wtorek, 4 grudnia 2012

09. You don't fall, I'm promise.

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
     Rozmyślał nad tym jak poznał Alice Bird. Na początku wydawała się zabawna, radosna, piękna... Nie to już nie było piękno tylko skrzywdzenie swojego ciała, cały czas chodząc na to cholerne solarium. Dopiero teraz sobie uzmysłowił, że ta kobieta owinęła go wokół palca. Tylko cycki w niej się mu podobały. Dlaczego? Może temu, że nie miał kobiety od dawien dawna? Pragnął miłości, czułości, szczęścia, osoby z którą mógłby pójść na koniec świata i z powrotem. Pani Bird nie była tym czego szukał. Zaspokajał tylko swoje seksualne zachcianki, zachował się jak skończony dupek. Wstydził się w pewien sposób swojego postępowania, ale ludzie się zmieniają. Był pijany, gdy poznał ją w klubie. Rozkochała go w sobie. Nie mógł teraz uwierzyć, że "Plastik" owładnął jego serce, czułe, kruche w pewien sposób. Jak to możliwe? On woli naturalne piękności! Rockmenki, Melatówy! Zniżył się do jej poziomu. Okropieństwo. Zrobił z siebie jakiegoś "Ken'a". Wyszedł z łazienki i polazł do sypialni, spojrzał na kobietę w łóżku. Poduszka była cała uwalona jej podkładem i pudrem, tusz cały rozmazany na jej twarzy. Na szczęście wiedział, że musi to skończyć. Popełnił błąd i to cholernie duży. Przyłapał ją w kawiarni z jakimś facetem, powiedziała, że to jest jej brat. Puścił to mino uszu. Zabierała jego pieniądze, okłamywała go bezczelnie na każdym kroku. Zachowywała się wobec niego jak ostatnia świnia chodząca po tej planecie. Zamiast czułości i miłości dostał kłamstwo, ohydę, smutek, żal.
    On, przystojny, wysoki mężczyzna o nie przeciętnym talencie, uśmiechu tak promiennym, że każda kobieta na którą spojrzał, była jego. Śmiechu tak histerycznym jak poczucie humoru, czyli niewyobrażalne. Jest znany z tego, że robi imprezę z niczego...
"Piękna, noc. Gwiazdy mrugały na czarnym niebie, było ich setki nawet miliony. Ludzie marzyli, aby marzenie które wypowiedzieli w myślach spełniło się, gdy upada gwiazda. Przemierzali ulice HB, ludzi było dość sporo, przecież jest piąty dzień tygodnia! Trzeba to oblać!
-Jooooohnyyy!. -zawołała Melanie, która została przerzucona przez ramie Christa
-Uwielbiam, gdy tak wołasz moje imię, jak uprawiamy dziki seks! -odparł szczyrząc ząbki w moją stronę.
-Co tak się patrzysz Christ? -zapytałam zdezoriętowana. -Ten alkohol ci we łbie już po przewracał klepki.
-Powinnaś przestać być dziewicą. Jesteś jedyną piękną, zdolną, utalentowaną moją znajomą, która nie uprawiała przenigdy seksu!. Jak to możliwe do cholery? Odpowiedz mi proszę. -powiedział robiąc oczka jak kot, który chcę zjeść coś smakowitego.
-Jeszcze nie ma takiego faceta, który by ze mną wytrzymał Johnny.
-A my? -zapytali równo Brian i Jimmy wyrastając przedemną 
-No racja! -jękłam i uciekłam jak najdalej od tej dwójki, wiedziałam, że coś się święci i schowałam się za pijanym w trzy dupy Shadowsem
-Kryj mnie!
-Ej, co ty? -powiedział zataczając się
-Cassie! Nie ukryjesz się przed tymi erotomanami! -powiedziała Melanie w przerwie przy namiętnym pocałunku z Johnny'm
-Gdzie ta nasza mała wariatka -powtarzał Brian zacierając ręce jak jakiś obłąkany doktorek
-A może tu. -ryknął James podnosząc kamień. 
-Tam jej nie ma! Cycki by się nie zmieściły pod ten kamień Rev'uś!
-No racja!. To może tu! -wskazał na Zacky'ego
-Ja nic nie zrobiłem! -ryknął podnosząc ręce i upadł na ziemie
-Trzeba go przeszukać- odparł z powagą Brian
-Weźcie mnie nie dotykajcie! 
-Sprawdź kieszenie Haner, ja zobacze pod koszulką.
-Pomocy! Zboczeńcy!!!
-Nie histeryzuj Baker. Jesteś po prostu podejrzany! Więc trzeba Ciebie sprawdzić -powiedział Matt pokazując palcem na pół nagiego przyjaciela.
-Cholera nie ma jej!. -powedział zrezygnowany Gates
-To może tu! -powiedział James pokazując na zataczającego Matt'a
-Kurwa Mat, stój tu ja uciekam!
-Cassie, a tu jesteś -zaśmiał się Matt
-Ale masz orient! Siedź cicho. -jękłam
      Wychyliłam się żeby zbadać teren i napotkałam spojrzenie Jimmy'ego.
-Tam jest, Synyster!!!- ryknął James i ruszył w moją stronę
-Cholera! Zostawcie mnie! Świry! -biegłam na przeciwko siebie, przez pusty chodnik.
-Nigdy!. -zawołali tak głośno, że babka z bloku się wychyliła
-Wy parszywe dzieciaki!!! Spać a nie balować!!! -odparła siwowłosa, machając rękoma
-Niech pani tak nie macha rękami, bo zaraz pani poszybuję jak samolot! -ryknął James
-Jesteś nam potrzebna w czarnej mszy!
-Sataniści!!! -krzyknęła i zamknęła okno przy czym przeżegnała się.
      Stanęłam i spojrzałam na chłopaków. Dyszeli i śmiali się ogarnięci alkoholem, byli nieźle wstawieni.
-Nie uciekniesz nam Cassie! -ryknął Brian
-Dziś nie będziesz już dziewicą! Buahahahhahha. -zarechotał Jimbo
-Chłopaki kupie Daniel'sa i zrobimy ostrą impreze i będzie git? -próbowałam ich przekupić
-Nie! 
-Dlaczego? -zapytałam
-Bo impreza już trwa a ty jesteś naszym Jack'iem Daniels'em! Musimy cię otworzyć i spróbować! -odparł Jimmy
-Ej! Ty to zawsze robisz impreze z niczego, Nawet z przyszłej orgi! -rechotał Johnny"
  Miał wspaniałych przyjaciół, tak Miał. Od dnia ,gdy poznał Alice przybywał tylko i wyłącznie z nią czas w łóżku. 
-Jimmy...-wymruczała. -Już nie śpisz kochanienki. -odparła powoli układając swoje ciało w pionie, okrywając się krwistą kołdrą.
     Od dawna czuł, że to jest toksyczny związek. Zabierała jego pieniądze i spełniała swoje zachcianki, nie pozwalała brać się za ręce przy jego znajomych. Tylko przy Cassie...
     Podszedł do szafy z ubraniami, wyciągnął z niej czarne spodnie i biało-czarną koszulkę z Slayer'em. Założył do tego trampki i spojrzał na zegarek, 20;30. 
-Gdzie się wybierasz? -powiedziała
      Ubrał się i wyszedł z sypialni, nie miał ochoty z nią rozmawiać, brało go na wymioty. Wyszedł z domu i ruszył do samochodu. Dużo ludzi chodziło teraz ulicami HB, latarnie powoli ukazywały światło i koło nich kobiety. Jedna z nich pomachała mu, lecz on pokazał tylko środkowy palec. Jeszcze dwie minuty i będzie przy Blue Road. Mat zadzwonił do niego, żeby przyjechać i napić się w towarzystwie, po wspominać dawne czasy. Nie był zdecydowany czy jechać, ale było tylko jedno wyjście, dla niego sensowne. Od tygodnia rozważał słowa swojej przyjaciółki, chciał porozmawiać na spokojnie. Zaparkował na tyłach klubu. Wyskoczył z samochodu i ruszył ulicą wprost na przód. Ujrzał swoich przyjaciół, widział niepokój na twarzach. Co się stało? Spojrzał na Brian'a a ten na niego. Coś się stało, Gates miał zawsze taki wyraz twarzy, gdy...Kurwa!!! Podbiegł.
-Co się stało?
-Cassie!!! -płakała Melanie i wskazała na samochód.
    Wymienił spojrzenia z chłopakami i ruszył w skazane miejsce przez przyjaciółkę. Ujrzał swoją Cassie, nie poznał jej z wyglądu. Sukienka nad kolano ukazujące jej piękne długie nogi zakończone drapieżnymi czarnymi szpilkami. Zaskoczył go ten widok, lecz dobił widząc okół niej krew. Widział Melanie, jej łzy nie miały końca.
-Co się stało?! -zapytał zdenerwowany. -Cassie!!!! Cassie, moja słodka Cassie. -powiedział James podnosząc i wtulając ciało przyjaciółki w swoje, czuł słabe tętno. Jego łzy opadały na jej policzek. -Powinienem tu być wcześniej! Nic by się nie stało! -powiedział płakając jak małe dziecko dziewczynę.
     Cały jego świat legł w gruzach. Ta mała osóbka od pierwszego spojrzenia napawała go nieznanym uczuciem. Tajemniczość w małym ciałku kusiła go jak pyszne czekoladowe ciastko, w którym kryje się coś niespodziewanego i szalonego. Za wszelką cenę chciał odkryć co to jest, zaznać satysfakcji z odkrycia nieznanego. Od bardzo dawna nie poznał takiej osóbki jak ona, ba! nigdy jeszcze takiej nie widział na własne oczy!. Szalona, uśmiechnięta, oddana przyjaciołom...
-Przepraszam... moja... Cassie. Proszę nie odchodź!... Nie teraz... Proszę. -mówił wpatrując się z troską w jej zamknięte powieki. -Dam Ci wszystko... nawet te babeczki, które mi podkradasz. Oddam je... Proszę tylko otwórz swe piękne zielone wielkie oczy... cudowne oczy... Uśmiechnij się i pokaż te swoje białe zęby.  -odparł wtulając swój policzek w policzek Cass, był już prawie zimny. -Zaciśnij swoją dłoń na mojej a będzie wszystko dobrze -wyszeptał jej do ucha tak, aby nikt nie słyszał tego intymnego wyznania.
     Nie zauważył jak przyjechała karetka. Wyszli z karetki dwóch funkcjonariuszy odzianych w czerwone spodnie i kurtki z białym napisem ze złotą obwódką California. Stąpali po betonie bardzo odważnie, nie patrzyli na ludzi wokół samochodu. To znaczy na brak gapiów, po prostu pustka otaczała scenę, w którym grał drugoplanową rolę. Chciał mieć teraz w ręce jakiś eliksir, jak z tych wszystkich bajek, które kończą się Happy End'em. Pragnął powrócić do życia tą małą kochaną wariatkę. 
     Przypomniał sobie jak puszczali latawiec nad jeziorem. Pękali ze śmiechu, gdy maszyna miała właśnie wpaść w mokrą ciecz, Cassie wskoczyła mu na barana i przejęła inicjatywę nad samolotem. Nie wiedział jakim cudem Cass uratowała przed upadkiem maszyny do wody. Za to ją uwielbiał, za tą chęć walki, gdy wszystko jest na straconej pozycji. Ratowała sytuację, aż do utraty tchu, walczyła. Chciał dokonać tego samego, być przy niej żeby nie upadła do odchłani, skąd nie będzie mógł ją wyciągnąć własnymi cielesnymi bladymi rękoma.
-Nie pozwolę Tobie upaść Cassie, nie pozwolę na to, obiecuję. -odparł muskając jej policzek swymi rozgrzanymi i ponętnymi ustami. -Nie upadniesz, dopóki jeszcze żyję, przyrzekam. -powiedział  biorąc w swe łapki jej zimną twarz.
-Kiedy zdarzył się wypadek? -zapytał jeden, który rozkładał nosze i wyrwał z zamyśleń James'a
-15 minut temu... -odparła zdruzgotana Melanie w objęciach Christ'a
-Cholera! Chłopaki bierzemy ją szybko! -ryknął mężczyzna, który badał tętno Cassie w objęciach James'a
-Proszę ją puścić, proszę pana- powiedział stanowczo mężczyzna. -Nie chcemy, aby ta kobieta umarła na pańskich rękach.
-Zaniosę ją do karetki. -lekko podniósł ciało przyjaciółki i powędrował w stronę cholernie głośniej i kolorowej karetki.
-Halo, proszę pana! -odarł mężczyzna upominając Jimmy'ego, który podniósł swój cały świat.
   James nie słyszał osobnika, który go upominał. Ważne było teraz życie Cassie, nie dopuści, żeby stało się coś strasznego w tym miejscu i czasie. Nie upadnie. Zrezygnowany funkcjonariusz przełożył noszę do wnętrza karetki.
-Proszę położyć...
-Cassie Manson
-Właśnie Pannę Manson na noszę.
-Dobrzę. -odparł grzecznie Jimbo i ułożył Cassie delikatnie na zimnych i twardych noszach, gdy spoglądał na nią, cały świat, jakby przestał się ruszać wokół niego, czas stawał na jego życzenie przy Cass. 
-Jeśli pan chcę może jechać.
-Dziękuję... Naprawdę dziękuję. -odparł i usiadł jak najbliżej ciała przyjaciółki i ujął ją dłoń w swoją, pocałował i głaskał rozgrzewając jej lodowate dłonie. -Trzymaj się Cassie, proszę. -powiedział przytulając się do tej małej bezbronnej osóbki.
-No chłopaki zbieramy się! Szybko!
-Dobra! Jak jej tętno?
-Słabe!!!
-Wolniej się nie da jechać -zapytał rozwścieczony James, prawie wstając.
-Proszę pana, teraz jest piątek i wszyscy ludzie wyszli z domów, imprezując. A co w tym idzie? W cholerę samochodów tłoczących się na drogach. Więc niech pan się nie denerwuję, bo My tak jak Pan chcemy ją Uratować.
-Przepraszam. -spuścił głowę. -Jeszcze nigdy nie byłem w sytuacji gdzie mógłbym stracić najbliższą osobę. -odparł wpatrując się w zamknięte powieki Cassie.
 Sanitariusz przysiadł i zawołał, aby kolega za kierownicą pędził jak błyskawica, jak najszybciej do najbliższego szpitala.
-Czy to pańska dziewczyna? narzeczona? żona?. -dopytywał się mężczyzna około trzydziestki.
-Nie. -zacisnął dłoń cudownej osóbki.
-Od kiedy Pan zna Pannę Manson?
-2 lata. -powiedział. -Ale czuję się jakbym znał ją całe życie. -odparł uśmiechając się lekko. -Tylko mogę ją teraz stracić.
-Niech Pan się nie martwi, uratujemy ją. -poklepał Jimbo po ramieniu i wstał.



    -To moja wina, gdybym nie naciskała nic by się nie stało Johnny. -powiedziała Melanie oddalając swoje roztrzęsione ciało od rozgrzanego męża.
-Nie gadaj głupstw, to przypadek. -próbował złagodzić sytuację.
-To moja wina!!!
-Nie piękna, nie twoja. Cassie to sama powiedziała z własnej woli. -odparł biorąc dziewczynę za rękę i złożył na nich pocałunek.
-Jestem po prostu smutna, że to zdarzył się przy mnie. -odparła ocierając łzy. -Cass jest dla mnie jak siostra, przez ostatnie miesiące byłam okropna.
-Mel, kobiety w twoim stanie mogą mieć humory. -pocałował ją. -Tylko nie możesz robić głupstw maleńka, zrozumiano?. -pocałował ją czule i namiętnie
-Mmmmm. -wymruczała zadowolona
-Teraz idziemy do  domu i pójdziemy do Cassie mieszkania. Pewnie potrzebuje ciuchów.
-Johnny! Jak ty możesz?
-Co???
-Być taki bezduszny! Cassie teraz jedzie do szpitala potrącona przez samochód. A ty nic?! -powiedziała rozwścieczona.
-Posłuchaj Mel. Dlatego jestem taki spokojny, ponieważ nie pomożemy w żaden sposób tej wariatce. Jak tak bardzo pragniesz pojechać do szpitala to dopiero jutro. Nie marudź mi tu piękna. -pogroził jej palcem
-No racja... Chodźmy do chłopaków. -pociągła go za rękaw a ten jak posłuszny piesek polazł za swoją żoną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Podobało się?

7 komentarzy:

  1. Noo nie, ten wypadek po prostu mnie rozwalił na kawałki. I czyżby Revu zdał sobie sprawę, że czuję coś do Cassie? Przynajmniej mam taką nadzieję.
    Teraz z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek, już nie mogę się doczekać jak Jimmy będzie się zachowywał dalej.
    Smutno już tak u Ciebie od kilku odcinków, wlej nadzieję w serduszka, bo normalnie niedługo uschnę :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaka odmiana Rev'a proszę , proszę... Ciekawe jak to się skończy. Mam nadzieję, że Cassie wyjdzie z tego ale zawsze nie może być różowo. To Mel jest w ciąży? Oo

    OdpowiedzUsuń
  3. Noo nareszcie Rev załapał, że ta Alice jest nic nie warta i powinien być z Cassie.. Dobra zmiana priorytetów ;) Oby nic poważnego jej się nie stało ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, że do Reva w końcu coś dotarło. Szkoda, że tak późno. Mam nadzieję, że z Cassie będzie wszystko w porządku. Z każdym odcinkiem idzie Ci coraz lepiej, tak trzymać <3 Nieźle mną trzepnęło emocjonalnie przy tym odcinku. Czekam na nexta :)

    OdpowiedzUsuń
  5. wracam z pytaniem kieeeeeeedddddyyyyyyyyyyyyyyyyyy next?

    OdpowiedzUsuń