piątek, 9 listopada 2012

04. Sweet dream or Nightmare.


Nastrój piszę słowa.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krzyk był zmysłowy, melodyjny. Uwielbiałam zatapiać się w jego głos, odpływać daleko od tego, co dzieje się wokół mnie -nicość - to było coś czego teraz potrzebowałam. Wyrwać się z tego świata, nie zwracając na siebie uwagę. Wymknąć się po cichu jak mysz skradając się po domu w poszukiwaniu jedzenia, znikając nie ukazując oznaki ,że kiedykolwiek przebywało się w tym miejscu i czasie. Czułam złość, miałam ochotę rozerwać wszystko. Zniszczyć, spalić. Nie chciałam wybudzać się z mojego snu, który podtrzymywał mnie przy życiu, raniąc w dodatku. Śniłam o moim pierwszym spotkaniu z Jimbo i chłopakami, byłam szczęśliwa. Każda chwila spędzona z nimi nie poszła na marne... Otworzyłam leniwie powieki. Spojrzałam na czarny sufit, przekręciłam się na drugi bok, szare ściany, które pragną zmienić się w drewniane deski, już niedługo... Na stoliku nocnym nadal stoi butelka mojej ulubionej wódki na, której oparta jest paczka fajek, już została opróżniona do ostatniej drobiny tytoniu. Tylko filtry są w środku pudełka, które dźwięcznie trzeszą, gdy pudełkiem się porusza. Głos nie ustępował, jako jedyny był moim przyjacielem. Nie obwiniał mnie za nic. Odkryłam się. Moje ręce badały miękki krwisty materiał, piękny kolor, który okrywał moje ciało blade ciało. Usiadłam na skraju łóżka, bezczynnie wpatrując się w podłogę. Wstałam, zrobiłam parę bolesnych kroków i zakręciło mi się w głowie. Prawie upadłam. Krzyki ucichły. Otworzyłam moje sosnowe drzwi, przekroczyłam próg. Weszłam do łazienki, nie spojrzałam w lustro. Nie miałam odwagi... Uczesałam tylko włosy. Ruszyłam na parter, materiał, który pokrywał schody lekko łaskotał moje stopy. Zawędrowałam do kuchni, słońce niemiłosiernie raziło mnie w oczy. Instynktownie podniosłam ręce, dojąc moim zielonym tęczówką  troszkę cienia. Podeszłam do kuchenki, nalałam do czajnika wody na świeżą kawę. Wyciągnęłam biały kubek z wzorkiem myszki miki, z szafki. Odmierzyłam dwie łyżeczki kawy i cukier, wszystko wpadło na dno naczynia. Spojrzałam przekrwionymi oczami na lodówkę, była pusta, nie licząc kartonu mleka, już nie świeżego. Westchnęłam, czajnik nie miłosiernie głośno gwizdał, lecz przerwałam swe męki wlewając zawartość do kubka. Zabrałam kawę i ruszyłam na sofę przed telewizor. Łyk napoju napawał mnie ciepłem i przypływem energii, opróżniłam aż do dna. Było cicho... Mój wzrok na ścianie napotkał zielony zegar, który odróżniał się na brzoskwiniowej ścianie. Właśnie wybiła 14;00, każda sekunda zabijała mnie tik-tak, tik-tak... Wstałam i odstawiłam kubek na swoje miejsce, jestem głodna. Ubrałam czarne rurki, czarną koszulkę z logiem Slayer'a i trampki. Zabrałam kluczę od domu, pieniądze i zamknęłam drzwi mieszkania. Przemierzałam teraz ulicę HB. Słońce jak na tę porę dopiero się rozgrzewało, maj nienawidzę tego miesiąca. Kopnęłam pobliski kosz na śmieci. "Co ty robisz? Podnieś to" jakaś stara baba wydyszała. A spierdalaj!, nie miałam ochoty dyskutować z nią, doprowadzała mnie do szału swoim piskliwym głosem. Wszyscy byli tacy uśmiechnięci, szczęśliwi, tak jak pierwszy raz ,gdy przyjechałam do HB z Mel. Brakowało mi jej. Wyprowadziła się i zamieszkała z Christem, kto by pomyślał ,że od incydentu z Blue Road coś między nimi zaiskrzy. Została jego żoną w lipcu rok temu, a spotkali się dwa lata temu. Co ten czas robi z ludźmi? Postarza i rozdziela na kawałki. Mat poślubił Valary. Zacky poślubił Gene. Boski Synyster Gates nadal pieprzy co noc innego plastika , a Revuś jest z Alice Bird. Weszłam do sklepu i kupiłam to co mi było potrzebne. W mgnieniu oka wyszłam ze sklepu Sadie. Zieleń raziła mnie w oczy. Spojrzałam na przeciwko, zauważyłam Gates'a, pomachał mi, kurwa. Zignorowałam jego gest i ruszyłam w przeciwną stronę, skręciłam w prawo. Nie spuszczałam wzroku z ziemi i asfaltu... Poczułam jak ktoś zaciska na moim ramieniu ręce i próbuję mnie zatrzymać w miejscu.
-Hej Cassie, dawno się nie widzieliśmy. -Haner spojrzał mi w oczy.
-Cześć Brian, spieszę się, pa -powiedziałam, uwalniając się z jego uścisku.

Pognałam przed siebie, nie odwracałam się do tyłu. Pewnie teraz Haner jest zdziwiony dlaczego nie zamieniłam z nim kilku zdań. Przez park, który przechodziłam był ciekawy. Drzewa zwisały nad ścieżką, jakby opadały z sił. Zieleń niemiłosiernie raziła mnie w oczy, neonowy kolor tej rośliny mnie denerwował. Nawet matka natura jest przeciwko mnie. Niebo było błękitne, bez skazy, tylko ozdobione ptakami, które latały z gniazda do gniazda. Wiatr lekko muskał moje blade policzki jak płatki śniegu. Z każdym krokiem, oddechem, uderzeniem serca kończył się mój żywot. Wszyscy byli tak odrażająco zakochani w sobie, każda para przechodząca koło mnie wtulała się w siebie, jakby to była ostatnia deska ratunku. Zauważyłam w oddali mały mostek, który kierował na drugi brzeg. To stary mostek, wiąże się z nim tyle odległych wspomnień... tych dobrych wspomnień.  Zdobyłam się na uśmiech. Przechodziła właśnie przez niego platynowa blondynka, w czerwonej mini sukience i białych szpilkach. Obok niej był wyskoki mężczyzna ubrany w żółtą koszulę flanelową i czerwone spodnie i chyba miał sandały... Stanęli na środku mostu, przytulali się w siebie i całowali namiętnie. Od razu rozpoznałam kto tam jest. Z każdym pocałunkiem kroiło mi się serce, ból narastał z prędkością światła. Z każdym krokiem zbliżałam się do pary. Nie mogłam patrzeć na to co się tam dzieję, chciałam przejść koło nich i nie patrzeń na tą parę... Moje oczy utkwiły w ścieżce, czułam każdy mały kamyczek wbijający się w moje podeszwy od tenisówek. Podniosłam wzrok, aby zobaczyć czy na nikogo nie wpadnę. Napotkałam oczy jej, perfidnie spojrzała na mnie z wyższością. Chłopak z tyłu odwrócił się w moją stronę. Przyciągnął kobietę i z burzą namiętnych uczuć pocałował ją. Łzy napłynęły mi do oczy, jak on mógł? Nie umiem przejść koło nich... nie miałam odwagi. Zacisnęłam wargi i przeszłam na inny tor ścieżki, przez zieleń skrótem do domu... Koszmar.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

2 komentarze:

  1. O cholera.. o_O Jak mogło się tak spieprzyć? Przecież w ostatnim odcinku już zaczynało się tak fajnie układać, a tu taki zonk. Nie spodziewałam się, że Mel będzie akurat z Christem, ale w sumie fajnie że chociaż ona jest szczęśliwa. Tylko trochę lipa, że Cassie jest sama, i w takiej sytuacji nawet nie ma komu się wygadać, bo Melanie jakoś na horyzoncie nie widać [przynajmniej teraz]. Zastanawiam się, co takiego stało się przez te dwa lata, że najpierw tak iskrzyło między Cassie a Jimem, a teraz on jest z jakąś inną dziewczyną [sądząc po opisie, niezbyt wzbudzającą sympatię :/] i w dodatku zachowuje się jak ostatni kretyn na tym moście. Pisz szybko kolejny odcinek, bo nie mogę się doczekać aż opiszesz, co takiego się między nimi stało.. I nie poddawaj się, jak nie masz motywacji, to pamiętaj, że jest tu parę takich fajnych Twoich fanek, które to czytają. Nie będę wypowiadać się za innych, ale mnie opowiadanie bardzo się podoba :) Życzę weny i czekam na nexta :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozmieniało się w ich życiu i to diametralnie! Mam nadzieję, że poinformujesz nas jak do tego doszło i przede wszystkim dlaczego?? Tak fajnie się zapowiadało i lipa? Szkoda mi Cassie. Co się stało? Czekam na nexta!

    OdpowiedzUsuń