -powiedziałam
Otworzyła oczy i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Jeszcze pięć minutek, mamo
Westchnęłam, ściągłam z niej kołdrę.
-Dobra już wstaję -jękła.
Ubrała spodnie na dupę i buty, ruszyła od razu w stronę drzwi co mnie bardzo zdziwiło, stanęła.
-A szło tak łatwo -wyszeptałam do siebie
-Dlaczego, mamy wyjść bez pożegnania z chłopakami? -zapytała
-Pewnie śpią -zaśmiałam się. Idziemy Melanie, w domu się położysz.Mruknęła coś pod nosem.
-Dzisiaj Cię "wyjątkowo" posłuchałam, bo mnie tak łeb boli ,że wolę spełnić twoją zachciankę -odparła zakrywając uszy.
Przytuliłam przyjaciółkę i ruszyłyśmy przez korytarz. Wyszłyśmy z klubu. Dziś było wyjątkowo brzydko, chmury zakrywały piękne błękitne niebo, wiatr syczał jak gromada wygłodniałych węży. Ulica, była mokra. 
Mijając kolejne ulice, sklepy dotarłyśmy do naszego domu. Wyciągnęłam kluczę z kieszeni, otworzyłam drzwi i wpuściłam pierwszą Melanie.
-Idę spać, dobranoc a jeśli mnie obudzisz...
-Tak wiem, udusisz mnie -powiedziałam podniesionym głosem ,aby dokuczyć przyjaciółce.
Spojrzała na mnie znienawidzonym wzrokiem i ruszyła po drewnianych schodach pokrytych brązową wykładziną, w stronę swoje pokoju. Poszłam do kuchni, zaparzyłam herbatkę z cytrynką i ruszyłam przed 
telewizor. Ułożyłam się na czarnej kanapie, przykryłam się kocykiem i włączyłam telewizor. Oglądałam jakieś pierdoły bo o 7;00 nic ciekawego przecież nie leci. Po 15 minutach oglądania wiadomości miałam właśnie przełączyć na kolejny kanał, lecz usłyszałam znajomy 
głos, upiłam łyk herbaty i spojrzałam w ekran.
-Tusk jebany nawet telewizje amerykańską opanował -powiedziałam wpieniona.
Od razu zmieniłam kanał na Animal planet, gadali coś o nietoperzach, wpatrywałam się z zaciekawieniem na rozpiętość skrzydeł tych cudnych stworzeń.
-Chcę, takiego w pokoju -odparłam z uśmiechem.
Odłożyłam herbatę i zasnęłam wtulając się w poduszkę.





Obudził się, spojrzał na pomarańczowy sufit, rozmyślając nad sytuacją z wczoraj. Odwrócił wzrok na łóżko obok, nie było jej. Wstał i ruszył do łazienki ,żeby się chodź troszkę ogarnąć. Założył spodnie i ruszył do pokoju ,gdzie spała Mel, nie było jej. Kolejnym celem było obudzenie nawalonych chłopaków. Wpadł do miejsca ,gdzie wszyscy spali i zaczął śpiewać kościelne piosenki stojąc na łóżku.
-Niech bę-dzie po-chwaaaa-looooOO-oonny przeeee naj-świę-tszyyy sa-kra-ment! -ryknął i ściągnął kołdrę z przyjaciół automatycznie budząc pijaczków.
-Rev co ty kurwa odpierdalasz? -jęknął Zacky
Przeżegnał się, złożył ręce do modlitwy.
-Modlić się, kurwa! -odpowiedział stanowczo.
Johnny, Gates i Zacky popatrzyli po sobie zdezorientowani co się stoło przyjacielowi. Jimmy upadł na ziemie i zwijał się ze śmiechu.
-Gdy... gdybyście widzieli swoje miny -zaśmiewał się do łez 
-Ty gnoju - ryknęli chłopaki i upadli na Jimmy'ego gniotąc go swoim ciężarem ciał.
-Warto było -znowu się zaśmiał histerycznie Sullivan
Przyjaciele słysząc to spojrzeli po sobie. Gates trzymał ręce Reva a Zacky nogi za to Johnny zaczął gilgotać Jimmy'ego.
-Dość, poddaje się! -ryknął
-To dopiero początek buahahahah -zawył johnny
Utrzymywali w mękach James'a przez dziesięć minut. Wstali i co pierwsze całą trójka robiła to ruszyła do baru po butelki z wodą bez dodatku alkoholu. Jimmy ruszył do pokoju w, którym spał bo zapomniał czegoś.
-Gdzie są te kluczę?-zapytał samego siebie w myślach, przegrzebując możliwe miejsce. Zaczął od przeszukiwania łóżka po lewej stronie. Ściągnął kołdrę i upadły pałki z Vater'a z szaki nocnej ponieważ zahaczył. Podniósł je, rozmyślając kogo należą. Jego myśli znowu powędrowały do wczorajszego wieczoru.
-Cassie -wyszeptał. Gdzie są te cholerna klucze?
Przeszukał cały pokój a pałki wcisnął do kieszeni. Wyszedł z pokoju, podszedł do baru.
-Cześć, widziałeś może moje klucze? Takie z czarnym wisiorkiem -zapytał
Barman poszperał za ladą. Wyciągnął zagubioną rzecz.
-Dzięki, myślałem ,że przepadły na zawsze -zdobył się na uśmiech.
-Jimmy, my już spadamy, trzymaj się. -powiedzieli przyjaciele równocześnie ściskając dłoń na pożegnanie.
-Cześć. -odparł
Zabrał swoją kurtkę i ruszył w stronę domu. Było okropnie brzydko, miał ochotę na zjedzeniu jakiegoś dobrego batona.



Obudziłam się w południe, ruszyłam do kuchni otworzyłam lodówkę a tak pusto! Uczesałam włosy, zostawiłam karteczkę Melanie ,że poszłam do sklepu po zakupy. Przemierzałam ulice HB, troszkę się rozchmurzyło. Wcisnęłam słuchawki do uszu i rozpływałam się w melodii "Cowboys from hell" Pantery. Kolejne linijki przemijały.


"You see us comin'
And you all together run for cover
We're taking over this town"

-wyszeptałam z uśmiechem na ustach. 
Wstąpiłam do supermarketu Sadie, był to ogromny zielony budynek. 
Weszłam do środka pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ogrom tego sklepu i bardzo dużo ludzi, wędrowali z jednej do drugiej półki. Poszłam po wózek, przeszłam od razu do warzyw i owoców ponieważ były najbliżej. Wrzuciłam parę witamin do wózka i ruszyłam dalej. 
-Słodycze!!! -wymruczałam 
Podeszłam do czekolad, było ich tak dużo ,że mogłabym pływać i jeść jednocześnie tak przez rok lub dwa. Buszowałam w słodyczach jak tarzan w dżungli. Spojrzałam na wózek czy ktoś go nie ukradł. Moje oczy zetknęły się z niebieskimi oczyma.
-Cześć Cassie, widzę ,że z tobą wszystko w porządku -uśmiechnął się
Odwzajemniłam uśmiech.
-A zapomniałbym. Zostawiłaś swoje pałki w klubie -odparł podając mi kawałki drewna.
-Dziękuję.
Zabrałam 3 czekolady, batona i żelki. Jimmy też zabrał się za wybierania słodyczy. Po drodze do kasy kupiłam chleb i inne produkty. Stałam w kasie. Zapłaciłam za produkty i wzięłam dwie torby na ręce. Wyszłam ze sklepu.
-Może ci pomóc -usłyszałam głos Jimmy'ego.
Zanim zdążyłam coś powiedzieć zostałam z jedną małą torbą.
-Dziękuję, mieszkam tuż za rogiem -uśmiechnęłam się.
Przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie, gdy stanęliśmy przed domem. Spojrzałam na przyjaciela.
-Może chciałbyś przyjść na kawę lub herbatę? Muszę jakoś spłacić swój dług -powiedziałam a ten zaśmiał się.
-Bardzo chętnie -wyszczerzył się.
Weszliśmy do mieszkania. Wskazałam gdzie jest kuchnia, rozpakowaliśmy zakupy i powkładaliśmy do półek.
-Kawa, herbata czy coś mocniejszego?
-Dziś się napiję herbaty z cytryną -odparł.
-Do usług. 
Zaparzyłam dwie herbaty i jedną położyłam przed samym nosem Jimmy'ego.
-Dzięki.
Wyciągnęłam pałki z opakowania, przyjrzałam im się i zaczęłam sprawnie obracać pałki w dłoni. Nie zauważyłam ,że chłopak obok się mi przygląda.
-Widzę, że sprawnie operujesz pałkami, od ilu lat grasz na perkusji?
-Miesiąc temu minęły 2 lata -odparłam.
-Mógłbym obejrzeć twoją perkusję?
-Pewnie -uśmiechnęłam się. 
Jimmy ruszył za mną po schodach do mojego pokoju. 
-Tylko się nie przestrasz -zaśmiałam się
Otworzyłam drzwi i ukazała się LB. 
-Piękna -powiedział
-Zasiądź i okiełznaj te bydle Jimmy -odparłam i rzuciłam mu pałki
Grał niesamowicie, poczucie rytmu a te stopy, niebo w uszach! Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem.
-Może coś zagrasz? -zapytał.
Oboje usłyszeliśmy po chwili, jakieś krzyki...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~